Dlaczego bogaci powinni dzielić się z biednymi

Rozruszać kocura
Autor POLITYKI Rafał Woś został nagrodzony za wywiad z profesor ekonomii Marianą Mazzucato.
Mariana Mazzucato jest profesorem ekonomii i innowacji na Uniwersytecie Sussex (Wielka Brytania).
materiały prasowe

Mariana Mazzucato jest profesorem ekonomii i innowacji na Uniwersytecie Sussex (Wielka Brytania).

„Biznes sam siebie uważa za lwy i tygrysy biznesu. Które by ryczały bardzo głośno, tylko że rząd im ciągle zakłada kaganiec”.
Alex Taffetani/Wikipedia

„Biznes sam siebie uważa za lwy i tygrysy biznesu. Które by ryczały bardzo głośno, tylko że rząd im ciągle zakłada kaganiec”.

W konkursie im. Władysława Grabskiego nagrodzeni zostali autorzy i redakcje, które w przystępny i zrozumiały sposób wyjaśniają skomplikowane zagadnienia ze świata gospodarki i przyczyniają się do podnoszenia poziomu wiedzy ekonomicznej Polaków.

Autor POLITYKI Rafał Woś został nagrodzony za wywiad z profesor ekonomii Marianą Mazzucato o micie państwa marnotrawnego i konieczności podzielenia się zyskiem przez gigantów biznesu. Gratulujemy i przypominamy nagrodzony materiał.

***

Rafał Woś: – Kto stworzył Google?
Mariana Mazzucato: – Państwo.

A rewolucję bio- i nanotechnologiczną kto rozkręcił?
Państwo.

A iPhone’a komu zawdzięczamy?
Też państwu.

A nie panu Jobsowi?
Nie. On przyszedł na prawie gotowe.

To dlaczego wszyscy myślą, że właśnie jemu? A jeśli nie jemu osobiście, to przynajmniej innowacyjnej firmie Apple?
Bo mamy system, który celowo takie fałszywe przekonanie podtrzymuje. Już Platon przekonywał, że światem rządzą ci, którzy potrafią spójnie o nim opowiadać. Nasi współcześni herosi prywatnego biznesu robią dokładnie to samo. Czytał pan biografię Steve’a Jobsa?

Którą? Po polsku wyszła nawet jedna w wersji komiksowej.
Ostatnia biografia Jobsa, którą ja czytałam, miała 800 stron. Plus hollywoodzki film (chodzi o obraz „Steve Jobs” Danny’ego Boyle’a z Michaelem Fassbenderem w roli głównej, który miał premierę w 2015 r. – red.). I w książce, i w filmie nie ma ani jednego rozdziału czy sceny, co ja mówię, nawet jednego zdania ani słowa wspominającego o tym, że bez udziału państwa takiego wynalazku jak smartfon po prostu by nie było.

Skąd pani wie, że bez państwa nie byłoby smartfona?
Ma pan smartfona? To proszę go wziąć do ręki i zastanowić się, dlaczego jest to taki przełomowy wynalazek, a nie kolejny nudny telefon.

Bo jest smart?
No właśnie. Smartfon ma 12 technologii, które albo były rozwiązaniami przełomowymi, albo na pewnym etapie wyróżniły ten produkt na tle konkurencji. Dostęp do internetu, system nawigacji satelitarnej GPS, akumulator litowo-polimerowy, ekran dotykowy, system rozpoznawania głosu SIRI. Wymieniać dalej?

Nie trzeba. Proszę powiedzieć, jakiego asa ma pani w rękawie.
Żadnego asa. Same fakty. Tak się bowiem składa, że żadnej z tych przełomowych technologii nie wymyślił w swoim garażu żaden genialny Steve Jobs. Wszystkie te technologie istnieją dzięki przedsiębiorczości państwa. Udowodnić?

No z internetem to powszechnie wiadomo, że jest technologią o korzeniach wojskowych.
GPS podobnie. Ale taki np. ekran dotykowy to akurat mniej znana historia. Pierwsze eksperymenty nad tą technologią prowadzono po wojnie w Royal Radar Establishment (RRE), brytyjskiej agencji rządowej założonej w celu prowadzenia prac badawczo-rozwojowych dla przemysłu obronnego. Dalszych postępów dokonano w latach 70. w amerykańskim Laboratorium Narodowym w Oak Ridge, w którym realizowano m.in. atomowy Projekt Manhattan. A potem na Uniwersytecie Delaware w ramach projektu finansowanego przez CIA. Na końcowym etapie prac dwóch kluczowych naukowców stamtąd odeszło i założyło prywatną firmę FingerWorks.

No nie!!!
Ależ tak. A w 2005 r. FingerWorks został kupiony przez Apple i voila: przełomowy wynalazek ekranu dotykowego został skomercjalizowany. Podobnie było z innymi technologiami: z wyświetlaczem, procesorem, systemem SIRI. Na samym początku badania długo finansuje państwo. A sektor prywatny wkracza dopiero na ostatniej prostej. Łączy technologie, dodaje design oraz marketingowy pomysł. I zgarnia krocie. Czy mówiłam już o bezpośredniej pomocy, którą od państwa dostało Apple?

A dostało?
Oczywiście, że dostało, w 1980 r., na wczesnym etapie rozwoju firmy. Podobnie jak koncerny farmaceutyczne oraz bio- i nanotechnologiczne. Proszę zrozumieć, nie chodzi mi o to, że Jobs, Brin i inni nie są świetnymi przedsiębiorcami. Bo są. Przeciwstawiam się tylko przyjęciu w całości ich nieprawdziwej opowieści o dzielnych herosach prywatnego biznesu, którzy do wszystkiego doszli sami. To jakby ekscytować się surferami. A jednocześnie zupełnie zapominać, że są tak dobrzy jak niosąca ich fala.

Może to truizm i nie ma co przypominać?
Gdyby taka była prawda, to w porządku. Ale, niestety, razem z wychwalaniem Steve’ów Jobsów tego świata idzie zazwyczaj opowieść o państwie marnotrawnym. Które nie dość, że przedsiębiorcom nie pomaga, to jeszcze tych biedaków prześladuje.

A może państwo zwyczajnie jest gorszym inwestorem? No bo czemu tego smartfona samo nie zbudowało?
A niby dlaczego mamy w to wierzyć? Dlatego, że pisze nam o tym co tydzień tygodnik „The Economist” na swoich stronach z opiniami? Przecież to jest czysta ideologia. Ale ideologia tak potężna, że wierzą w nią nawet najbardziej wpływowi. Kiedyś prześledziłam korespondencję Johna Maynarda Keynesa z Franklinem Delano Rooseveltem. Prezydent USA był w trakcie budowania swojej polityki Nowego Ładu, za co był oczywiście mocno krytykowany przez biznes (Nowy Ład na niespotykaną dotąd skalę wzmocnił agencje rządowe, które zaczęły odgrywać rolę stymulatora gospodarki – red.). Padały te same argumenty co dziś: że państwo się nie zna, nie umie, zmarnuje. Roosevelt się wahał i radził Keynesa. A Keynes mu opowiedział historię o lwach i kociakach. Zna pan?

Nie.
Biznes sam siebie uważa za lwy i tygrysy biznesu. Które by ryczały bardzo głośno, tylko że rząd im ciągle zakłada kaganiec. A Keynes mówił, że jego zdaniem współczesny biznes to jakby udomowione opasłe kocury. Łaszą się do władzy politycznej i chcą, żeby im ciągle dosypywać karmy. Dlatego zadaniem rządu jest trochę te kocury rozruszać, nauczyć je na nowo polować na biznesowe okazje. Kto wie, może nawet zaryczeć.

To tylko takie metafory.
Chodzi o to, żeby państwo było kimś więcej, niż jest teraz. Dziś jest raczej podmiotem subsydiującym biznes, a właściwie jego najsilniejszą część. A tu chodzi o to, żeby wyciągnąć wnioski z historii kapitalizmu w ostatnich 200 latach. Musimy zdać sobie sprawę, że najważniejsze biznesowe i technologiczne innowacje nieprzypadkowo zdarzyły się tam, gdzie państwo wzięło na siebie rolę pierwszego inwestora. Było tą falą, po której może się ślizgać surfer-inwestor.

W sumie, czy jest się o co spierać? Jakie to ma znaczenie, czy będziemy mówić o fali czy o surferze, który się po niej ślizga?
Zasadnicze i bardzo wymierne. To jest właśnie ten moment, w którym rację ma Platon mówiący, że ci, co opowiadają historię, rządzą też światem. W tym przypadku Apple i inni zdołali stworzyć narrację, która pozwoliła im się niesamowicie dorobić. Gdy więc pod adresem Apple padają oskarżenia o to, że nie płaci podatków albo ich unika, to firma odpowiada, że nie rozumie, o co chodzi. Przecież oni już dali światu swoje wspaniałe produkty, które ułatwiły życie milionów ludzi. Albo że przecież dają pracę. Więc my, społeczeństwo, powinniśmy być im wdzięczni za te przełomowe innowacje. A nie pytać ich o takie drobnostki jak podatki. Podatki są dla szaraków, a nie dla nas, wielkich innowatorów. Spora część ludzi po obejrzeniu kolejnej opowieści o heroicznych innowatorach z Doliny Krzemowej zaczyna w to wierzyć. I mówi państwu, żeby się faktycznie od nich odczepić.

Wtedy pojawia się wściekła Mazzucato i krzyczy: nie tak szybko...
Ja próbuję pokazać, że fakty są inne. A skoro tak, to społeczeństwo nie tylko może się domagać od gigantów biznesu, by uczciwie spełniali swój obowiązek i płacili podatki. I w stopniu proporcjonalnym do innych obywateli dorzucali się do wspólnej kasy. Ale to nie koniec. Mój postulat jest dużo bardziej radykalny. Ja uważam, że państwa powinny się ostro domagać od firm typu Apple i Google, by spłaciły swój dług zaciągnięty na samiutkim początku biznesowej drogi. Bo gdyby nie państwo, to ich oraz ich rynkowego sukcesu wcale by nie było.

To teraz ja powiem: nie tak szybko, droga pani. A fundusze wysokiego ryzyka? Tzw. venture capital, który wyszukuje początkujące firmy i w nie inwestuje. Fundament Doliny Krzemowej i innych podobnych miejsc na świecie.
To kolejny mit. Fundusze typu venture wchodzą, ale już na pewnym etapie rozwoju firmy. Albo przynajmniej istnienia jakichś widoków na taki rozwój czy pomysł. Ale to nie fundusze wymyśliły GPS, internet, ekran dotykowy czy SIRI. A to dlatego, że takich przełomowych technologii nie odkrywa się w rok, dwa czy nawet pięć. Rozwój każdej z nich trwał całe dekady. To było naprawdę zrobienie czegoś z niczego. Przysłowiowe palenie dolarami w piecu. Na każdy internet albo GPS przypadało jakieś siedem albo osiem podobnie rozbudowanych projektów, z których nie wyszło nic. Na takie ryzyko porażki nie może sobie pozwolić żaden prywatny fundusz typu venture. Ale dobrze, że pan o nich wspomniał. Bo co do zasady, ja domagam się tylko tego, by państwo było traktowane na równi z funduszami wysokiego ryzyka.

A nie jest traktowane na równi?
Jak do biznesowego przedsięwzięcia wchodzi inwestor, to naturalne, że nie robi tego za darmo. To uczciwe, prawda? W końcu bierze na siebie ryzyko, że przedsięwzięcie się nie uda. A w przypadku innowacji mówimy przecież o ryzyku na bardzo wysokim poziomie. Ja więc proponuję, że skoro państwo de facto odgrywa rolę funduszu wysokiego ryzyka, to należy je tak traktować. Niczego więcej nie chcę. Jeżeli państwo weszło w poszukiwanie innowacji z publicznymi pieniędzmi albo gwarancjami i wzięło na siebie ryzyko, to chyba logiczne, że powinno partycypować w zyskach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną