Jak samozwańczy rzecznik walczy o tańsze kredyty dla Polaków

Lichwa nie śpi
Wojciech Sawicki, samozwańczy rzecznik praw kredytobiorcy, niestrudzenie walczy o tańsze i uczciwsze pożyczki dla Polaków. Choć kończy 80 lat, bankowcy i politycy mogą się go obawiać.
Wojciech Sawicki
Tadeusz Późniak/Polityka

Wojciech Sawicki

Wojciech Sawicki walczy głównie o to, żeby pożyczki były tańsze i udzielane na zrozumiałych zasadach.
Mustang_79/PantherMedia

Wojciech Sawicki walczy głównie o to, żeby pożyczki były tańsze i udzielane na zrozumiałych zasadach.

Zaczęło się od dwóch kredytów na zakup samochodów, jakie Wojciech Sawicki zaciągnął z synem w 2002 r. Gdy zaczął dokładniej analizować ich warunki, zasady spłat, rosło w nim oburzenie na praktyki banków i ich reklamowe strategie. Większość z nas po oddaniu ostatniej raty o całej sprawie pewnie by zapomniała. Co najwyżej braliby ostrożniej następne pożyczki. Sawicki natomiast rozpoczął krucjatę przeciw finansowym naciągaczom i bezczynności państwa.

Społecznikowskie zacięcie miał w sobie chyba od zawsze, ale walka o – jak sam lubi mówić – „normalność w kredytach” stała się jego pasją. Od kilkunastu lat analizuje reklamy banków zachęcające do rzekomo korzystnych kredytów i wytyka im kłamstwa, uproszczenia czy nadużycia. Równolegle prowadzi niekończącą się korespondencję z politykami i urzędnikami na wszystkich możliwych szczeblach, apelując o ograniczanie kosztów pożyczek i walkę z nieuczciwą reklamą.

Punkt honoru 

Kiedy stwierdził, że żadna instytucja w Polsce nie stoi na straży interesu kredytobiorców, postanowił – w geście rozpaczy – wziąć na siebie tę funkcję. Od kilku lat tytułuje się pełniącym obowiązki nieformalnego rzecznika praw kredytobiorcy. Podkreśla, że tylko pełni obowiązki i chętnie z nich zrezygnuje, jeśli państwo go odciąży. – Kiedyś nawet przyszła do mojego mieszkania policja. Nie wiem, kto ich nasłał, ale dopytywali, dlaczego używam takiego tytułu. Wszystko spokojnie im wyjaśniłem. Byli grzeczni i chyba ich przekonałem, bo już nie wrócili. Prokuratura nie wszczęła śledztwa przeciwko mnie – śmieje się Sawicki.

Życiorys ma ciekawy. Z wykształcenia inżynier budownictwa wodnego, prowadził zawsze „podwójne życie”. Z jednej strony pracował w zawodzie, najpierw w firmie Mostostal, a potem w Ministerstwie Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. Równocześnie oddawał się pasji – projektował i sprzedawał kalendarze, idąc w ślady ojca. Przez wiele lat przygotowywał coroczne edycje popularnych kalendarzy kieszonkowych TIK i Ewa. Jego wpływ na nasze życie był jakoś znaczący: kontrolując wielkie nakłady kalendarzy, nieformalnie decydował, kiedy wyznaczyć imieniny osobom z mało popularnymi imionami.

W drugiej połowie lat 80. musiał na pewien czas wyjechać z Polski. Groziło mu aresztowanie za współpracę z opozycją, której przekazywał tajne rządowe materiały. W USA założył firmę poligraficzną, z którą wrócił do Polski w 1992 r. Przez kolejnych kilkanaście lat zajmował się działalnością wydawniczą, aż do przejścia na emeryturę. W końcu najważniejsze stało się wspieranie pogubionych kredytobiorców.

Samozwańczy rzecznik praw kredytobiorcy walczy głównie o to, żeby pożyczki były tańsze i udzielane na zrozumiałych zasadach. – W cywilizowanych krajach sprawa jest prosta. Każdy wie, jakie są odsetki od kredytu i ile musi zapłacić bankowi. U nas same odsetki o niczym nie mówią, bo przecież są różne opłaty dodatkowe – prowizja i ubezpieczenie. Banki reklamują pożyczki o niskim oprocentowaniu, a potem do rachunku klienta dopisują wiele dodatkowych kosztów. W efekcie pożyczający wpadają w spiralę długów – tłumaczy Sawicki. Przekonuje, że wskaźnik RRSO (Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania) problemu nie rozwiązuje, bo jest ledwie widoczny w reklamach.

Sawicki za punkt honoru wziął sobie zmuszenie banków, aby te nie oszukiwały przynajmniej w kwestii tzw. całkowitej kwoty kredytu. Przez lata wiele z nich podawało ją razem z opłatami dodatkowymi, więc klient od razu otrzymywał do ręki mniej pieniędzy. Sawicki twierdzi, że po jego interwencjach sporo banków zmieniło swoje regulaminy i podaje całkowitą kwotę jako sumę, którą klient rzeczywiście dostaje do dyspozycji. Jednak niektóre wciąż tak nie robią. I walka trwa.

Tak samo jak druga batalia, którą Sawicki prowadzi z polskimi urzędami. Tylko w ciągu ostatnich czterech lat wysłał w sumie 142 różne pisma. Na jego celowniku znalazły się m.in. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Ministerstwo Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego, Najwyższa Izba Kontroli, a nawet prokuratury, od których żąda wszczynania śledztw. Pisma kierowane są również do wszystkich ważnych polityków, z Jarosławem Kaczyńskim na czele. W płomiennych „listach otwartych”, jak je nazywa, Sawicki od lat apeluje o delegalizację lichwy w Polsce. Rządzących oskarża, że godzą się na grabież Polski i tragedie wielu rodzin, bo tolerują łamanie prawa przez instytucje finansowe. Ostatnio wytoczył najcięższe działa. Zagroził, że złoży skargę do Komisji Europejskiej na Polskę za niewypełnienie jednej z unijnych dyrektyw.

Wojciech Sawicki nie ukrywa, że spore nadzieje wiązał z nową władzą, tym bardziej że jej hasła były zgodne z jego oczekiwaniami. Miała zacząć się era działania na rzecz narodu, więc pojawiła się nadzieja, że samozwańczy rzecznik będzie mógł wreszcie odpocząć i zakończyć misję. Ale nową władzą Sawicki jest jeszcze bardziej rozczarowany niż starą. Twierdzi, że jego postulaty nie zostały wysłuchane. Co gorsza, jest po prostu bojkotowany. Za rządów Platformy na jego pisma przynajmniej odpowiadano, a teraz zwyczajnie się je ignoruje. Ale czy może być inaczej, skoro kluczową rolę w nowym rządzie objął Mateusz Morawiecki, do niedawna bankowiec? Sawicki podkreśla, że mu nie ufa, i obiecuje, że będzie się bacznie przyglądał jego działalności. Kilka tygodni temu udało mu się osobiście przekazać wicepremierowi zestaw niewygodnych pytań. Niedawno przyszła odpowiedź. Także Morawiecki panu Wojciechowi nie pomoże.

Władzy Sawicki zarzuca przede wszystkim, że nie ma w Polsce instytucji nadzorującej działalność wszystkich kredytodawców. Ministerstwo Finansów, KNF, NBP czy UOKiK przyznają, że żadne z nich takiej funkcji nie pełni. A skoro banki i firmy pożyczkowe nie mają silnego nadzorcy, o jakim marzy rzecznik, to mogą robić, co chcą. Na szczęście jest jeszcze Komisja Europejska, ostatnia nadzieja Sawickiego. Przyznaje, że trochę mu wstyd donosić na Polskę do Brukseli, ale innej możliwości już nie widzi.

Prośby o ratunek 

W zasadzie Sawicki powinien być zadowolony z uchwalonej w ubiegłym roku ustawy, która miała ograniczyć koszty kredytów i pożyczek, do tej pory w ogóle w Polsce nielimitowane. Wprowadziła rzeczywiście górną granicę opłat dodatkowych. Wyliczana jest na podstawie dość skomplikowanej formuły. Koszty kredytu, poza odsetkami, nie mogą przekroczyć sumy 25 proc. wysokości kredytu oraz dodatkowo 30 proc. tej kwoty za każdy rok jego spłaty. Równocześnie istnieje jeszcze jedno ograniczenie – koszty kredytu nigdy nie mogą być wyższe niż pożyczona kwota. Czy takie ograniczenia zadowalają Wojciecha Sawickiego?

Skądże! To kompletny absurd, bo nadal można udzielać pożyczek na lichwiarskich warunkach. Politycy niczego nie zrozumieli i wprowadzili złudny limit. Złudny, bo wiele bardzo drogich kredytów mieści się teraz w jego zasięgu, czyli jest udzielanych zgodnie z prawem – oburza się Sawicki. Nic dziwnego, że walka musi trwać.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną