Klocki Lego wciąż na topie

Na początku była kaczka
Dekadę temu Lego było na skraju bankructwa, a dziś jest największym producentem zabawek na świecie. Sukces zawdzięcza wierze, że nawet w epoce internetu dzieci wciąż zechcą składać prawdziwe, a nie wirtualne klocki.
Londyński Big Ben z klocków Lego w duńskim Legolandzie.
Will Gray/JAI/Corbis

Londyński Big Ben z klocków Lego w duńskim Legolandzie.

Drewniana kaczka zapoczątkowała historię zabawkowej firmy rodziny Christiansenów.
Vanoutrive/SIPA/EAST NEWS

Drewniana kaczka zapoczątkowała historię zabawkowej firmy rodziny Christiansenów.

PA Images/EAST NEWS

Ta informacja zmroziła krew w żyłach wielu rodzicom, którzy obiecali swoim dzieciom (w imieniu św. Mikołaja) najsłynniejsze klocki świata pod choinkę. Firma Lego przyznała, że z powodu wielkiego popytu nie zdoła zrealizować przed Bożym Narodzeniem wszystkich zamówień. A to oznacza, że w sklepach może zabraknąć części zestawów. Podtekst był jasny – kupujcie jak najszybciej, bo w przeciwnym wypadku w Wigilię rozegra się w waszym domu prawdziwy dramat.

Tymczasem dokładnie 12 lat temu Lego miało odwrotny problem. Świąteczny sezon zakończył się prawdziwą katastrofą. W sklepach zostało mnóstwo niesprzedanych zabawek. Duńska firma stanęła na krawędzi bankructwa, jej los wydawał się przesądzony. Straty były ogromne, a dotychczasowi szefowie nie mieli pojęcia, co z tym fantem robić. To wówczas rodzina Christiansenów podjęła dramatyczną decyzję. Po raz pierwszy w historii Lego postanowiła oddać stery firmy osobie noszącej inne nazwisko.

Baw się dobrze 

Założone w 1932 r. Lego przez kolejne 72 lata miało zaledwie trzech szefów. Na początku małym duńskim przedsiębiorstwem kierował Ole Kirk Christiansen. Stolarz z zawodu, zaczął wytwarzać drewniane zabawki, kiedy stracił pracę w czasach Wielkiego Kryzysu. Najpierw wystrugał małą kaczkę dla własnych dzieci. Gdy spostrzegł, jak bardzo ją polubiły, postanowił w ten sposób zarabiać na życie. Pierwsze zabawki Lego były drewniane, dopiero po wojnie firma zaczęła wykorzystywać plastik. Ole Kirk Christiansen wymyślił też markę, wartą dziś według magazynu „Forbes” 6,2 mld dol. Nazwa powstała z zestawienia słów leg godt, co po duńsku oznacza baw się dobrze. Ole Kirk zmarł w 1958 r., a kierowanie firmą przejął jeden z jego synów, Godtfred Kirk.

Jeszcze Ole Kirk eksperymentował z plastikowymi klockami, jednak na początku nie cieszyły się popularnością. Wielu rozczarowanych klientów oddawało je, żądając zwrotu pieniędzy. Dopiero zmiana technologii i stworzenie nowego mechanizmu łączenia, opatentowanego w 1958 r., okazały się kluczem do sukcesu. Gdy więc Godtfred Kirk zaczynał szefowanie, na rynku pojawiły się właśnie klocki, jakie znamy dzisiaj. Kto wówczas kupił pierwsze zestawy, ten może je dowolnie łączyć ze współczesnymi produktami: podstawowe wymiary i technologia składania nie zmieniły się przez ponad pół wieku.

Dopiero jednak pożar w fabryce w 1960 r. skłonił nowego prezesa do porzucenia produkcji drewnianych zabawek, które przez prawie trzy dekady były podstawą działalności Lego. Teraz cała energia miała się skoncentrować na plastikowych klockach. Strategia była ryzykowna, ale się opłaciła. Lego zaczęło swoją międzynarodową ekspansję. W 1968 r. otwarto w Danii słynny Legoland, a rok później pojawiły się klocki dla najmłodszych pod marką Duplo, znakomicie uzupełniając ofertę.

Dwie dekady po debiucie plastikowych klocków projektantom firmy znowu udało się dokonać przełomu. Było nim pojawienie się małych figurek ludzików, bez których żadne dziecko nie wyobraża sobie dziś budowania własnych legolandów. Charakterystyczne ludziki Lego zadebiutowały w 1978 r., a ich znaczenia dla koncernu nie da się przecenić.

W 1979 r. Godtfred Kirk powierzył kierowanie rosnącym rodzinnym imperium swojemu synowi Kjeldowi Kirkowi. Dziś trudno jednoznacznie go ocenić. Uchodzi za najbogatszego Duńczyka, z majątkiem szacowanym na ponad 10 mld dol., ale w firmie miał nie tylko sukcesy. Najpierw uczynił z Lego prawdziwego hegemona, wkraczając na nowe rynki i szybko zwiększając zyski. Jednak potem popełnił błędy, które prawie doprowadziły do upadku koncernu.

Gdy pod koniec lat 90. przychody firmy przestały rosnąć, jej szefostwo uznało, że w czasach komputerów i konsoli same klocki już nie wystarczą. Zainwestowano wielkie pieniądze w  różne projekty. Koncern zaczął konstruować i sprzedawać zabawki niemające nic wspólnego z budowaniem, otwierać kolejne parki rozrywki, a nawet konkurować z nowym, cyfrowym światem. Przykładem był choćby bardzo drogi program o nazwie Darwin, dzięki któremu każdy mógł przez internet zaprojektować własną zabawkę przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych wzorów klocków. Następnie zamawiał potrzebne elementy, a Lego przysyłało paczkę do domu. Darwin poniósł klęskę, bo firma zapomniała, że podstawą sukcesu jest zabawa fizycznymi, a nie wirtualnymi klockami. Spore straty przyniosły też figurki baśniowych bohaterów, niemające nic wspólnego z klockami. Do tego doszły poważne błędy w zarządzaniu. Podobno nikt nie kontrolował opłacalności wielu przedsięwzięć, a ceny niektórych zestawów nie pokrywały nawet kosztów produkcji, rosnących zresztą w niekontrolowanym tempie. Wnuk założyciela patrzył przerażony, jak firma zmierza ku katastrofie.

11 lat temu Kjeld Kirk Christiansen zrezygnował z kierowania i głównym menedżerem uczynił 36-letniego Jørgena Viga Knudstorpa. Tu wykazał się wyjątkową intuicją. Po raz pierwszy w historii szefem Lego został ktoś spoza rodziny Christiansenów, do tego zatrudniony wcześniej jako konsultant w koncernie McKinsey, a w Lego pracujący zaledwie od trzech lat. Rzucono go na głęboką wodę i dzisiaj sam przyznaje, że nie był gotów na takie wyzwanie.

Recepta Knudstorpa od początku była prosta – Lego musi natychmiast powrócić do swoich korzeni, przypomnieć sobie, dlaczego odniosło sukces. W centrum uwagi znowu mają się znaleźć plastikowe klocki, a cała reszta musi być do nich tylko dodatkiem. Knudstorp był rodzinie Christiansenów potrzebny choćby dlatego, że nie miał żadnych sentymentów. Pożegnał się z wieloma dotychczasowymi projektantami, pracującymi w Lego nierzadko po 30 lat, i zatrudnił na ich miejsce nowych, zdecydowanie młodszych. Zamknął też zbyt drogie fabryki w Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii, a produkcję przeniósł na Węgry i do Meksyku. Nie obyło się bez masowych zwolnień.

Pracę straciło 3,5 tys. osób, czyli prawie połowa pracowników koncernu. Knudstorp postanowił radykalnie odchudzić nie tylko firmę, ale i ofertę. Wycofał ze sprzedaży wiele słabo sprzedających się zabawek, a do tego nakazał drastyczną redukcję liczby dostępnych klocków. Gdy obejmował stery Lego, projektanci mieli do wyboru ponad 12 tys. różnych elementów, wkrótce zostało im tylko 6 tys. To pozwoliło znacząco ograniczyć koszty. Efekty tej drakońskiej kuracji stały się szybko widoczne.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną