Raport o stanie polskiej gospodarki

Tak dobrze, że aż źle
Polska w budowie czy Polska w ruinie? Kraj bogacących się obywateli czy państwo biedy i niesprawiedliwości? W kampanii wyborczej każdy snuł własną opowieść. Która jest prawdziwa?
Budowa terminalu regazyfikacyjnego skroplonego gazu ziemnego LNG w Świnoujściu.
Bartłomiej Kudowicz/Forum

Budowa terminalu regazyfikacyjnego skroplonego gazu ziemnego LNG w Świnoujściu.

Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, zapowiada prowadzenie polityki jeszcze bardziej etatystycznej i faworyzującej polskie przedsiębiorstwa.
Kacper Pempel/Reuters/Forum

Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera, zapowiada prowadzenie polityki jeszcze bardziej etatystycznej i faworyzującej polskie przedsiębiorstwa.

Polska gospodarka jest dziś w niezłej kondycji – potwierdzają to dane makroekonomiczne. Teza o Polsce w ruinie brzmi wyjątkowo bałamutnie.
Przemek Świderski/EAST NEWS

Polska gospodarka jest dziś w niezłej kondycji – potwierdzają to dane makroekonomiczne. Teza o Polsce w ruinie brzmi wyjątkowo bałamutnie.

audio

AudioPolityka Adam Grzeszak - Tak dobrze że aż źle

Gospodarkę można opisać za pomocą masy liczb, wskaźników i wykresów: PKB, budżet, import, eksport, dochody, kredyty, podatki, zatrudnienie, inflacja itd. Pozornie obiektywnych, ale oddających tylko część prawdy. Bo jest też wizja subiektywna: społecznych nadziei, obaw, lęków, wyobrażeń czy aspiracji. Wygląda na to, że te dwa opisy kompletnie się dziś rozmijają.

Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że w drugim kwartale 2015 r. produkt krajowy brutto (PKB) wzrósł o 3,3 proc. To dowód, że polska gospodarka ma się dobrze i rośnie w niezłym tempie. – Gospodarka jest dziś w bardzo dobrej kondycji. Mamy niezły wzrost gospodarczy, zrównoważone finanse, spadające bezrobocie. Z makroekonomicznego punktu widzenia można tylko marzyć, by taka sytuacja utrzymywała się jak najdłużej – wyjaśnia prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. Wzrost gospodarczy jest napędzany przez trzy silniki: popyt wewnętrzny, inwestycje i eksport. Zwykle jest tak, że kiedy jeden słabnie, drugi dodaje gazu. W pierwszej połowie roku ciągnął nas eksport (mieliśmy sporą nadwyżkę w handlu zagranicznym). Kiedy ruszą inwestycje finansowane w ramach nowej perspektywy unijnej, pociągnie nas popyt inwestycyjny. Ostatnio silniej ruszył rynek wewnętrzny. Malejące bezrobocie i wzrost płac przekładają się na rosnący popyt konsumpcyjny.

Tymczasem z lipcowego sondażu TNS Polska wynika, że większość Polaków (58 proc.) jest przekonanych, iż polska gospodarka znajduje się w stanie kryzysu. 43 proc. jest zdania, że to lekki kryzys, a według 15 proc. głęboki. W tym samym czasie koniunktura konsumencka, czyli skłonność do zakupów i oczekiwania dotyczące wzrostu płac, wyraźnie rośnie. Okazuje się, że pesymistycznie oceniając stan gospodarki, optymistycznie patrzymy na własne perspektywy ekonomiczne. Kto nas zrozumie?

W latach 2007–14 Polska odniosła wyjątkowy sukces. Rozwijała się najszybciej spośród wszystkich 34 krajów OECD, czyli najbogatszych państw świata.

Sporo przez te lata nadrobiliśmy dystansu do czołówki, a był to okres – przypomnijmy – największego kryzysu, nienotowanego od lat 30. ubiegłego wieku. W tym czasie nie mieliśmy recesji, czyli ujemnego PKB, nawet chwilowo (najbliżej było w końcówce 2012 r.). W sumie w latach 2008–14 wzrost PKB wyniósł 23,8 proc. Przeszliśmy w miarę suchą nogą przez morze problemów, które podtopiły większość krajów. Na tym morzu przez pewien czas rzeczywiście byliśmy „zieloną wyspą”, czego dziś nie doceniamy. Dlatego wyspiarska metafora wyśmiewana jest jako puste hasło marketingowe.

Łatwo nie było: oszczędności, zamrożenie płac w budżetówce, niepodnoszenie kwoty wolnej od podatku PIT, podwyżka VAT do 23 proc. itd. Donald Tusk w sejmowym exposé w 2011 r. zapowiadał nie tylko zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz wydłużenie go do 67. roku życia, ale także zniesienie wielu ulg, stopniową likwidację KRUS, cięcie przywilejów górników, duchownych i sędziów. Nie wszystko udało się zrobić. KRUS ma się dobrze, przywileje górników, duchownych czy sędziów także. Obiecywane odchudzenie administracji też nie wypadło najlepiej, a z trudem przeprowadzoną reformę emerytalną obecny prezydent chce odwrócić.

Trzeba było się też pożegnać z planami wprowadzenia Polski do strefy euro, co – według zapowiedzi Donalda Tuska z 2008 r. – miało nastąpić już w 2011 r. Nieprzyjęcie euro jedni (zwłaszcza przedsiębiorcy) uznają dziś za porażkę, a inni za przypadkowy sukces tego rządu (Beata Szydło).

Zaciskanie pasa wymusiła procedura nadmiernego deficytu, którą objęła nas UE. Bolało, ale udało się. Z deficytu na poziomie 8 proc. PKB zeszliśmy w tym roku poniżej wymaganych 3 proc. (wykorzystując reformę systemu OFE, więc trochę kuglując), co jest sporym sukcesem obecnej koalicji. Wyzwoliliśmy się spod specjalnej kurateli Rady UE, dzięki czemu możliwe staje się obniżenie stawek VAT oraz wzrost płac w budżetówce.

Nie mamy jednak poczucia sukcesu. Tak to widzą eksperci OECD, którzy ustalili, że Polacy deklarują mniejsze zadowolenie z życia niż w 2007 r. Podejrzewają, że „domniemany brak perspektyw w połączeniu z rosnącymi nierównościami może wpływać negatywnie na poziom satysfakcji Polaków, mimo wzrostu ogólnej gospodarki”. Nad rosnącymi nierównościami i rosnącą polską biedą ubolewa też często prezydent Andrzej Duda. Prof. Janusz Czapiński, główny autor Diagnozy Społecznej, największego cyklicznego badania polskich rodzin, gorąco protestuje. – Z naszych najnowszych badań wynika, że zamożność wszystkich grup społecznych szybko rośnie. Polacy jeszcze tak zadowoleni z życia nie byli. Wyprzedziliśmy pod tym względem niektóre kraje Europy Zachodniej, jak Włochy czy Portugalia. 83,5 proc. Polaków deklaruje, że są szczęśliwi – twierdzi profesor.

Obserwacje Diagnozy Społecznej znajdują potwierdzenie w danych GUS. Dochody niemal wszystkich grup społecznych rosną. W 2007 r. miesięczny dochód rozporządzalny przeciętnego gospodarstwa domowego (pieniądze, jakimi dysponuje rodzina po uiszczeniu wszystkich stałych opłat) wynosił 929 zł na osobę. W 2014 r. było to już 1340 zł. GUS odnotowuje rosnący poziom wyposażenia gospodarstw (zwłaszcza w komputery, zmywarki, telewizory LCD), a także rosnącą powierzchnię mieszkań. Własny samochód osobowy jest poza zasięgiem ekonomicznych możliwości już tylko 14 proc. gospodarstw. Latem tego roku salony samochodowe odnotowały rekordy sprzedaży. Jeśli w 1992 r. dochód Polaka stanowił 29 proc. dochodu Niemca (uwzględniając korektę poziomu cen), to dziś stanowi już 55 proc.

Mimo to tęsknota za silnym państwem i egalitaryzmem rośnie. Stąd walka z płacowymi kominami, a także najnowszy projekt PiS wprowadzenia trzeciego, 39-procentowego, progu podatku PIT dla osób zarabiających ponad 400 tys. zł. Pomysł bez ekonomicznego znaczenia, bo Polaków o takich dochodach jest niewielu (najwyżej kilkadziesiąt tysięcy) i mogą łatwo się z tej opresji wywinąć. Zaspokaja jednak społeczną potrzebę równości.

Mamy więc kolejny konflikt pomiędzy subiektywnymi odczuciami a obiektywnymi danymi, które wskazują na malejące, a nie rosnące rozwarstwienie dochodowe. Mierzy się je za pomocą tzw. współczynnika Giniego. Skala wynosi 100, im niższa wartość, tym rozwarstwienie mniejsze. W 2005 r. współczynnik dla Polski wynosił 35,6, dziś jest to 28,5, czyli poniżej unijnej średniej. Skąd więc to przekonanie o rosnącej przepaści między bogatymi a biednymi? – Taki obraz kształtują media i część polityków. Wiele osób widzi w telewizji przypadki skrajnej biedy i wyciąga wnioski: mnie się poprawia, a tym ludziom nie, więc rozwarstwienie musi rosnąć – wyjaśnia prof. Czapiński. Więc znów sukces czarnego piaru.

Ale problem rozwarstwienia przecież istnieje. Tyle że dziś ma on charakter coraz bardziej międzypokoleniowy. Wszystko za sprawą niestabilnego systemu zatrudnienia młodych ludzi, umów śmieciowych i tego wszystkiego, co sprawia, że mówimy o nowej klasie społecznej – prekariacie. To jeden z problemów, którego nie udało się w minionej dekadzie rozwiązać mimo politycznych deklaracji i pierwszych rachitycznych prób.

Umowy cywilnoprawne, samozatrudnienie, sztucznie tworzone mikrofirmy – to reakcja pracodawców na wysokie pozapłacowe koszty pracy i dążenie do zachowania konkurencyjności. Bo niskie wynagrodzenia to jedna z przewag, dzięki którym polskie firmy zdobywają zagraniczne rynki, a Polska przyciąga inwestorów zagranicznych. To jeden z silników ciągnący gospodarczy wzrost. Ciągnący, dodajmy, coraz słabiej, ze względu na rosnący poziom zarobków. – Nie możemy wiecznie bazować na niższych kosztach, polska gospodarka musi się stać bardziej innowacyjna. Z tym mamy jednak problem. Wynika on ze słabo działającego sektora publicznego, skomplikowanego systemu podatkowego (choć podatki wcale nie są wysokie), marnego systemu edukacji, wysokiego bezrobocia strukturalnego. Tych problemów wciąż nie udaje się rozwiązać – wylicza prof. Witold Orłowski.

W wymuszaniu konkurencyjności płacowej spory udział ma dziś państwo poprzez system zamówień publicznych. Uznawanie najniższej ceny za podstawowe, a często jedyne kryterium rozstrzygania przetargów jest problemem, którego nie udało się skutecznie rozwiązać. To uboczny efekt walki z korupcją, bo cena jest łatwo weryfikowalnym kryterium, którego prokurator nie podważy. Jednak efektem tego są brutalne metody stosowane przez firmy. Zatrudnianie pracowników na umowach śmieciowych czy świadome doprowadzanie do bankructwa podwykonawców i dostawców, po to by zejść z kosztów, stały się gospodarczą plagą. W ramach programu budowy dróg i autostrad w ten sposób została przetrzebiona branża budowlana, a wielu ludzi zostało bez pracy. Dziś z podobnym problemem boryka się branża budownictwa kolejowego. Kładzie się to cieniem na niewątpliwym sukcesie dwóch kadencji rządów PO-PSL, jakim była budowa 2,1 tys. km nowych autostrad i dróg szybkiego ruchu.

Zmiana systemu przetargów publicznych wydaje się pilnym zadaniem. Podobnie jak konieczna jest reforma systemu zatrudnienia. Narasta olbrzymi problem społeczny i ekonomiczny. Niepewność i niskie płace skłaniają wielu młodych ludzi do emigracji zarobkowej, opóźniają zakładanie rodzin i posiadanie dzieci, wpędzają w kredyty. Gospodarka traci pracowników, których zaczyna brakować. Kurczą się też wpływy do ZUS i powiększa luka pokoleniowa. Rząd PO-PSL podjął w tej dziedzinie kilka ważnych działań, takich jak podwyższenie wieku emerytalnego do 67. roku życia. Była to śmiała decyzja, bo jej pozytywne efekty gospodarka odczuje za kilka lat, za to autorzy narażą się na negatywne konsekwencje dużo wcześniej. PiS zapowiada, że wiek emerytalny ponownie obniży, co się podoba wyborcom, ale ekonomicznie będzie zabójcze. Szczególnie że za tym mają iść inne obietnice socjalne (np. 500 zł na każde dziecko, bezpłatne leki dla każdego po 75. roku życia). Emeryci stają się coraz liczniejszą i bardziej wpływową grupą społeczną, o którą politycy będą zabiegać. Niektórzy mówią o nadchodzącym „tsunami staruszków”. Czy gospodarka temu podoła?

Kontrowersyjną decyzją minionej kadencji była reforma systemu OFE i przekazanie części zgromadzonych przez nie pieniędzy do ZUS. Wśród ekonomistów ma ona tyluż zwolenników co przeciwników. Została wymuszona przez konieczność walki z deficytem sektora finansów publicznych i trzeszczącym budżetem ZUS. Problem rosnących kosztów systemu emerytalnego i konieczności zasilania go coraz większymi pieniędzmi z budżetu będzie jednak narastał. Coraz liczniejszej armii emerytów nie zdoła sfinansować malejąca armia osób czynnych zawodowo. Szczególnie jeśli będą konserwowane przywileje licznych grup zawodowych. Nie widać łatwego politycznie rozwiązania.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną