Polski dług publiczny dobija do biliona

Odliczanie do katastrofy
Warszawski licznik długu nie pozostawia wątpliwości: w ciągu dwóch miesięcy nasze zadłużenie przekroczy bilion złotych. Czy to oznacza, że Polska zbankrutuje?
Relacja naszego długu publicznego do PKB wynosi 52 proc., więc nie tylko spełniamy unijne wymogi, ale należymy do 10 krajów Unii o najniższym poziomie zadłużenia.
Leszek Zych/Polityka

Relacja naszego długu publicznego do PKB wynosi 52 proc., więc nie tylko spełniamy unijne wymogi, ale należymy do 10 krajów Unii o najniższym poziomie zadłużenia.

Prof. Leszek Balcerowicz podczas konferencji prasowej z okazji 5 rocznicy uruchomienia tzw. licznika długu.
Adam Chełstowski/Forum

Prof. Leszek Balcerowicz podczas konferencji prasowej z okazji 5 rocznicy uruchomienia tzw. licznika długu.

audio

AudioPolityka Witold M Orłowski - Odliczanie do katastrofy

Bilionowy dług nie jest wymysłem inicjatora i twórcy licznika Leszka Balcerowicza. Potwierdza go także Ministerstwo Finansów. W pierwszym półroczu 2016 r. dług publiczny Polski wzrósł z 920 do 978 mld zł. Z opublikowanych wiosną prognoz Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynikało co prawda, że magiczną barierę biliona przekroczymy dopiero w pierwszych miesiącach kolejnego roku, ale ostatnie dane wyglądają pesymistycznie. Dług jest ogromny i szybko rośnie.

Dług publiczny to zobowiązania instytucji państwa, za które w ostatecznym rachunku odpowiadają obywatele. Jeśli instytucje państwowe – rząd, samorządy, fundusze ubezpieczeń społecznych – wydają więcej pieniędzy, niż mają dochodu, to brakujące środki muszą pożyczyć. Zazwyczaj robią to, sprzedając inwestorom obligacje (stanowią one 90 proc. tego przerażającego biliona). Mogą je kupować inwestorzy indywidualni, banki, fundusze inwestycyjne. A im więcej mają obligacji, tym wyższy jest dług publiczny.

Z prawnego punktu widzenia dług publiczny to dług jak każdy inny – gdyby rządowi zabrakło pieniędzy na terminowe spłaty, oznaczałoby to bankructwo. Ponieważ państwa nie da się zlicytować ani siłą ściągnąć pieniędzy, jego bankructwo oznacza ciężki kryzys gospodarczy, wzrost bezrobocia i spadek dochodów obywateli. Wprowadza się drakoński program oszczędności i podwyżek podatków, w ślad za niewypłacalnością rządu bankrutują banki i firmy, ludzie tracą oszczędności. W tym sensie wszyscy odpowiadamy za dług państwa, bo wszyscy ponieślibyśmy konsekwencje ewentualnej finansowej katastrofy. Przykłady katastrof można mnożyć – ostatnio Grecja, kilkanaście lat temu spektakularnie zbankrutowała Argentyna, na początku lat 80. XX w. kryzys taki dotknął liczne kraje, w tym i Polskę.

Licznik Balcerowicza 

Dług publiczny to cichy zabójca – dopóki nie przekroczy granic bezpieczeństwa, rośnie sobie w sposób niezauważalny dla obywateli, pozwalając przy tym politykom na finansowanie wydatków państwa większych od dochodów i kupowanie głosów wyborczych. Kiedy wreszcie obywatele zobaczą groźbę bankructwa i kryzysu, może już być za późno. Dlatego właśnie postawiony w centrum Warszawy licznik długu (wzorowany na zegarze amerykańskim, ustawionym w końcu lat 80. na Manhattanie) ma przypominać: nawet jeśli dziś jeszcze bankructwo nie grozi, to zadłużające się szybko państwo jest na drodze, która kiedyś może do niego doprowadzić.

Kwota biliona złotych ma oczywiście znaczenie symboliczne, a dług publiczny można mierzyć na różne sposoby. Największym problemem jest zliczanie takich zobowiązań państwa, które nie stanowią oczywistego długu rządu i samorządów. Przykładem mogą być udzielane przez rząd gwarancje kredytowe dla firm, np. na ważne inwestycje infrastrukturalne. Formalnie nie jest to dług – nie pociąga przecież za sobą żadnych wydatków, tak długo jak kredyt jest przez firmę spłacany. Jeśli jednak firma zbankrutuje, państwo musi przejąć na siebie jej zobowiązania. Daje to pole do różnych interpretacji i metod pomiaru długu publicznego.

Według metod statystycznych obowiązujących w Polsce zobowiązania specjalnego funduszu budującego drogi nie są wliczane do długu (choć w razie kłopotów musiałby je spłacać rząd). Natomiast według metody unijnej (w ten sposób ocenia się, czy kraje spełniają swoje zobowiązania w zakresie unikania nadmiernego długu i deficytu) już są. Różnica sięga kilkudziesięciu miliardów złotych. Jeszcze większe pole do manewru rządzącym dają jednak rozwiązania instytucjonalne – przesunięcie kilka lat temu obligacji rządowych z OFE do ZUS spowodowało, zarówno według metodologii polskiej, jak i unijnej, spadek długu publicznego o ponad 100 mld.

Z pomiarem długu publicznego wiążą się jeszcze większe problemy. Niemal bilion długu pokazywany na liczniku Balcerowicza to szacunek oparty na metodzie unijnej. Jest to „dług jawny”, niemający pokrycia w dochodach. W tym przypadku zawieszenie spłat oznaczałoby formalne bankructwo państwa. Poza tym licznik wyświetla również rozmiary „długu ukrytego”, które przekraczają 3 bln zł. Są to głównie zobowiązania państwa wobec emerytów. Każdy, kto odprowadza dziś składki na ZUS, nabywa również prawa do przyszłej emerytury. Po ich zsumowaniu przyszły strumień wypłat z tego tytułu stanowi ukryty dług emerytalny, który zgodnie z opinią części ekonomistów powinien być dodany do długu jawnego.

Rzecz nie jest jednak całkiem jednoznaczna. Po pierwsze dlatego, że strumień przyszłych zobowiązań wobec emerytów w znacznej części (niestety, nie w pełni) będzie pokryty strumieniem przyszłych składek płaconych przez pracujących. A po drugie dlatego, że od spłaty takich zobowiązań państwo może się wykręcić bez przykrej konieczności ogłaszania bankructwa, obniżając poziom emerytur lub nie chroniąc ich realnej wartości przed inflacją. Nie ulega jednak wątpliwości, że nawet jeśli dług ukryty nie powinien być dodawany do jawnego, to jego wzrost stanowi problem dla finansów publicznych.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną