Polska awansuje w rankingu Doing Business. Tylko co z tego?
Polska awansowała w rankingu Banku Światowego z pozycji 25. na 24. Co to znaczy?
Rui Miguel Matos/Flickr CC by 2.0

Pewnie Państwo już słyszeli, że Polska awansowała w rankingu Banku Światowego z pozycji 25. na 24. I że teraz jesteśmy pod względem atrakcyjności dla zagranicznego kapitału między Malezją a Portugalią. Oczywiście czytaliście też, że Doing Business (tzw. DB) to superważne zestawienie, na podstawie którego tysiące kapitalistów z całego świata podejmuje decyzje, gdzie by tu zainwestować swoje wolne miliony dolarów. A ja chciałem Państwu powiedzieć, że mnie ten ranking nie ekscytuje wcale a wcale. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, nie jestem pewien, czy DB faktycznie jest dla kogokolwiek taki miarodajny. W tegorocznym rankingu przed nami są na przykład Macedonia i Gruzja. Daleko poniżej nas plasują się z kolei Francja albo Izrael. Czy to oznacza, że Skopje i Tbilisi to przykłady gospodarek i społeczeństw, z których powinniśmy koniecznie brać przykład? A w Paryżu i Tel Awiwie interesów nie da się robić. Nie sądzę. Bez trudu mogę Państwu udowodnić, że jest dokładnie odwrotnie.

Po drugie, Doing Business nie wziął się znikąd. Wymyślono go w roku 2003 w Banku Światowym. Nie był to jednak dzisiejszy Bank Światowy, który (do spółki z MFW) wypuszcza kolejne raporty, że z tym konsensusem waszyngtońskim to chyba jednak przesadziliśmy. Bo i dług publiczny nie zawsze prowadzi do katastrofy i liberalizacja handlu nie zawsze bywa taka fajna etc. Gdy BŚ wymyślał DB mieliśmy jeszcze czas głębokiej neoliberalnej ortodoksji.

Dość powiedzieć na przykład, że w pierwszych edycjach rankingu mierzono elastyczność rynku pracy, a kraje, gdzie łatwiej było wylać człowieka z pracy, notowane były w DB wyżej niż te, które prawa pracownicze jako tako chroniły. Zmieniło się to dopiero po paru latach i protestach Międzynarodowej Organizacji Pracy, pozostały jednak zarzuty o neoliberalne nachylenie, brak nacisku na zrównoważoną gospodarkę i podnoszenie perspektywy kapitału do rangi jedynej obowiązującej.

Po trzecie, Doing Business od początku był narzędziem nacisku na kraje „na dorobku”, takie jak choćby Polska. Było to dobrze widoczne, gdy kilka lat temu pisałem dla „Dziennika Gazety Prawnej” reportaż o kulisach spektakularnych polskich awansów na listach DB, które odnotowano w latach 2011–2013 (Polska skoczyła wtedy z 70. na 55. pozycję).

Z tamtych ustaleń wyłaniał się obraz, w którym najwyższe czynniki rządowe (prym wiódł tutaj szef zespołu doradców premiera Jan Krzysztof Bielecki, a sporą rolę odgrywał minister sprawiedliwości Jarosław Gowin) bezpośrednio zaangażowały się w przygotowanie legislacji, która najlepiej trafi w oczekiwania gości z Waszyngtonu. Przypominało to niestety malowanie trawników na „zielonej wyspie”. I na kilometr pachniało postkolonialnym kompleksem elit władzy.

Tymczasem (i to jest powód czwarty) powinniśmy w Polsce powoli nabierać wobec globalizacji większej dojrzałości. Po ćwierćwieczu integracji z bogatym Zachodem czas już dopuścić do siebie myśl, że inwestycje zagraniczne to nie jest manna z nieba. Tylko gra, na której można coś wygrać, ale i wiele się traci (uzależnienie od kapryśności rynków, uprzywilejowanie inwestorów względem rodzimego kapitału czy groźba utknięcia w roli poddostawcy). Polscy politycy nadal zdają się tego nie dostrzegać, co widać doskonale po negocjacjach rządu PiS z Mercedesem czy Toyotą, które w niczym nie różnią się od tych prowadzonych w czasach minionej ekipy. Co dobrze (i kąśliwie) skomentował na Twitterze publicysta i prawnik Petros Tovmasyan: „Montowanie niemieckich samochodów kołem zamachowym polskiej gospodarki? Ileż musiało się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną