W Polsce praca się nie opłaca: zarabiamy za mało

Co się stało z naszą płacą
Polacy na ogół zarabiają mniej, niż im by się należało. Nie ma w tej chwili polityka, który twierdziłby inaczej. Jak do tego doszło: kraj wygląda na kwitnący, a miliony mają poczucie, że biedują? Jak wyjść z tej sytuacji?
Manifestacja związkowców w Stoczni Gdynia SA. Polska, mimo tradycji Solidarności, jest najmniej uzwiązkowionym krajem Europy. W latach 90. do związków należało jeszcze 40 proc. pracowników. Dziś 10, 15 proc.
Rafał Malko/Agencja Gazeta

Manifestacja związkowców w Stoczni Gdynia SA. Polska, mimo tradycji Solidarności, jest najmniej uzwiązkowionym krajem Europy. W latach 90. do związków należało jeszcze 40 proc. pracowników. Dziś 10, 15 proc.

Call center w Górze Kalwarii
Piotr Małecki/Napo/Forum

Call center w Górze Kalwarii

Trzeba wymyślić zupełnie nowe szkolnictwo zawodowe.
Kalinovsky/PantherMedia

Trzeba wymyślić zupełnie nowe szkolnictwo zawodowe.

Również wielkomiejskim etatowcom coraz trudniej podzielać logikę pracodawców, zatroskanych wyłącznie o zysk i dumnych z PKB.
Pressmaster/PantherMedia

Również wielkomiejskim etatowcom coraz trudniej podzielać logikę pracodawców, zatroskanych wyłącznie o zysk i dumnych z PKB.

audio

AudioPolityka Ewa Wilk - Co się stało z naszą płacą

Ile przeciętnie zarabia Polak? Na to najprostsze, wydawałoby się, pytanie nie ma odpowiedzi, która nie budziłaby emocji. Średnia arytmetyczna podawana przez GUS – obecnie ok. 4 tys. zł brutto – budzi wściekłość: a niby kto tyle ma?! GUS do obliczeń bierze tylko etatowców w produkcji i budżetówce, a płacowe kominy zawyżają rachunek. Raz na dwa lata oblicza medianę zarobków, która wydaje się bliższa prawdy – ok. 3 tys. zł. Najmniej niepokoju wywołuje ogłoszenie płacy najczęściej spotykanej (tzw. dominanty). Najwięcej Polaków zarabia teraz ok. 2,2 tys. zł brutto miesięcznie. Słabo. Wielu jeszcze słabiej. Biednych pracujących, którzy nie są w stanie za własne zarobki utrzymać się na elementarnym poziomie, szacuje się na 15 proc. 1,3 mln spośród 14 mln kodeksowo pracujących Polaków osiąga tylko płacę minimalną (1750 zł). Jeśli wziąć pod uwagę zatrudnionych wyłącznie na umowach cywilnych (kolejne 1,3 mln), to niewykluczone, że nawet ćwierć naszego narodu sytuuje się poniżej ustawowej kreski. A przecież w firmach ochroniarskich czy sprzątających (zatrudniają 400 tys.) taka umowa jest normą, zaś stawka za godzinę często wynosi 5 zł. Pracodawcy twierdzą, że tak muszą; inaczej nie sprostaliby konkurencji.

Pracownicy są na ogół przekonani, że muszą brać, co im dają. Teraz nawet w wielkich miastach, w nowoczesnych i obiecujących branżach – w usługach, w bankowości, mediach, reklamie – dają przeważnie cywilną umowę na te ok. 2,2 tys. Czasem proponują etat. Minimalny. Muszę tak, bo ZUS, bo NFZ, tłumaczą pracodawcy. Więc ludzie sami wybierają jakąś formę samozatrudnienia. Muszę, powiadają, bo w mojej sytuacji każde 200, 300 zł się liczy.

Co się stało, że przyzwoitą płacę europejską – ok. 4 tys. euro miesięcznie – osiąga tylko ok. 15 tys. Polaków? Przy tym dochody na samej górze hierarchii szybują – wynagrodzenia prezesów banków i spółek giełdowych przekraczają 8 mln zł rocznie. Najlepiej zarabiający wyciągają w dzień 10 razy więcej niż większość w miesiąc. Mowa, oczywiście, jedynie o tych, którzy wyznaczają sobie coś w rodzaju płacy i ujawniają dywidendę. Jak wyglądają „zarobki” w przedsięwzięciach rejestrowanych w rajach podatkowych? Nie wiemy. Ale wyobraźnia nakręca poczucie wykluczenia z zysku wspólnie wypracowywanego na naszej „zielonej wyspie”. Ono tak nabrzmiało, że w obecnej kampanii wyborczej sprawiedliwość płac musiała się stać bez mała tematem numer jeden.

W szczękach korporacji

Dziś już mało kto lubi wracać myślą do PRL, np. do 1975 r., kiedy średnia płaca nominalnie była równa obecnej, ale warta jakieś 30 dol. czarnorynkowych. Startowaliśmy do transformacji gospodarczej z przekonaniem o bankructwie systemu. Z poczuciem, że musi być jakieś bezrobocie, że polityka powszechnego zatrudnienia i urawniłowka płac są absurdalne i niesprawiedliwe. Że trzeba komercjalizować, co państwowe, a co prywatne ze swej natury podda się żelaznym prawom popytu i podaży. Słowem, że rynek wszystko uzdrowi. Pracowitych i wykształconych nagrodzi, niemieszczących się w nowych regułach gry wesprze wcześniejszą emeryturą lub choćby zupą z kotła Jacka Kuronia, pierwszego ministra pracy i polityki społecznej.

Dziś jedna za drugą wychodzą książki ekonomistów zasępionych, że transformacja przypadła pechowo na lata triumfu doktryny neoliberalnej. Wtedy do konstytucji wpisano pojęcie: społeczna gospodarka rynkowa. Przekonującej definicji, co to ma być, nigdy nie ustalono. Hasło wyrażało nadzieję, że generalnie będzie dostatniej i sprawiedliwiej.

Czy na początku lat 90. Polacy mieli świadomość, że właśnie zaczynają budować kapitalizm, i to w jego wyścigowej wersji? Że nieodwracalnie decyduje się ich pozycja społeczna: albo będą pracodawcami, albo pracownikami (czy też – jak modnie jest dziś mówić – prekariuszami)? Prywatyzacja, deindustrializacja, napływ obcego kapitału, uwłaszczenie nomenklatury – to wszystko milionom wydawało się odbywać gdzieś nad ich głowami. Początkowo wielu miało okazję do udziału w prywatyzacji swych miejsc pracy; 1,5 tys. mniejszych przedsiębiorstw sprywatyzowano na zasadzie leasingu pracowniczego, w większych 20 proc. akcji rezerwowano dla załóg. Ale naród – od górników po redaktorki pism kobiecych – był wygłodzony banalnych dóbr, a nie akcji. Pracownicy na potęgę sprzedawali i swoje własne udziały (np. kierownictwu), i całe spółki pracownicze (np. zagranicznemu inwestorowi), nawet gdy wcześniej postawiły one zakład na nogi. Kapitał zamieniali na telewizor. Na „nowego” 10-letniego opla kadeta. Na futro. Na kuchnię na obstalunek. Dziś co najmniej dwie trzecie tych leasingowych spółek nie jest już własnością pracowników.

Program Powszechnej Prywatyzacji (1994–98), zapowiadany jako wielki projekt uczynienia uczestnikami gry kapitałowej 27 mln Polaków (tylu uprawniono do wykupienia akcji 512 przedsiębiorstw), skończył się – najłagodniej mówiąc – klapą: ludzie kupowali świadectwa udziałowe po 20 zł, sprzedawali „konikom” po 100 zł albo odsyłali ojcu Rydzykowi na powstające wtedy Radio Maryja. (Narodowe Fundusze Inwestycyjne rozwiązano w 2005 r.). Dziś wleczemy się w ogonie Europy, jeśli chodzi o akcjonariat pracowniczy. Nieliczne spółki pracownicze zwykle pozamykały się w kręgu ojców założycieli. Jeśli słychać o programach stałego włączania pracowników do akcjonariatu, to np. w międzynarodowych sieciach handlowych. Według Instytutu Gallupa najwyżej 3–6 proc. Polaków jest świadomymi posiadaczami jakichkolwiek akcji, np. w postaci rachunków maklerskich.

To, co się wtedy stało, jest poniekąd zrozumiałe. Z początkiem lat 90. młodzi pracujący – roczniki 40., 50., 60. – musieli skupić się na łataniu przestarzałego wykształcenia, nędznej angielszczyzny i analfabetyzmu technologicznego. Na biurkach stawały pierwsze komputery, szef coraz częściej był Włochem, Niemcem, Amerykaninem, Francuzem. Marzeniem – częściej niż „branie losu we własne ręce” – była praca w międzynarodowej korporacji. Kultura organizacji, dress code, executive manager, ha-er, pi-ar… Uczyli się tej nowej polsko-angielszczyzny jak religii. 80 proc. Polaków zapragnęło posłać dzieci na studia, czego oczywistym następstwem miała być kariera finansowa i społeczna w wielkim mieście. (Bynajmniej nie los – jak się dzisiaj mówi – słoika w Mordorze za 2,2 tys. zł na recepcji. Albo na umowie cywilnej w call center).

„Branie losu we własne ręce” w latach 90. często materializowało się w postaci łóżka polowego albo słynnych szczęk (taką formę miały ówczesne stragany – przypis dla młodych). Komercjalizowany lub zamykany przemysł wypluwał ludzi do handlu. W latach 80. pracowało w nim ledwie 6 proc. Polaków, teraz – 15 proc. (Tyle że większość już nie w szczękach. 20 największych sieci handlowych zatrudnia dziś 250 tys. pracowników. Niektóre po 45 tys. personelu).

Były, oczywiście, grupy zawodowe, które na pewien czas odnalazły się w tym rynkowym entuzjazmie, np. część naukowców zakładających prywatne uczelnie wyższe. (Dziś większość tych szkół przymiera – rynek pracy obnaża ich żałosną jakość, niż demograficzny dobija). Część lekarzy w prywatnej służbie zdrowia. Część nauczycieli w niepublicznym szkolnictwie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną