Polska myśl motoryzacyjna wraca do łask

Syreno wróć!
Z tęsknoty za polską motoryzacją, za autami i motorami krajowych marek, rodzą się w małych fabryczkach, warsztatach i garażach nowe syreny, warszawy, polonezy, sokoły, junaki. To prawdziwe pospolite ruszenie. Husaria jedzie na czele.
Arrinera Hussarya i szefowie spółki: Piotr Gniadek i Łukasz Tomkiewicz.
Tadeusz Późniak/Polityka

Arrinera Hussarya i szefowie spółki: Piotr Gniadek i Łukasz Tomkiewicz.

Warszawa – wnętrze kokpitu
materiały prasowe

Warszawa – wnętrze kokpitu

Warszawa – sylwetka
materiały prasowe

Warszawa – sylwetka

Motorower braci Bielawskich (stoją pośrodku) wzorowany na pierwszym polskim motocyklu marki Lech.
Zalaszkiewicz

Motorower braci Bielawskich (stoją pośrodku) wzorowany na pierwszym polskim motocyklu marki Lech.

Efekt projektu „Reaktywacja polskiego przemysłu motoryzacyjnego – Syrenka”
AMZ Kutno

Efekt projektu „Reaktywacja polskiego przemysłu motoryzacyjnego – Syrenka”

Husaria chwilowo skryła się w Kobyłce, małym miasteczku na obrzeżach stolicy. Przy uliczce, prowizorycznie utwardzonej betonowymi płytami, za płotem z napisem „sala weselna”, stoi niepozorny budynek, w którym powstaje pierwszy polski supersamochód – Arrinera Hussarya. Marka brzmi światowo, choć ma jednocześnie nawiązywać do naszej skrzydlatej konnicy. Bo Hussarya ma sławić polską motoryzację w wielkim i bogatym świecie.

Supersamochody to szczególna kategoria pojazdów – luksusowych o sportowym, niemal wyścigowym, charakterze. Te zabawki przeznaczone dla nieprzyzwoicie bogatych, napędzane są przez potężne silniki, osiągają prędkość ponad 300 km/h, i to w ekspresowym tempie. Najsłynniejsze firmy, jak Lamborghini, Bugatti, Koenigsegg, Pagani, Lotus, choć produkują je w pojedynczych egzemplarzach, to rozpalają wyobraźnię milionów miłośników motoryzacji na całym świecie.

Rozpaliły ją także Łukaszowi Tomkiewiczowi. Zaczął się zastanawiać, czy Polska nie zasłużyła, by i tu wytwarzano takie pojazdy? Z tych marzeń o polskim supersamochodzie w 2008 r. narodził się projekt Arrinery. Od tego czasu przechodził wiele faz, którymi entuzjazmowali się miłośnicy motoryzacji i stresowali inwestorzy z giełdy NewConnect. Bo Arrinera od początku była obecna na parkiecie, najpierw jako projekt firmowany przez Veno SA (obecnie Erne Ventures), a dziś przez Arrinera SA. Zresztą układ biznesowo-własnościowy tego przedsięwzięcia jest dość skomplikowany i równie dynamiczny jak superauto, którego rozpoczęcie sprzedaży zapowiadano już kilkakrotnie. Nic więc dziwnego, że inwestorzy stali się dość nieufni.

Niedawna emisja firmowych obligacji, która miała przynieść 5 mln zł na dokończenie prac przygotowawczych, dała nieco ponad 2 mln zł, mimo że Arrinera kusiła wysokim oprocentowaniem i szansą na osobisty udział obligatariuszy w próbach superauta. To dla spółki spory problem, bo trzeba znaleźć pieniądze na prowadzenie prac, a te nie są tanie. Zwłaszcza że projektanci mają ambicję stworzenia pojazdu zaawansowanego technologicznie. – Nadwozie będzie z włókna węglowego, pokryte specjalnie stworzonymi do tego projektu przez firmę PPG lakierami z dodatkiem grafenu, strefy zgniotu typu plaster miodu z aluminium i kevlaru, aktywne zawieszenie, automatycznie sterowany tylny spojler dociskający tylną oś, a w razie potrzeby działający jak hamulec aerodynamiczny. Napęd zapewni najmocniejszy dziś na świecie wolnossący silnik V8 o mocy ponad 800 KM – wylicza prezes Tomkiewicz.

Szable w dłoń

Arrinera Hussarya, choć na razie istniejąca w jednym egzemplarzu, po raz pierwszy została pokazana podczas niedawnego Poznań Motor Show. To wersja testowa, która jest dość spartańska, więc superluksus przyszłego superauta made in Poland trzeba sobie wyobrazić na podstawie wizualizacji. Stworzyli je młodzi projektanci Luc&Andre, czyli Łukasz Siódmak i Andrzej Sapieżyński z Gliwic. Specjalizują się w tworzeniu ekskluzywnych mebli inspirowanych słynnymi autami, więc znają się na rzeczy. Wnętrze będzie ręcznie wykonane z elementami nawiązującymi do husarii, w tym dźwignia zmiany biegów stylizowana na rękojeść szabli husarskiej. Taka polityka historyczna w wersji moto.

Prezes Tomkiewicz unika podania konkretnych terminów, kiedy auto trafi do sprzedaży. Na razie plan zakłada dokończenie prac i stworzenie wersji wyścigowej. A potem udział w zawodach. – To będzie świetny sprawdzian możliwości technologicznych naszego supersamochodu, a jednocześnie jego promocja wśród potencjalnych nabywców – dodaje Piotr Gniadek, wiceprezes Arrinera SA, który w imieniu głównych inwestorów czuwa nad realizacją projektu. – Wyłożyliśmy na to już 10 mln zł, głównie prywatnych – wyjaśnia. W niewielkim stopniu zaangażowało się państwo. Arrinera i Politechnika Warszawska stworzyły konsorcjum, którego zadaniem jest opracowanie systemu aktywnej aerodynamiki auta i systemu tłumienia drgań. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) przyznało na ten cel 2,5 mln zł.

Prezes Gniadek jest pewny sukcesu. Pomysł polega na stworzeniu limitowanej serii 33 egzemplarzy polskich supersamochodów. Produkcja gniazdowa, części od najlepszych dostawców i kooperantów. Cena ok. 500 tys. euro. Ze sprzedażą nie będzie problemu, bo takich aut nie kupuje się po to, by mieć czym dojeżdżać do pracy. To oferta dla bogatych kolekcjonerów, którzy zwykle mają w garażu już wiele superaut. Ale polskiego, husarskiego, jeszcze nie. Takiego rarytasu z pewnością nie przepuszczą.

Warszawa z kevlaru

Podobna filozofia przyświeca Michałowi Koziołkowi, młodemu wrocławskiemu projektantowi wzornictwa użytkowego i miłośnikowi peerelowskiej motoryzacji. Z bardzo wczesnego dzieciństwa zapamiętał, jak ojciec woził go samochodem dziadka, starą Warszawą 223, i że bardzo mu się to podobało. Z tego wspomnienia narodził się pomysł stworzenia nowej warszawy, nowoczesnej a jednocześnie nawiązującej stylistycznie do modelu 223. Swoim pomysłem zaraził kolegów Michała Puchalskiego, Adama Mally i kilku innych. Zbudowali już wcześniej syrenę na Euro, nawiązującą kształtem do słynnego peerelowskiego auta, ale kryjącą pod maską potężny trzylitrowy silnik BMW.

Teraz pomysł jest podobny – na bazie wielkiego BMW m5 wrocławscy twórcy nowej warszawy, czyli New Warsaw Wratislavia (żeby było światowo), stworzyli jeszcze większe auto z nadwoziem z tworzywa sztucznego inspirowane kształtem starego modelu produkowanego w FSO w latach 196473. – Docelowo planujemy, że nadwozie będzie z kevlaru – deklaruje Koziołek. Ten cel to mała własna manufaktura produkująca trzy warszawy rocznie. Właściwie superwarszawy, bo plan zakłada luksusowe wykończenie wnętrza i potężny silnik o mocy 600 KM pod maską. Cena 1,5 mln zł za sztukę. Drogo, ale na taki kolekcjonerski rarytas znajdą się chętni – wierzą młodzi wrocławianie.

Na razie jednak inwestują w NWW swój czas, wysiłek i pieniądze. Rozgłos, jaki zyskali, sprawił, że pojawił się wspólnik, polonus z Belgii, i z przyczyn sentymentalnych wyłożył 250 tys. zł. Usiłowali też zbierać pieniądze poprzez serwis crowdfundingowy polakpotrafi.pl, ale z planowanych 60 tys. zł udało się zebrać niespełna 7 tys. zł. Choć w internecie entuzjazm dla wskrzeszania polskiej motoryzacji jest wielki, to skłonność do jej wsparcia własnymi pieniędzmi mała.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną