Rynek

Traktory i bajery

Luksusowe ciągniki

Traktory są coraz droższe, nowocześniejsze, coraz bardziej nafaszerowane elektroniką, a ich okres eksploatacji coraz krótszy. Traktory są coraz droższe, nowocześniejsze, coraz bardziej nafaszerowane elektroniką, a ich okres eksploatacji coraz krótszy. Vetta / Getty Images
Znani projektanci samochodów przerzucają się na traktory. Współczesny ciągnik potrafi być prawdziwym cudem techniki. Niektóre można zobaczyć na blokadach dróg.
Lamborghini Mach VRTmateriały prasowe Lamborghini Mach VRT
Case JH Magnummateriały prasowe Case JH Magnum
Claas Axion 850materiały prasowe Claas Axion 850
Gospodarstwa w Polsce mamy dużo mniejsze niż farmerzy zachodni, ale wrażliwość na bajery w traktorach – taką samą, a może nawet większą.Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta Gospodarstwa w Polsce mamy dużo mniejsze niż farmerzy zachodni, ale wrażliwość na bajery w traktorach – taką samą, a może nawet większą.

Weźmy Lamborghini Mach VRT, zaprojektowany przez Włocha Giorgetto Giugiaro. Tego samego, który stworzył Saaba 9000 czy pierwszego Volkswagena Golfa. Ale Lamborghini Mach VRT to, wbrew pozorom, nie jest marka luksusowego samochodu, tylko traktora. Też luksusowego, trzeba za niego zapłacić ok. 200 tys. euro. Najwyższa półka. Waga ciężka, ok. 10 ton, czyli pięć razy cięższy od naszego starego Ursusa. Konkurencję wyprzedza przede wszystkim na szosie, może mknąć z prędkością 60 km na godzinę, czyli o 10 km szybciej niż na przykład niemiecki Claas Axion 850, popularny wśród naszych rolników. Na blokadach Claas wyróżniał się ostrym jasnozielonym kolorem.

Claas w 2014 r. cieszył się tytułem „Traktora roku”. Przyznaje go 20 dziennikarzy z najważniejszych, niezależnych europejskich magazynów poświęconych nowoczesnej uprawie roli. Ma silnik 6-litrowy, o mocy 250 koni mechanicznych. W tym roku zdetronizował go jednak amerykański Case IH Magnum CVX 380, z 9-litrowym silnikiem o mocy prawie 400 KM! Producent chwali się, że osiąga moment obrotowy rzędu 1100–1200 Nm, czyli tyle, ile Bugatti Veyron, najszybszy obecnie samochód fabryczny na świecie. (To porównanie nieco szalone, ale dobrze wygląda). Zarówno zdetronizowany Claas, jak i Case kosztują podobnie, od 150 tys. euro w górę.

Rozmaitych bajerów w obu traktorach jest dużo więcej. Na przykład wentylowane fotele, które automatycznie dostosowują się do wagi traktorzysty. W Case można też zażyczyć sobie, żeby tylne koła zostały zastąpione przez gąsienice Rowtrac. Prawdziwie imponujący jest jednak standard, czyli to, co w traktorze z najwyższej półki jest wyposażeniem obowiązkowym. Standardem jest zarówno klimatyzowana kabina, jak i automatyczna skrzynia biegów. Silnik ma być dostosowany do zaostrzonych unijnych norm emisji spalin. Dzięki filtrom powietrze w kabinie jest świeższe niż na zewnątrz.

Wnętrze takiego traktora jest nafaszerowane elektroniką. Rolnik musi tylko właściwie zaprogramować komputer, a potem traktor w zasadzie sam jeździ po polu i robi, co trzeba. Kieruje nim wcześniej zaprogramowany GPS. Można czytać gazetę albo oglądać telewizyjny program. Odbiornik TV, za specjalną dopłatą, producent zainstaluje w kabinie na życzenie.

Adamowi Kasprzykowi, rolnikowi ze wsi Jugowa koło Świdnicy, najbardziej podoba się dżojstik. – Za jego pomocą można regulować temperaturę, wysokość np. nożyc przy koszeniu, podnośników i tym podobne – wylicza Kasprzyk. Taki bajerancki traktor przypomina mu nowoczesny telefon. Ma wiele funkcji, ale użytkownik najczęściej ogranicza się do kilku. Chyba że dzieci pokażą.

Kiedy przed laty Adam Kasprzyk jeździł na praktyki do Niemiec, gospodarz skarżył mu się, że niemieccy rolnicy są mniej konkurencyjni od duńskich czy francuskich, ponieważ przeinwestowali. Kupili za dużo sprzętu, także traktorów. – Liczył, że na stu hektarach nie powinno być więcej niż 200 KM – pamięta Kasprzyk. We wsi Jugowa gospodarstwa są o wiele mniejsze niż niemieckie, nie ma większego jak 30 ha (średnia w Polsce wynosi 10 ha). Ale tych 12 rolników we wsi ma w sumie aż 26 traktorów. Każdy od 60 do 180 KM. Gospodarstwa w Polsce mamy dużo mniejsze niż farmerzy zachodni, ale wrażliwość na bajery w traktorach – taką samą, a może nawet większą.

Żadnej pracy się nie boi

Traktorowe cuda techniki zimą można sobie obejrzeć w specjalnym programie TVN Turbo. Od wiosny rusza biznes na żywo. Sezon inaugurują w marcu Targi Maszyn Rolniczych w Kielcach. Do Kielc zjeżdżają wtedy światowi producenci traktorów z ofertą dla coraz bardziej wielkoobszarowych. Impreza ma jedną wadę: wystawy odbywają się w halach, można więc tylko popatrzeć.

Zupełnie inaczej jest podczas Agro Show w Bednarach pod Poznaniem, na terenach po byłym lotnisku, pod koniec września. To największa impreza w kraju. Do upatrzonego ciągnika można się nie tylko przymierzyć, ale także wsiąść i pojeździć po okolicznym polu. Pokazać dziecku. Producenci kuszą większą wielofunkcyjnością traktorów. Możliwością przyczepienia do ciągnika coraz to nowych, niezbędnych w pracach polowych maszyn-przystawek. Szerzej skoszą lub zaorzą, więcej zasieją. Już są modele o wiele bardziej ekonomiczne, mające zaczep nie tylko tradycyjnie, z tyłu ciągnika, ale także przed nim. To pozwala na lepsze wykorzystanie sprzętu. – Z przodu można zainstalować np. kultywator spulchniający glebę, a z tyłu siewnik – tłumaczy Adam Kasprzyk. Traktor może więc jednocześnie wykonywać dwie czynności, orze i sieje za jednym zamachem. Żadnej pracy się nie boi. Szybciej na siebie zarobi. Na wielkim polu.

To ważne, bo traktory są coraz droższe, nowocześniejsze, coraz bardziej nafaszerowane elektroniką, a ich okres eksploatacji coraz krótszy. – Stary Ursus (pod tą marką ciągle montuje się traktory w Lublinie, najniższa półka) mógł jeździć nawet i 30 lat, teraz nowoczesny ciągnik nie przeżyje 10 – twierdzi Piotr Różański, szef handlującej sprzętem rolniczym firmy Rolmech. Coraz droższa jest też eksploatacja, bo elektronika się psuje, a wymieniać trzeba nie pojedynczą część, lecz całe moduły. Wszystko w wyspecjalizowanym serwisie. Maszyna musi więc pracować coraz intensywniej.

 

Udoskonalenia są istotne dla rolników wielkoobszarowych, którzy wiedzą, co to jest amortyzacja i skrupulatnie liczą koszty. Tacy są w Unii, u nas – zaledwie 1 proc. na 1,3 mln gospodarstw. Gdyby tylko oni kupowali te cuda techniki, nie byłoby czego oglądać na blokadach. – Nas tam nie ma – zapewnia Mariusz Olejnik, który uprawia rzepak na ponad 300 ha. Tylko że u pozostałych większą część roku bajeranckie ciągniki stoją w stodole. O tym, żeby na siebie zarobiły, mowy nie ma.

I biznes się kręci. Od 2004 r. coraz szybciej. Według Piotra Różańskiego rolnicy hiszpańscy w ubiegłym roku kupili 9 tys. nowych ciągników, polscy – aż 14 tys. Mniej więcej tyle, co farmerzy w Wielkiej Brytanii. To był słaby rok – w 2012 r. poszło u nas ponad 19 tys. traktorów. Bo wielkość ich sprzedaży w Polsce nie zależy od wielkości pól, ale od strumienia płynących do rolnictwa środków unijnych. Z nowej perspektywy (na lata 2014–20) jeszcze nie zaczął płynąć, stąd to niezadowolenie. Z pewnością przed wyborami popłynie. Z okołotraktorowego biznesu żyje dziś coraz więcej osób.

Oprócz targów ogólnopolskich, takich jak w Kielcach czy Bednarach pod Poznaniem, producentów traktorów usiłuje ściągnąć na swój teren każdy marszałek, czyli samorządowa władza województwa. Marszałkowi podlegają ośrodki doradztwa rolniczego (ODR) i to one są organizatorami pomniejszych imprez. Takich jak targi sprzętu, nasion, sadzonek, ale także wystaw zwierząt hodowlanych, na których można też pokazać traktory. Producenci chętnie płacą organizatorom za wynajęcie terenu, gdzie zaprezentują swoją ofertę.

Do Bednar czy Kielc, nie mówiąc już o uświetnianych każdego roku przez prezydenta centralnych dożynkach w Spale, ściągają modele z najwyższej półki, takie jak Lamborghini, Case czy Claas. Na mniej renomowane wystawy – Pronar z Narwi czy Ursus. Firmy takie jak amerykański John Deere czy angielski Massey Fergusson obecne są zwykle i tu, i tam. Mają ciągniki z najwyższej (John Deere za 772 tys. zł), ale także z niższej półki (od 100–400 tys. zł), niestety, bez tylu bajerów. John Deere chwali się internecie, że sprzedaje traktory już po 5 zł… Za kilogram. New Holland (firma montuje traktory także w Płocku), czeski Zetor oraz polski Pronar to raczej trzecia półka.

Jedno okienko dla rolnika

Żeby jednak firmie handlującej traktorami opłaciło się płacić placowe na imprezie w Szepietowie na Podlasiu czy w Bratoszewicach pod Łodzią, organizatorzy muszą się postarać. – U nas w Bratoszewicach rolnik wszystko załatwia w jednym okienku – zachwala Wojciech Olejniczak, który jako minister rolnictwa nieraz uświetniał podobne imprezy.

Musi się opłacać, skoro tylko w Łódzkiem takich wystaw, z których można wyjechać nowym ciągnikiem, jest pięć w roku. Na Mazowszu nawet 30–40. Na wsi pełnią funkcję galerii handlowych. Na takiej imprezie, jak kiedyś na odpuście, można kupić wszystko. Jeśli targi są dobrze zorganizowane, to w osobnym namiocie dyżurować będzie pracownik ODR, który pomoże rolnikowi sporządzić biznesplan.

Z biznesplanu ma wynikać, że gospodarstwo jest „żywotne ekonomicznie”. Wtedy na traktor należy się dotacja – wyjaśnia Cezary Olejniczak, poseł SLD i brat byłego ministra. Poseł ma 40 ha i zakupił sprzętu za 400 tys. zł. Unia zwróciła mu 250 tys. Na resztę wziął kredyt. Pożyczka, jaką na zakup ciągnika zaciągnął europoseł i były wicepremier Jarosław Kalinowski, jest oprocentowana w wysokości 2,9 proc. rocznie.

Żeby poprawić żywotność ekonomiczną rolników, doradcy w biznesplanie zapisywali nierealne ceny skupu mleka czy wieprzowiny, jakie – ich zdaniem – miałyby obowiązywać w przyszłości. Wieprzowina drożała do 5 zł za kg (obecnie 3,50), mleko do 1,60 za litr (jest 1,20). Teraz ceny spadły, więc ci, którzy na traktor dopożyczyli z banku, mogą mieć kłopot ze spłatą. Zwłaszcza że banki żądają także wykupienia polisy auto casco.

W każdej z dwu minionych perspektyw budżetowych Unii rolnik mógł zakupić sprzętu, czyli także traktorów, za 300 tys. zł. Razem 600, z czego do 60 proc. zwracała Unia. Pod jednym warunkiem – że traktor w ciągu najbliższych pięciu lat nie zostanie sprzedany. – To oferta dla frajerów – twierdzi pan Artur, który kiedyś pracował w ODR, a od kilku lat na swoim. Jest tak biegły w wyszukiwaniu tytułów do otrzymania dotacji, że gwarantuje zwrot nawet do 85 proc. wartości zakupu traktora. Także z bajerami.

A jednak liczą

Na handlu traktorami urosło już w kraju ponad 200 firm dilerskich. Sprzedawcy oceniają wartość rynku na 5–7 mld zł rocznie, najwięcej traktorów kupują jednak nie rolnicy duzi, z Zachodniopomorskiego czy Warmińsko-Mazurskiego, ale średniaki, choćby z Łódzkiego i Mazowsza (tacy jak minister Marek Sawicki, zanim przekazał gospodarstwo synowi). Według oficjalnych statystyk posiadacze kilkunastu, góra – 30 ha. Żeby na takim spłachetku traktor zapracował na siebie – mowy nie ma. Nawet Pronar, przystosowany do mniejszych areałów.

Piotr Różański z firmy Rolmech, która ma filie w Węgrowie, Błoniu oraz Płońsku, te statystyki jednak by między bajki włożył. Prawda jest inna. – Ci, którzy mają po kilka hektarów, od dawna ich nie uprawiają – zapewnia. – Puścili w dzierżawę, sobie zostawiając tylko dopłaty i ubezpieczenie w KRUS. W rzeczywistości więc gospodarstwa się powiększają, tyle że nieformalnie. Rolnictwo się modernizuje. Zarządy banków, które pożyczały na te traktory, śpią spokojnie, w chłopską biedę nie wierzą. Mają zabezpieczenie w ziemi, a jej cena rośnie. I nikt jej nie sprzedaje.

Za to w internecie przybywa ofert sprzedaży ciągników używanych. Po pięciu latach zafundowane przez Unię traktory już można spieniężyć. Kto kupił, nie straci.

Polityka 9.2015 (2998) z dnia 24.02.2015; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Traktory i bajery"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Sławomir Mentzen – strateg Konfederatów

Czy można być liberalno-konserwatywnym nacjonalistą? Jak dotąd to się Konfederacji całkiem nieźle udaje. Choć balansująca pomiędzy władzą i opozycją formacja nadal jest zagadką.

Rafał Kalukin
02.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną