Rynek

Napad na bank

Jak Orbán wojuje z bankierami

Węgierski premier nakłada na banki nadzwyczajne podatki i w ten sposób łata dziurę budżetową. Węgierski premier nakłada na banki nadzwyczajne podatki i w ten sposób łata dziurę budżetową. Laszlo Balogh/Reuters / Forum
Węgierski premier postanowił wycisnąć z zagranicznych banków, ile tylko się da. Ale uwaga: nikłe zyski osiągane na Węgrzech banki rekompensują sobie w pozostałych krajach środkowoeuropejskich. Także u nas.
Skoro Viktor Orbán wyciska z banków ostatnie soki, ich właściciele starają się zarabiać gdzie indziej.European People s Party/Wikipedia Skoro Viktor Orbán wyciska z banków ostatnie soki, ich właściciele starają się zarabiać gdzie indziej.

Artykuł w wersji audio

Enrico Cucchiani, były prezes włoskiego banku Intesa Sanpaolo, jeszcze w ubiegłym roku nazwał Węgry koszmarem dla bankowców. Trudno mu się dziwić, bo jego węgierska spółka córka wyjątkowo dotkliwie odczuła skutki polityki prowadzonej przez rządzącą od 2010 r. konserwatywną partię Fidesz. Jej przywódca Viktor Orbán po przygniatającym zwycięstwie cztery lata temu odziedziczył kraj zrujnowany przez socjalistów. Deficyt budżetowy eksplodował, w 2009 r. PKB obniżył się o prawie 7 proc., a do tego setki tysięcy Węgrów spłacających kredyty hipoteczne, zaciągnięte we frankach szwajcarskich, ledwo wiązały koniec z końcem. Orbán obiecał przykładnie ukarać sektor bankowy za wszystkie grzechy, a równocześnie zmusić go do ratowania państwowej kasy. Jego długoterminowe cele okazały się jeszcze bardziej ambitne.

Kontrowersyjny premier Węgier postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję do przeorania węgierskiego sektora bankowego, a dokładniej do wzmocnienia lokalnych instytucji i pozbycia się przynajmniej niektórych zagranicznych grup finansowych. Cel ten realizuje krok po kroku, a wspiera go ta część społeczeństwa, która ponownie w tym roku głosowała na Fidesz. Banki na Węgrzech nie mogą teraz liczyć na litość, bo płacą za swoje decyzje sprzed kryzysu.

Na pierwszy rzut oka podstawowy problem w sektorze bankowym Polski i Węgier wygląda podobnie. To imponująca liczba kredytów hipotecznych udzielonych przed kryzysem w walutach obcych, głównie we frankach szwajcarskich. Potem w obu krajach przyszło gwałtowne osłabienie złotego i forinta, a to spowodowało nagły wzrost miesięcznych rat płaconych przez kredytobiorców. Jednak węgierska sytuacja przynajmniej z dwóch powodów okazała się dużo gorsza od polskiej. Węgry już przed kryzysem lat 2008–09 były w kiepskiej kondycji ekonomicznej, a światowe problemy spowodowały prawdziwy kataklizm. Na Węgrzech bardziej niż w Polsce wzrosło też bezrobocie, a ci, którzy ocalili miejsca pracy, musieli często godzić się na cięcia zarobków.

Inaczej niż w Polsce

Jakby tego było mało, kredyty hipoteczne na Węgrzech udzielane były na znacznie mniej korzystnych warunkach niż w Polsce. – U nas większość pożyczek zawierała oprocentowanie składające się z marży i z aktualnych stóp rynkowych. Gdy nadszedł kryzys, złoty co prawda osłabł, ale równocześnie zaczęły spadać stopy procentowe w Szwajcarii. Straty z powodu gorszego kursu zostały zatem przynajmniej częściowo zrekompensowane przez niższe oprocentowanie kredytów hipotecznych. Tymczasem na Węgrzech to banki same miały prawo ustalać oprocentowanie. Mimo spadających stóp wcale nie spieszyły się z jego obniżaniem, a niektóre nawet w samym środku kryzysu jeszcze je podwyższyły – mówi Marcin Jabłczyński, analityk DB Securities, od lat uważnie śledzący węgierski rynek.

Nic dziwnego, że w takich warunkach lawinowo zaczęła rosnąć liczba Węgrów mających kłopoty ze spłatą. Dzisiaj co czwarty posiadacz kredytu hipotecznego w tym kraju spóźnia się z regulowaniem należności wobec banków. Dla porównania w Polsce zaledwie 2–3 proc. takich pożyczek jest zagrożonych. Gdy zatem w 2010 r. nowe władze postanowiły odegrać się na bankach, wielu Węgrów uznało, że to zasłużona kara.

Na czym konkretnie polega polityka rządu Orbána wobec tutejszych instytucji finansowych? Z jednej strony nakłada on na banki nadzwyczajne podatki. W ten sposób łata dziurę budżetową. Równocześnie wprowadza kolejne zmiany przepisów, mające działać na korzyść klientów, a to przecież jednocześnie wyborcy. To dodatkowo pogarsza wyniki banków.

Podatek za podatkiem

Pierwszym niemiłym posunięciem był dodatkowy podatek od wysokości aktywów, który dla większych banków wynosi nieco ponad 0,5 proc. ich sumy bilansowej. Jest on rokrocznie naliczany nie od aktualnych poziomów, ale tych z 2009 r., czyli z czasu przed kryzysem. W ten sposób Orbán sprytnie zapobiegł sytuacji, w której kurczące się banki płaciłyby co roku coraz mniejszy podatek. Gdyby podobne obciążenie zastosować w Polsce, lider naszego rynku PKO BP do budżetu państwa musiałby rocznie oddawać dodatkowo około miliarda złotych, czyli prawie jedną trzecią zysku.

Początkowo premier obiecywał bankowcom, że ten podatek jest tymczasowy i wkrótce zostanie zniesiony. Zmienił zdanie, gdy zobaczył, że banki jakoś tę finansową presję wytrzymują. Podatek od aktywów pozostał w niezmienionej wysokości. Komisja Europejska zbyt głośno nie protestuje, bo węgierski premier przekonał ją, że tylko w ten sposób może zmniejszyć deficyt budżetowy.

Co więcej Orbán polecił w ubiegłym roku wprowadzić kolejną nietypową daninę, skoro ta pierwsza tak dobrze się sprawdza. Tym razem był to podatek od transakcji finansowych, obejmujący nawet przelewy i wypłaty pieniędzy z bankomatów. Wówczas jednak banki zaczęły gwałtownie podnosić prowizje pobierane od klientów. Na to też węgierski nadzór bankowy, ściśle wypełniający zalecenia premiera, znalazł sposób. Nałożył kary na ponad 30 działających na Węgrzech banków za nadmierne podwyżki. Wprowadził też zasadę, że każdy klient ma prawo do dwóch wypłat z bankomatu bez prowizji w miesiącu.

Jednocześnie Orbán próbuje zmniejszyć rzeczywiście wysoką górę kredytów hipotecznych zaciągniętych swego czasu we frankach przez Węgrów. Zaczął trzy lata temu od umożliwienia klientom wcześniejszej spłaty takich pożyczek po preferencyjnym kursie. Kto mógł zdobyć pieniądze na zwrot całego kredytu w 2011 r., temu bank musiał franki przeliczyć na forinty po kursie sprzed kryzysu. Była to oczywiście oferta dla bogatych, mogących szybko zaciągnąć nowy kredyt na spłatę starego. Z takiej możliwości skorzystała wówczas jedna piąta zadłużonych w szwajcarskiej walucie, a cała operacja przyniosła bankom w przeliczeniu ponad 5 mld zł strat. Jednak problem został rozwiązany tylko częściowo. Orbán obiecał wyborcom, że jeśli wybiorą go na drugą kadencję, tych toksycznych kredytów pozbędzie się całkiem. Gdy wygrał, zaczął szybko realizować swój plan.

Najpierw węgierski sąd najwyższy stwierdził, że do wyliczania rat należy stosować średni kurs banku centralnego. Co ważniejsze i zdumiewające, ten wyrok działa wstecz i teraz oburzone i mocno już zdesperowane zarządy banków liczą, ile będą musiały zwrócić klientom pieniędzy, zarobionym dzięki różnicom kursowym.

Dodatkowo kredytobiorcy mogą procesować się z bankami o niesłuszne, ich zdaniem, podwyżki oprocentowania. Jakby tego było mało, Orbán już zapowiedział, że do końca 2014 r. kredyty walutowe mają zupełnie zniknąć z węgierskiego rynku. Będą musiały zostać przeliczone na forinty, tylko nie wiadomo jeszcze, po jakim kursie. Banki, które najszczodrzej udzielały kredytów hipotecznych, już liczą kolejne straty, bo słusznie podejrzewają, że wybrany przez rząd kurs okaże się dla nich mocno niekorzystny. Jednak dla rządzących Węgrami polityków sprawa jest jasna. To banki ponoszą odpowiedzialność za problemy związane z kredytami walutowymi i to one zapłacą za ich rozwiązanie.

Nic zatem dziwnego, że Węgry uznawane są dziś za kraj z najwyższymi obciążeniami dla banków na świecie. Do 2010 r. ci, którzy zainwestowali tam w sektor finansowy, żyli znakomicie, co roku osiągali imponujące zyski. Węgierski rynek był wówczas lepszy dla banków od polskiego, konkurencja między instytucjami finansowymi mniejsza, warunki dla klientów gorsze, zyski banków relatywnie wyższe.

W 2011 i 2012 r. większość dużych banków na Węgrzech poniosła jednak straty i dopiero w ubiegłym roku całemu sektorowi udało się wyjść na plus. Dla porównania w Polsce w ostatnim roku banki zarobiły łącznie ponad 15 mld zł, tyle samo co w 2012 r. W tym roku z powodu zmian w kredytach hipotecznych wiele banków na Węgrzech znów wykaże straty. Jednak mimo drakońskich podatków węgierski sektor bankowy się nie załamał. Dlaczego?

Na przetrzymanie

Zarządy zachodnich banków korporacyjnych zgrzytają zębami, grożą, że opuszczą Węgry, ale ostatecznie płacą wszystkie rachunki. – Część z nich przez lata zainwestowała tak wiele, że biorą na przetrzymanie ery Orbána i powrót do normalności. Inni chętnie by z Węgier uciekli, ale nie mają komu sprzedać swoich spółek córek, bo przecież żaden nowy poważny gracz na ten rynek nie wejdzie – wyjaśnia Marcin Jabłczyński z DB Securities. Z kolei rząd mówi zachodnim finansistom: nie chcecie tu być – wolna droga. Zależy mu na zwiększeniu znaczenia banków węgierskich, do tej pory odgrywających na finansowym rynku marginalną rolę z wyjątkiem OTP (to miejscowy lider, odpowiednik naszego PKO BP).

Przewaga Orbána polega m.in. na tym, że na razie tylko on odważył się na tak specyficzne stress testy dla wytrzymałości zachodniego sektora finansowego. W innych krajach naszego regionu na zagraniczne banki rządzący patrzą raczej przychylnie, czasem wręcz bojaźliwie. Nie chcą zadzierać z bankowcami w obawie przed zakręceniem kurka z kredytami dla gospodarki. Także na Węgrzech jednym z efektów polityki Orbána było gwałtowne ograniczenie pożyczek. Jednak i na to węgierski premier znalazł sposób. Na życzenie rządu bank centralny udziela teraz darmowych kredytów bankom, pod warunkiem że po naliczeniu niewielkiej marży przekażą je dalej przedsiębiorstwom.

W tych warunkach na działalności finansowej nie da się oczywiście wiele zarobić, ale na szczęście są jeszcze sąsiednie kraje. Austriacki Raiffeisen tylko w latach 2012–13 stracił na Węgrzech ponad 250 mln euro. Jednak w tym samym czasie świetne interesy robił w Rosji czy na Słowacji, więc kłopoty z Orbánem zanadto mu nie zaszkodziły. Austriacki bank Erste o działalności na Węgrzech dobrego słowa nie powie, ale co roku ma ogromne zyski w sąsiednich Czechach. Intesa Sanpaolo jest największą ofiarą węgierskiego premiera, ale i Włosi przynajmniej częściowo rekompensują sobie węgierskie straty słowackimi profitami. Wreszcie wielki włoski Unicredit ma na Węgrzech symboliczne zyski, za to u nas, dzięki Pekao SA, zarabia krocie – w ostatnim roku prawie 3 mld zł.

Gdyby na podobne pomysły jak Orbán wpadli równocześnie rządzący Czechami, Słowacją, Polską i Rumunią, sytuacja zachodnich banków stałaby się trudniejsza. Wówczas w regionie naprawdę mogłoby dojść do kryzysu bankowego, może nawet do załamania gospodarki. Póki jednak tylko Viktor Orbán wyciska z banków ostatnie soki, ich właściciele po prostu się starają, z dobrym zresztą skutkiem, zarabiać gdzie indziej, czekają, aż na Węgrzech sytuacja wróci do zachodnioeuropejskiej normy. To oznacza, że na razie polscy, czescy, słowaccy czy rumuńscy klienci banków składają się pośrednio na kolejne podatki i kary płacone przez banki węgierskiemu ministrowi finansów. W ten sposób sąsiedzi pomagają ratować węgierską gospodarkę przed całkowitym załamaniem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną