Rynek

Co się stało z naszą płacą

W Polsce praca się nie opłaca: zarabiamy za mało

Manifestacja związkowców w Stoczni Gdynia SA. Polska, mimo tradycji Solidarności, jest najmniej uzwiązkowionym krajem Europy. W latach 90. do związków należało jeszcze 40 proc. pracowników. Dziś 10, 15 proc. Manifestacja związkowców w Stoczni Gdynia SA. Polska, mimo tradycji Solidarności, jest najmniej uzwiązkowionym krajem Europy. W latach 90. do związków należało jeszcze 40 proc. pracowników. Dziś 10, 15 proc. Rafał Malko / Agencja Gazeta
Polacy na ogół zarabiają mniej, niż im by się należało. Nie ma w tej chwili polityka, który twierdziłby inaczej. Jak do tego doszło: kraj wygląda na kwitnący, a miliony mają poczucie, że biedują? Jak wyjść z tej sytuacji?
Call center w Górze KalwariiPiotr Małecki/Napo/Forum Call center w Górze Kalwarii
Trzeba wymyślić zupełnie nowe szkolnictwo zawodowe.Kalinovsky/PantherMedia Trzeba wymyślić zupełnie nowe szkolnictwo zawodowe.
Również wielkomiejskim etatowcom coraz trudniej podzielać logikę pracodawców, zatroskanych wyłącznie o zysk i dumnych z PKB.Pressmaster/PantherMedia Również wielkomiejskim etatowcom coraz trudniej podzielać logikę pracodawców, zatroskanych wyłącznie o zysk i dumnych z PKB.

Artykuł w wersji audio

Ile przeciętnie zarabia Polak? Na to najprostsze, wydawałoby się, pytanie nie ma odpowiedzi, która nie budziłaby emocji. Średnia arytmetyczna podawana przez GUS – obecnie ok. 4 tys. zł brutto – budzi wściekłość: a niby kto tyle ma?! GUS do obliczeń bierze tylko etatowców w produkcji i budżetówce, a płacowe kominy zawyżają rachunek. Raz na dwa lata oblicza medianę zarobków, która wydaje się bliższa prawdy – ok. 3 tys. zł. Najmniej niepokoju wywołuje ogłoszenie płacy najczęściej spotykanej (tzw. dominanty). Najwięcej Polaków zarabia teraz ok. 2,2 tys. zł brutto miesięcznie. Słabo. Wielu jeszcze słabiej. Biednych pracujących, którzy nie są w stanie za własne zarobki utrzymać się na elementarnym poziomie, szacuje się na 15 proc. 1,3 mln spośród 14 mln kodeksowo pracujących Polaków osiąga tylko płacę minimalną (1750 zł). Jeśli wziąć pod uwagę zatrudnionych wyłącznie na umowach cywilnych (kolejne 1,3 mln), to niewykluczone, że nawet ćwierć naszego narodu sytuuje się poniżej ustawowej kreski. A przecież w firmach ochroniarskich czy sprzątających (zatrudniają 400 tys.) taka umowa jest normą, zaś stawka za godzinę często wynosi 5 zł. Pracodawcy twierdzą, że tak muszą; inaczej nie sprostaliby konkurencji.

Pracownicy są na ogół przekonani, że muszą brać, co im dają. Teraz nawet w wielkich miastach, w nowoczesnych i obiecujących branżach – w usługach, w bankowości, mediach, reklamie – dają przeważnie cywilną umowę na te ok. 2,2 tys. Czasem proponują etat. Minimalny. Muszę tak, bo ZUS, bo NFZ, tłumaczą pracodawcy. Więc ludzie sami wybierają jakąś formę samozatrudnienia. Muszę, powiadają, bo w mojej sytuacji każde 200, 300 zł się liczy.

Co się stało, że przyzwoitą płacę europejską – ok. 4 tys. euro miesięcznie – osiąga tylko ok. 15 tys. Polaków? Przy tym dochody na samej górze hierarchii szybują – wynagrodzenia prezesów banków i spółek giełdowych przekraczają 8 mln zł rocznie. Najlepiej zarabiający wyciągają w dzień 10 razy więcej niż większość w miesiąc. Mowa, oczywiście, jedynie o tych, którzy wyznaczają sobie coś w rodzaju płacy i ujawniają dywidendę. Jak wyglądają „zarobki” w przedsięwzięciach rejestrowanych w rajach podatkowych? Nie wiemy. Ale wyobraźnia nakręca poczucie wykluczenia z zysku wspólnie wypracowywanego na naszej „zielonej wyspie”. Ono tak nabrzmiało, że w obecnej kampanii wyborczej sprawiedliwość płac musiała się stać bez mała tematem numer jeden.

W szczękach korporacji

Dziś już mało kto lubi wracać myślą do PRL, np. do 1975 r., kiedy średnia płaca nominalnie była równa obecnej, ale warta jakieś 30 dol. czarnorynkowych. Startowaliśmy do transformacji gospodarczej z przekonaniem o bankructwie systemu. Z poczuciem, że musi być jakieś bezrobocie, że polityka powszechnego zatrudnienia i urawniłowka płac są absurdalne i niesprawiedliwe. Że trzeba komercjalizować, co państwowe, a co prywatne ze swej natury podda się żelaznym prawom popytu i podaży. Słowem, że rynek wszystko uzdrowi. Pracowitych i wykształconych nagrodzi, niemieszczących się w nowych regułach gry wesprze wcześniejszą emeryturą lub choćby zupą z kotła Jacka Kuronia, pierwszego ministra pracy i polityki społecznej.

Dziś jedna za drugą wychodzą książki ekonomistów zasępionych, że transformacja przypadła pechowo na lata triumfu doktryny neoliberalnej. Wtedy do konstytucji wpisano pojęcie: społeczna gospodarka rynkowa. Przekonującej definicji, co to ma być, nigdy nie ustalono. Hasło wyrażało nadzieję, że generalnie będzie dostatniej i sprawiedliwiej.

Czy na początku lat 90. Polacy mieli świadomość, że właśnie zaczynają budować kapitalizm, i to w jego wyścigowej wersji? Że nieodwracalnie decyduje się ich pozycja społeczna: albo będą pracodawcami, albo pracownikami (czy też – jak modnie jest dziś mówić – prekariuszami)? Prywatyzacja, deindustrializacja, napływ obcego kapitału, uwłaszczenie nomenklatury – to wszystko milionom wydawało się odbywać gdzieś nad ich głowami. Początkowo wielu miało okazję do udziału w prywatyzacji swych miejsc pracy; 1,5 tys. mniejszych przedsiębiorstw sprywatyzowano na zasadzie leasingu pracowniczego, w większych 20 proc. akcji rezerwowano dla załóg. Ale naród – od górników po redaktorki pism kobiecych – był wygłodzony banalnych dóbr, a nie akcji. Pracownicy na potęgę sprzedawali i swoje własne udziały (np. kierownictwu), i całe spółki pracownicze (np. zagranicznemu inwestorowi), nawet gdy wcześniej postawiły one zakład na nogi. Kapitał zamieniali na telewizor. Na „nowego” 10-letniego opla kadeta. Na futro. Na kuchnię na obstalunek. Dziś co najmniej dwie trzecie tych leasingowych spółek nie jest już własnością pracowników.

Program Powszechnej Prywatyzacji (1994–98), zapowiadany jako wielki projekt uczynienia uczestnikami gry kapitałowej 27 mln Polaków (tylu uprawniono do wykupienia akcji 512 przedsiębiorstw), skończył się – najłagodniej mówiąc – klapą: ludzie kupowali świadectwa udziałowe po 20 zł, sprzedawali „konikom” po 100 zł albo odsyłali ojcu Rydzykowi na powstające wtedy Radio Maryja. (Narodowe Fundusze Inwestycyjne rozwiązano w 2005 r.). Dziś wleczemy się w ogonie Europy, jeśli chodzi o akcjonariat pracowniczy. Nieliczne spółki pracownicze zwykle pozamykały się w kręgu ojców założycieli. Jeśli słychać o programach stałego włączania pracowników do akcjonariatu, to np. w międzynarodowych sieciach handlowych. Według Instytutu Gallupa najwyżej 3–6 proc. Polaków jest świadomymi posiadaczami jakichkolwiek akcji, np. w postaci rachunków maklerskich.

To, co się wtedy stało, jest poniekąd zrozumiałe. Z początkiem lat 90. młodzi pracujący – roczniki 40., 50., 60. – musieli skupić się na łataniu przestarzałego wykształcenia, nędznej angielszczyzny i analfabetyzmu technologicznego. Na biurkach stawały pierwsze komputery, szef coraz częściej był Włochem, Niemcem, Amerykaninem, Francuzem. Marzeniem – częściej niż „branie losu we własne ręce” – była praca w międzynarodowej korporacji. Kultura organizacji, dress code, executive manager, ha-er, pi-ar… Uczyli się tej nowej polsko-angielszczyzny jak religii. 80 proc. Polaków zapragnęło posłać dzieci na studia, czego oczywistym następstwem miała być kariera finansowa i społeczna w wielkim mieście. (Bynajmniej nie los – jak się dzisiaj mówi – słoika w Mordorze za 2,2 tys. zł na recepcji. Albo na umowie cywilnej w call center).

„Branie losu we własne ręce” w latach 90. często materializowało się w postaci łóżka polowego albo słynnych szczęk (taką formę miały ówczesne stragany – przypis dla młodych). Komercjalizowany lub zamykany przemysł wypluwał ludzi do handlu. W latach 80. pracowało w nim ledwie 6 proc. Polaków, teraz – 15 proc. (Tyle że większość już nie w szczękach. 20 największych sieci handlowych zatrudnia dziś 250 tys. pracowników. Niektóre po 45 tys. personelu).

Były, oczywiście, grupy zawodowe, które na pewien czas odnalazły się w tym rynkowym entuzjazmie, np. część naukowców zakładających prywatne uczelnie wyższe. (Dziś większość tych szkół przymiera – rynek pracy obnaża ich żałosną jakość, niż demograficzny dobija). Część lekarzy w prywatnej służbie zdrowia. Część nauczycieli w niepublicznym szkolnictwie.

Eksplodował small biznes. Lubimy mit o wyjątkowej polskiej zaradności i talencie do interesów. Na 1 tys. Polaków 48 biznesmenów! Nasz kraj wyprzedza tu Niemcy (25) czy Wielką Brytanię (27). Co roku 300–400 tys. Polaków coś swojego zakłada (po trzech latach prosperuje co trzeci). 1,8 mln, może nawet 2 mln firm. Ale tylko 600 tys. kogokolwiek zatrudnia. Ledwie 70 tys. – więcej niż 10 osób. 400 tys. Polaków dorabia w ten sposób do etatu. Ekonomiści obliczają, że ok. 300–400 tys. mieści się w kategorii samozatrudnienia wymuszonego – to ludzie, którzy tylko w ten sposób mają szanse świadczyć pracę.

Jednak na początku lat 2000. wizja, że ta masa przedsiębiorców, była inteligencja, specjaliści (lekarze, prawnicy itd.), ludzie wolnych zawodów przedzierzgną się w liczną i krzepką klasę średnią, wydawała się wciąż realna. Wielu wierzyło w to tym mocniej, im śmielej banki obliczały ich zdolność kredytową – naukowcy ukuli nawet zaprawiony ironią termin: burżuazja kredytowa. Iluż z nich to teraz frankowicze, zadłużeni po starość i wypaleni z młodzieńczego entuzjazmu, gotowi wziąć pracę na każdych warunkach, byle na rękę dostać choć te 200, 300 zł więcej…

Erozja Solidarności i solidarności

Nie licząc regularnych blokad dróg, palenia opon oraz białych miasteczek przed siedzibą rządu, którymi to formami protestu dawali o sobie znać rolnicy, górnicy czy pielęgniarki (a raczej związki zawodowe), ludzie przestali podnosić głowy. Ze strachu przed pójściem na bruk? To za proste wyjaśnienie. Może odnosić się do obszarów strukturalnego bezrobocia – jak nie masz wyboru, to pracujesz w jedynej szwalni po 13 godzin na dobę. Ale w wielkich miastach? Tu wyjaśnieniem może być tylko potężna zmiana psychospołeczna. Po transformacji niemal błyskawicznie aurę społeczną zdominował indywidualizm. Opacznie pojęty. Miarą człowieka stał się jego osobisty sukces, miarą sukcesu – stan posiadania. Zaczęliśmy się rankingować – od szkoły, ba, od przedszkola. Obsesyjnie. Przekaz: ścigaj się, pokonuj innych, sączył się nieprzerwanie z utestowionej szkoły czy z telewizyjnej popkultury (dziesiątki show wedle jednej zasady: tygodniami eliminuje się słabszych, a najlepszy rozbija bank). Sycił słynną polską zawiść i brak zaufania, które rujnują społeczną solidarność.

A Solidarność – fenomenalny związek zawodowy z lat 80. – zrujnował się sam. Zrujnował ideę związku zawodowego. Biorąc intensywny udział w grze politycznej – konsekwentnie po jednej, narodowo-katolickiej stronie. Podsycając egoizmy branżowe. Bezustannie grożąc brutalną rozróbą na ulicach. Pozwalając swoim przywódcom na lewe interesy i przybieranie póz jakichś amerykańskich związkowych bonzów z lat 30. Torpedując, w imię obrony swojej pozycji, ideę rad pracowników (dziś istnieją one w 1,7 proc. zakładów pracy, a pewnie 90 proc. pracowników nawet nie wie, że ma prawo coś takiego powołać).

Solidarność zrobiła wszystko, by odstraszyć od związków zawodowych i pracodawców, i pracowników. Z początkiem lat 90. do związków należało jeszcze 40 proc. pracujących Polaków, obecnie 10–15 proc. Polska jest najmniej uzwiązkowionym krajem Europy. Pracodawcy boją się związków – liczni, gdy tylko usłyszą o takim zamiarze, wywalają na łeb inicjatorów, nawet za cenę przegranego procesu i konieczności odszkodowania. Są korporacje, w których tylko pracownicy polskich oddziałów nie mają związków.

To ponury paradoks, że ćwierć wieku od zwycięstwa Solidarności związki schodzą w Polsce do podziemia – organizacje zakładowe, skoro nie muszą, nie ujawniają list członków. A hasło, by zabrać związkowcom prawo do wynagrodzenia z zakładu pracy na czas pełnienia funkcji, budzi aplauz podczas konwencji partii rządzącej, wywodzącej swój rodowód z tamtej, legendarnej Solidarności. W cywilizowanym świecie to dość oczywiste rozwiązanie ochronne. Wszędzie związki są kłopotem – żądają, strajkują. Ale przede wszystkim od połowy XIX w. są uznanym partnerem do negocjacji – i na poziomie zakładu pracy, i na poziomie państwa. U nas przez dwa ostatnie lata zawieszona była działalność Komisji Trójstronnej (rząd, pracodawcy, związki – wycofali się związkowcy); teraz ma ją zastąpić Rada Dialogu Społecznego.

Bez dialogu

W Polsce zabrakło cywilizowanego dialogu, gdy stopniowo erodowały reguły zatrudniania, opłacania, awansowania pracowników w tych branżach i zakładach pracy, które nie były w stanie wyjść na ulicę, palić opon i kukieł. Bez dyskusji powszechnie przyjmowała się zasada, że wysokość wynagrodzenia jest efektem indywidualnej, tajnej dla reszty pracowników umowy z pracodawcą (w istocie kontraktem). Może tak i lepiej, tłumaczyliśmy sobie, nie ma tych idiotycznych peerelowskich wojen o premie, sztywnych widełek, niedorzecznych szczebli awansu. Od 2002 r. zaczęły więc zanikać umowy zbiorowe. W krajach zachodnich, zwłaszcza skandynawskich, układy obejmują nawet 90 proc. pracowników; w Polsce ledwie 20 proc.

Nie debatowaliśmy nigdy poważnie o Kodeksie pracy, opasłej księdze uchwalonej w 1974 r. dla zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej (nowelizowanej 60 razy). W 2008 r. powołano komisję kodyfikacyjną, by uchwalić zupełnie nowy akt prawny, ale cały ten profesorski wysiłek poszedł w gwizdek – nikt do ówczesnych projektów nie wraca. Pewnie w przeświadczeniu, że nie da się już ustalić wspólnych norm i ram dla każdej pracy, jaką wykonują współcześni ludzie. To prawda. Ale prawdą jest i to, że praca milionów Polaków wyjęta jest dziś z jakichkolwiek norm i ram.

Nikt nie naradzał się nad coraz bardziej dekoracyjną rolą Państwowej Inspekcji Pracy. Niedoinwestowana, skupiona na wyrabianiu jakichś sobie tylko potrzebnych statystycznych wyników, sprawdza, kto nie zapłacił za nadgodziny, kto zatrudnia cywilnoprawnie albo i w ogóle bez umowy, choć powinien etatowo, kto nie dał należnego wolnego. Nakłada symboliczne kary, nawet nie ma uprawnień, by kierować sprawy do sądów (może poinstruować skrzywdzonego pracownika, że należy to zrobić). Sama przyznaje, że jej działalność to bicie po nosie lwa łapką na muchy.

Nie jest w stanie zatrzymać tego, co się dzieje od 2003 r., kiedy to kolejnym zaklęciem stało się słowo elastyczność (ustawy o instytucjach rynku pracy oraz o zatrudnianiu pracowników tymczasowych). Uwierzyliśmy w tę elastyczność wszystkiego – form zatrudnienia, czasu pracy, płacy – jak onegdaj w niewidzialną rękę rynku. Że to będzie przeciw bezrobociu, że zajęcie znajdą emeryci i studenci oraz wybitni eksperci i specjaliści, których szkoda na jeden sztywny etat.

Obecnie ok. 1,8 mln osób jest zarejestrowanych w agencjach pracy tymczasowej, żadnych ekspertów tam nie ma. 26 proc. to robotnicy do prac prostych, a następnie: magazynierzy, operatorzy maszyn produkcji, pakowacze, kasjerzy, sprzedawcy, pracownicy obsługi biurowej, pracownicy call center. 60 proc. spośród nich pracuje na umowach cywilnoprawnych, a ich pracodawcą są właśnie agencje. Rekrutują co piątego pracownika do specjalnych stref ekonomicznych, gdzie pracuje 250 tys. Polaków.

To nowy proletariat, a raczej prekariat, bo i w potocznej polszczyźnie przyjął się już ten termin. Oznacza on nie tyle stan kieszeni, ile stan ducha. Brak pewności, stałości, stabilności. Chroniczną nieprzewidywalność, lęk, że może być tylko gorzej. Psychologiczną biedę: brak wsparcia, poczucie samotności i izolacji. Ten stan ducha obejmuje dziś więcej Polaków, niżby to wynikało z samych płac. Nawet ci na etatach, ozusowani i ubezpieczeni, często czują się prekariuszami w osobliwej odmianie polskiego kapitalizmu. Głos pracodawców był w ostatnich latach dobrze słyszalny: że wysokie koszty pracy, że zabójcze podatki, że nieprzyjazne państwo. Słabiej przebijało się to, że polscy szefowie zarządzają strachem, a w tysiącach firm odrodziły się zgoła folwarczne relacje rodem z Polski pańszczyźnianej. I że kryzys, jaki gruchnął w 2008 r. wraz z upadkiem Lehmann Brothers, został wykorzystany jako kolejny straszak na pracownika.

Wyspa nie tak zielona

Uspokajaliśmy się przez te siedem lat, że do Polski – zielonej wyspy wiecznego wzrostu PKB – kryzys nie dotrze. Z perspektywy wielu pracowników dotarł. W kolejnych rocznych raportach PIP pisała: główną strategią pracodawców na zaostrzającą się walkę konkurencyjną jest tzw. racjonalizacja kosztów zatrudnienia. Ze strachu zaczęto siać strach. Zwalniać. Nie masowo. Po trochu. Również w branżach, wydawałoby się, nie do ruszenia: bankach, przemyśle farmaceutycznym, mediach. W coraz mniej kochanych korporacjach – Mordorach. Młodych przyjmować już tylko na zlecenia. Specyfika mojej branży, mówili pracodawcy, muszę. Znów pojawiło się słowo zaklęcie: outsourcing. Po co etatowiec – każda praca wydawała się do kupienia „na mieście”. Racjonalizacja w wielu firmach okazała się irracjonalna: „na mieście” wychodzi drożej i marniej, ale przyznać się do błędu nie honor. Nawet budżetówka poddała się tej zarazie (i teraz sądy muszą się tłumaczyć, dlaczego zatrudniają ochroniarzy po 5 zł za godzinę), nawet obsługa w związkowym hotelu Bałtyk.

Ludzie, zwłaszcza z tych miasteczek, gdzie straszą kikuty dawno upadłych fabryk, od lat stają przed alternatywą: 5 zł za godzinę jako pokojówka/barman (spróbuj wspomnieć o umowie – koniec rozmowy) w pobliskim uzdrowisku albo legendarny zmywak. Od 2004 r. – otwarcia rynku pracy w UE – co roku miasto wielkości Mielca czy Łomży przenosi się z Polski na Zachód. Teraz „czasowo” przebywa tam 2,2 mln Polaków.

Coraz mniej przekonująco brzmią zapewnienia, że Polska jest rajem dla inwestorów. Trudno go dostrzec w owych specjalnych strefach ekonomicznych, gdy codziennie dojeżdża się po 70 km, stoi osiem godzin przy taśmie za stawkę 11 zł na czas określony, bo gdyby inwestor musiał zapłacić więcej, to się przeniesie z fabryką do Chin czy Bangladeszu.

Również wielkomiejskim etatowcom coraz trudniej podzielać logikę pracodawców, zatroskanych wyłącznie o zysk i dumnych z PKB. Czują się raczej jak w ponurej bajce o wawelskim smoku, domagającym się codziennej daniny. Nakarmić firmę zyskiem – oto sens naszego wysiłku. Gorzko jest zwłaszcza tym, którym jeśli w ogóle jakaś nagroda z tego zysku skapnie, to wedle kaprysu pracodawcy. Układu zbiorowego, jak ten zysk dzielić, zwykle nie ma. Pracodawca, nawet gdyby chciał, nie ma z kim go negocjować.

Przedwyborcza pobudka

Można było się spodziewać, czym to wszystko się skończy: festiwalem obietnic przedwyborczych. Licytacją partii politycznych na stawki godzinowe i płace minimalne. Wyścigiem, kto bardziej obniży podatki i podniesie dodatki. Rozdawaniem pieniędzy albo choćby leków emerytom. Słyszymy o reorganizacji systemu podatkowego, o nowej formie zatrudnienia (kontrakt), o walce ze śmieciówkami.

Z jednej strony to dobrze, że kwestie pracy i płacy przebiły się wreszcie przez nieustający jazgot o aborcji i in vitro. Z drugiej jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to wszystko jest niepoważne; ot, rzucimy parę pomysłów, niech będzie hałas, emocje. A sprawa jest piekielnie poważna.

Polska uratowała się przed kryzysem, ale potężnym kosztem społecznym. Kryzys odbił się nie na PKB, ale na kieszeniach pracowników. Z tego nieomal nawykowego cięcia kosztów trudno się teraz wydostać. Z osobliwej odmiany turbokapitalizmu polegającego na wściekłej rywalizacji w branżach, na podstępnym załatwianiu konkurencji na zasadzie: a ja tam mam w nosie ludzi, prawo, przyzwoitość. Tak muszę, bo nie mogę utonąć.

Nie jesteśmy w tym sami. Skrajna nierówność dochodów to dziś fundamentalny, globalny problem kapitalizmu. Również najzagorzalsi liberałowie już go wyraźnie widzą. Jako kwestię etyczną, a przede wszystkim paraliżującą barierę rozwojową: coraz płytsza warstwa gromadzących niedorzeczne wręcz bogactwo nie stwarza wystarczającego popytu na lawinową podaż towarów. Kapitalistyczne perpetuum mobile zacina się; niektórzy już wieszczą katastrofalną stagnację gospodarczą. Wszędzie szuka się więc pomysłów na równiejszy podział zysków, na partycypację pracowników w zarządzaniu, mówi się o tzw. gospodarce inkluzywnej (niewykluczającej nikogo); państwa zachodnie intensywnie podsycają ideę akcjonariatu pracowniczego, tak u nas skarlałą.

Naszym zdaniem

Co robić w Polsce? Na początek, zamiast oszalałego rozdawnictwa, wspierać mechanizmy cywilizowania pracy. Państwo powinno dysponować strażą (by nie powiedzieć policją), która ściga przypadki zwykłego draństwa na rynku pracy. Na pewno tej roli nie gra dziś PIP. Ta instytucja zresztą musi pilnować prawa, a pilnowanie czegoś powszechnie lekceważonego – Kodeksu pracy – to absurd. Czy warto go nowelizować po raz 61., wprowadzając np. ów jednolity kontrakt, proponowany przez PO? Będziemy wiedzieć, jak poznamy szczegóły. Ale przy dzisiejszym zróżnicowaniu zawodów i sposobów organizacji pracy sens mają przede wszystkim umowy zbiorowe w zakładach i branżach. I do ich zawierania państwo powinno (co najmniej) zachęcać. Od Rady Dialogu Społecznego trzeba oczekiwać projektu nowej ustawy, która przedstawicielstwom pracowników na poziomie zakładowym da realną siłę i w ogóle impuls do zaistnienia.

Spory, ile mamy „śmieciówek”, są coraz bardziej jałowe. Elastyczne formy zatrudnienia nie są z definicji złe – patologią jest kompletne odwrócenie ich sensu w Polsce. Należy odróżnić ludzi prowadzących realną działalność gospodarczą od samozatrudnionych pracowników. Te grupy wymagają innych ułatwień i ochrony, opodatkowania, oskładkowania, słowem – osobnego prawa.

Trzeba wymyślić zupełnie nowe szkolnictwo zawodowe. Umożliwić starszym podnoszenie kwalifikacji zwłaszcza w nowych technologiach. Zamiast siać strach, że nie będzie emerytury, przekonywać ludzi, że potrafią pracować znacznie dłużej niż dotychczas. Nie warto wypychać z rynku pracy nikogo, kto chce pracować. Ale da się to zrobić, płacąc godziwie za pracę, a nie za liczbę dzieci.

Gniew za pustawe kieszenie kieruje się dziś przeciw państwu, a nie przeciw kapitałowi, bo on jest coraz trudniejszy do personalnego zidentyfikowania. To tylko przeniesienie emocji. Sytuacja wymaga aktywności, większej opiekuńczości państwa. Ale też refleksji ekonomicznej, mentalnej, etycznej po stronie tych, którzy pracę dają i nią kierują. Może trzeba się trochę posunąć? Szczodrzej dzielić się sukcesem? Nowy podział na my (za 2,2 tys. zł miesięcznie) i oni (za 22 tys. zł dziennie) jest groźny. Otwiera drogę populistom, zamyka drogę do rozwoju. Ostatecznie obróci się przeciw wszystkim.

***

W cyklu Raport Polska Przed Wyborem dotychczas ukazały się publikacje nt. JOW (POLITYKA 29), finansowania partii (POLITYKA 30), wymiaru sprawiedliwości (POLITYKA 31), systemu emerytalnego (POLITYKA 32), relacji państwo-Kościół (POLITYKA 33), służby zdrowia (POLITYKA 34) i demografii (POLITYKA 35), szkół (POLITYKA 36), wojska (POLITYKA 37), uchodźców (POLITYKA 38) i polityki historycznej (POLITYKA 39).

Polityka 40.2015 (3029) z dnia 29.09.2015; Raport Polityki; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Co się stało z naszą płacą"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną