Jak się zmieniały systemy emerytalne na przestrzeni lat

Maszyna do produkcji emerytury
Zmiany emerytalne PiS zaczęło od najłatwiejszej, czyli od obniżenia wieku emerytalnego. Ale to tylko część wielkiej machiny systemu emerytalnego, którą musimy wyremontować i znaleźć do jej obsługi dobrego fachowca.
W większości krajów średnia długość życia jest w znacznym stopniu powiązana ze statusem materialnym.
Tarik Kizilkaya/Getty Images

W większości krajów średnia długość życia jest w znacznym stopniu powiązana ze statusem materialnym.

Zamiast 67 dla obu płci, będzie 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn.

Zamiast 67 dla obu płci, będzie 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Maszyna do produkcji emerytury

Tę machinę najlepiej sobie po prostu wyobrazić. Może być trochę przerysowana, jakby z klasycznych disnejowskich kreskówek. Z jednej strony wpadają pieniądze. I lecą dalej długą, pełną zakrętasów rurą. A na końcu wychodzi z tego paczuszka świadczenia emerytalnego. Zazwyczaj zastanawiająco skromna. Przy czym jednak i tak większa niż środki, na które przeciętny obywatel mógłby liczyć, gdyby przez te kilka dekad sam ciułał oszczędności.

Zanim zaczniemy się jednak rytualnie wyśmiewać z nieudolności operatora, zdajmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Maszyna emerytalna to jedna z najdonioślejszych innowacji społecznych naszych czasów – gwarant międzypokoleniowego ładu, na którym opierają się wszystkie rozwinięte gospodarki. Niestety (jak to w życiu) cały czas się tu coś rozregulowuje, wykoślawia i cieknie. Więc trzeba na bieżąco i w ruchu naprawiać.

Przywileje emerytalne 

Od lat na przykład szwankuje mechanizm odpowiedzialny za zbieranie pieniędzy i wrzucanie ich do systemu. Rozwinięty Zachód martwi się o to przynajmniej od 1994 r. To wtedy Bank Światowy opublikował fundamentalny raport „Averting the Old Age Crisis”. Stało w nim czarno na białym, że z każdą kolejną dekadą coraz mniej młodych będzie zrzucało się na emerytury dla coraz większej liczby seniorów. Z 5 młodych na 1 emeryta w 1960 r. zrobi się 2 na 1 w 2030 r. Trzeba jednak pamiętać, że ta odmieniana dziś przez wszystkie przypadki bomba demograficzna to przede wszystkim zmora najbardziej rozwiniętych zachodnich gospodarek. A więc Niemców, Brytyjczyków czy Amerykanów, którzy właśnie wyszli z tzw. okienka demograficznego. Czyli tego słodkiego momentu w rozwoju cywilizacyjnym (trwającego zazwyczaj 30–40 lat), gdy dobrobyt i postęp są już odczuwalne, a jeszcze nie zdążyły obniżyć płodności i wydłużyć życia. Więc proporcje między starymi, młodymi a ogólnym dobrobytem układają się wyjątkowo korzystnie.

W Polsce kluczowym problemem systemu emerytalnego jest kurcząca się przez cały okres III RP baza ubezpieczeniowa. Wbrew powszechnemu przekonaniu ona nie kurczy się ze względu na samą demografię. Jeszcze ważniejsze były i są nadal bardzo konkretne rozwiązania polityczne, na które sami się w minionym ćwierćwieczu zdecydowaliśmy. – Dlatego nasz system emerytalny wygląda tak, że zbyt wielu obywateli wrzuca do maszyny niższe składki albo nawet nie wrzuca ich w ogóle. Nie przeszkadza im to oczekiwać porównywalnych emerytur do tych, którzy uczestniczą w systemie powszechnym. Ale gdy jest aż tak wielu „gapowiczów”, to system przestaje być powszechny – tłumaczy Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS, a wcześniej pracownik prywatnych towarzystw emerytalnych oraz wysoki urzędnik w rządach PiS i PO.

Tu nakładają się na siebie dwa duże problemy. Jeden – lepiej rozpoznany – to tzw. przywileje emerytalne. A więc utrzymywanie preferencyjnych systemów dla wybranych grup społecznych. Choćby mundurowych (to te najbardziej kosztowne, bo dotyczące w sumie 300 tys. osób), duchownych (22 tys.) czy sędziów i prokuratorów (16 tys.). Gdyby jednak chodziło tylko o nich, to problem nie byłby aż tak dotkliwy. To wszak ledwie ułamek wszystkich ubezpieczonych (w całym ZUS jest dziś ok. 15 mln obywateli). Poza tym dałoby się uzasadnić, że uprzywilejowane grupy zawodowe jednak wykonują albo wykonywały (jak górnicy w przeszłości) pracę szczególnie istotną z punktu widzenia całej społeczności.

Autentyczny problem zaczyna się dopiero, gdy dochodzimy do osób wykonujących działalność gospodarczą. Mowa tu zarówno o beneficjentach rolniczej KRUS (1,4 mln Polaków), jak i przedsiębiorcach (kolejne 1,5 mln ludzi). Wszyscy oni, miesiąc po miesiącu i rok po roku, wrzucają do emerytalnej maszyny zdecydowanie mniej niż większość obywateli. I w wielu przypadkach dużo mniej, niż by mogli. Ta dziura nie wzięła się znikąd, jest efektem decyzji politycznych z przełomu wieków, gdy rządzący zgodzili się, by osoba prowadząca działalność gospodarczą miała prawo odprowadzać niższą składkę emerytalną niż pracujący na etatach. Miało to chronić przedsiębiorczość przed nadmiernym fiskalizmem państwa. Uderzyło jednak w stabilność całego systemu. I to dwojako. Po pierwsze, tworząc kolejną potężną grupę „jadących na gapę”. A po drugie, budując systemową zachętę do wypychania „na firmę” (albo rzadziej „na rolnika”) zwykłych pracowników, byle tylko oddawać fiskusowi mniej. Zdecydowanie zbyt wielu z nich wyląduje potem w pułapce zbyt niskiej emerytury. I koniec końców wyciągnie pewnie do państwa rękę po pomoc.

I to jednak nie koniec. Dodać tu trzeba bowiem jeszcze konsekwencje trwającego od lat uśmieciowienia polskiego rynku pracy. Zaczęło się od plagi wcześniejszych emerytur (druga połowa lat 90.), na które usuwano starszych pracowników, byle tylko nie powiększali szeregów bezrobotnych. Co prowadziło do spadania poziomu aktywności zawodowej Polaków i zwiększało emerytalne koszty dla budżetu. Potem (mniej więcej od tzw. planu Hausnera) pożar na rynku pracy zaczęliśmy gasić benzyną. Kolejne rządy (SLD, PiS, PO) zaczęły bowiem polski rynek pracy uelastyczniać, co brzmiało świetnie w teorii, ale w praktyce otworzyło drogę do nadużywania umów cywilnoprawnych, na które systemowo słabi pracownicy się godzili, bo musieli. Czasami wręcz sami parli, by dostać więcej na rękę, co przy bardzo niskich zarobkach i dość wysokim klinie podatkowym (jest to suma danin płaconych przez pracownika i pracodawcę z tytułu umowy o pracę) dla najuboższych też dziwić nie powinno. Efekt emerytalny?

Dopiero dość niedawno ten temat pojawił się na radarze polskiej polityki. Zaczął drugi rząd PO-PSL (minimalne ozusowanie części śmieciówek). Teraz PiS deklaruje, że będzie szło podobnym tropem (mamy zapowiedź wprowadzenia większej progresji w klinie podatkowym oraz likwidacji progu, od którego najbogatsi przestają płacić na ZUS). Pytanie brzmi: w jakim tempie będzie się to odbywało?

Kłopot z dopływem pieniędzy jest zasadniczy, ale nie jedyny. Zaraz dochodzimy bowiem do pierwszej dużej przekładni. Jeśli wychylimy ją maksymalnie w prawo, pieniądze krążące w systemie będą się nazywały składką ubezpieczeniową. Ale można też przesunąć ją całkowicie na lewo, a wówczas miliardy staną się po prostu podatkami. Jaka to różnica? Fundamentalna, bo tu chodzi o logikę całego systemu. Zwolennicy przesunięcia drążka w prawo argumentują tak: – Pieniądze zbierane od obywatela muszą pozostać składką, bo tylko w ten sposób zmusimy go do świadomego wzięcia odpowiedzialności za swoją przyszłość. Innymi słowy, obywatel musi mieć świadomość, że emeryturę się wypracowuje, a nie dostaje – przekonuje Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS, a jednocześnie szef grupy ekspertów od tzw. jednolitego podatku.

Ta argumentacja jest nam w Polsce dobrze znana. To ona (plus mocne naciski instytucji międzynarodowych) stała za pierwszą polską reformą emerytalną z 1999 r. To wtedy wychyliliśmy naszą systemową przekładnię z lewa (była tam od czasów PRL) ostro na prawo. W praktyce oznaczało to przejście z tzw. systemu zdefiniowanego świadczenia do modelu zdefiniowanej składki. Czyli – mówiąc wprost – od systemu solidarnościowego, w którym kolejne pokolenia pracujących zrzucają się na emerytury dzisiejszych seniorów, a potem oczekują tego samego od następnych generacji, do świata, w którym „każdy sobie rzepkę skrobie” i „jak sobie na emeryturę uzbierasz, tak się wyśpisz”.

Konsekwencje tamtego przełożenia dźwigni były dwie. Jedna (praktyczna) polegała na otwarciu kolejnej dziurki, przez którą pieniądze wyciekały z publicznego systemu ZUS do prywatnego OFE. Ten wyciek zatamował rząd Donalda Tuska, gdy okazało się, że system obowiązkowych emerytur kapitałowych jest nie do udźwignięcia dla finansów publicznych. A PiS to dziś przypieczętowuje. Nie mniej ważne były jednak mentalne konsekwencje reformy 1999 r. To wówczas wytworzono wśród Polaków panujące do dziś przekonanie, że ZUS to instytucja, która na pewno nie zagwarantuje nam spokojnej starości. Co zaczęło działać trochę jak samospełniająca się przepowiednia. No bo skoro i tak nie mamy co liczyć na państwo, to po co martwić się o płacenie składki?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną