Na emerytury wkrótce zabraknie pieniędzy. Kto zbankrutuje pierwszy: podatnik czy ZUS?

PiS rujnuje ZUS
Jak podała „Rzeczpospolita”, ZUS-owi zabraknie nawet 63 mld zł na emerytury dla Polaków. Ale rząd PiS wciąż utrzymuje, że wszystko będzie dobrze.
W 2018 r. ZUS-owi na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł. Z każdym rokiem ta dziura będzie się powiększać.
Oliver Klein/StockSnap.io

W 2018 r. ZUS-owi na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł. Z każdym rokiem ta dziura będzie się powiększać.

W 2018 r. ZUS-owi na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł. Z każdym rokiem ta dziura będzie się powiększać. W 2022 r. może już wynieść 83 mld zł. Albo więc ZUS zbankrutuje, albo osoby pracujące oddawać będą państwu w formie podatków i składek większą część tego, co zarobią.

Państwo może też próbować zadłużać się nadal. Co jednak jest mocno ryzykowne, ponieważ pożyczać można wtedy, kiedy określić można termin zwrotu długu. W naszym przypadku wiadomo, że w perspektywie co najmniej 20 lat lepiej nie będzie. Za 20 lat składki emerytalne płacić będą bowiem osoby, które już się urodziły. Małych Polaków rodzi się jednak zbyt mało.

Czy ZUS zbankrutuje?

Szacunki wielkości rosnącej dziury w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych pochodzą z najświeższego raportu ZUS, ale dla osób jako tako zorientowanych w systemie emerytalnym nie są żadnym zaskoczeniem. Dziura w ZUS narasta od lat, dlatego potrzebne były gruntowne reformy systemu świadczeń społecznych. Najpierw ta z 1999 r., której istotą było wprowadzenie zasady, że wysokość przyszłej emerytury zależy od sumy wpłaconych składek. Potem ta wydłużająca wiek emerytalny dla obu płci do 67 lat. Ta ostatnia cofnięta została już przez Prawo i Sprawiedliwość, co zasadniczo przyspieszy narastanie deficytu w ZUS. Kto jak kto, ale rząd powinien zdawać sobie z tego sprawę.

Tymczasem premier Beata Szydło zdaje się nie wiedzieć nie tylko tego, dlaczego wydłużenie wieku emerytalnego było koniecznością. Najwyraźniej nie czyta też alarmujących raportów ZUS. Prawicowej prasie udziela wywiadów, w których powtarza, że wystarczy dobrze rządzić i na wszystkie obietnice wystarczy pieniędzy. To dlaczego jej rządowi nie wystarcza?

Rząd liczy, że nie wszyscy, którzy od października tego roku zyskają prawo do przejścia na emeryturę – czyli dodatkowe 350 tys. osób oprócz planowanych 200 tys. – zechcą z tego prawa skorzystać. Zachętą ma być perspektywa nieco wyższego świadczenia. Do tej pory z pracy rezygnowało około 83 proc. uprawnionych. Argument wydaje się zasadny, jest jednak poważne „ale”, z którego rząd, słabo zorientowany w systemie, najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy.

Otóż im krócej pracujemy, tym więcej przyszłych emerytów nie zdoła zaoszczędzić nawet na najniższą emeryturę. Tym, którzy mają 25-letni staż pracy, w takim przypadku do minimalnego świadczenia różnicę dopłaca państwo. Ludzie umieją liczyć. Spore grono osób dłuższą pracą nie będzie zainteresowane, bo rok czy dwa dłuższej pracy i tak nie powiększy ich emerytury. Co najwyżej większa suma odłożonych składek sprawi, że budżet państwa do ich świadczenia nie będzie musiał dopłacać. Czarny scenariusz ZUS za kilka lat może się więc okazać jeszcze czarniejszy.

Młodzi Polacy nie zechcą dźwigać emerytalnego ciężaru świadczeń dla swych rodziców, którzy wobec nich zachowują się niesolidarnie. Zaczną wyjeżdżać za granicę jeszcze bardziej masowo. Kraje europejskie wydłużają wiek emerytalny, tylko Polacy uparli się pracować krócej. Wkrótce możemy się przekonać, że na te wcześniejsze emerytury nie ma kto zarobić.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną