Rynek

Pożycz i jedź

Nowa moda: miejskie wypożyczalnie pojazdów

Od kilku miesięcy w stolicy można wypożyczyć auto na minuty. Od kilku miesięcy w stolicy można wypożyczyć auto na minuty. Jakub Kamiński / PAP
Po rowerach przychodzi czas na miejskie wypożyczalnie skuterów i samochodów. Tu jednak o zarobek będzie trudniej, bo podatnik już nie pomoże.
Skuter z niedawno otwartej warszawskiej wypożyczalni.Jakub Kamiński/PAP Skuter z niedawno otwartej warszawskiej wypożyczalni.
Krakowskie rowery z wypożyczalni niedotowanej przez miasto.Piotr Guzik/Forum Krakowskie rowery z wypożyczalni niedotowanej przez miasto.

Pierwsza pojawiła się w Warszawie w marcu, w majówkę ma dołączyć kolejna, a to pewnie dopiero początek. Być może hitem tego roku będą wypożyczalnie elektrycznych skuterów. Skąd pomysł? – Stwierdziliśmy, że na rynku istnieje luka. Rower jest trochę za wolny do dłuższych podróży po mieście, a samochód zbyt drogi, do tego stoi w korku. W trójkę założyliśmy zatem Blinkee – sieć wypożyczalni skuterów elektrycznych. Zaczęliśmy od 20 pojazdów, ale w czerwcu będzie ich już 150. Na razie inwestujemy własne pieniądze, chcemy też wejść do innych miast. Do tego jednak potrzebujemy inwestora – mówi Paweł Maliszewski, jeden z właścicieli Blinkee.

Publiczne rowery

Za minutę jazdy elektrycznym skuterem trzeba zapłacić 69 groszy. Chyba że jest się studentem – wtedy 10 groszy taniej. Większość wypożyczeń trwa kilkanaście minut, więc koszty nie są zbyt duże. Istnieje też oferta dla prawdziwych fanów. Po przekroczeniu 100 minut wypożyczenia licznik przestaje bić, więc kilkugodzinna jazda kosztuje maksymalnie 69 zł. A kto ma więcej niż 22 lata, nie potrzebuje nawet prawa jazdy. Wystarczy przesłać skan dowodu osobistego, żeby się zarejestrować.

Na razie nie wiadomo, czy na skuterach da się zarobić. Na pewno właściciele nowych wypożyczalni liczą, że wykreują modę na taką usługę. – Startujemy podczas majówki i od razu organizujemy serię imprez, podczas których spróbujemy przekonać ludzi do skuterów. Nadają się idealnie do poruszania po zakorkowanym mieście, a na wielu trasach koszt może być niższy niż jednorazowy bilet komunikacji miejskiej. Jeśli zaś skuterem pojedziemy we dwójkę, wyjdzie jeszcze taniej – przekonuje Łukasz Banach, współzałożyciel wypożyczalni Jeden Ślad. Oni również chcą, żeby Warszawa była tylko pierwszym etapem rozwoju.

Ze skuterami będzie na pewno trudniej niż z wypożyczalniami rowerów, które w ostatnich latach opanowały polskie miasta. Finansowe ryzyko wzięły tu na siebie samorządy. To one organizują przetargi na sieć stacji i ustalają ceny. Wybranym przez siebie firmom za obsługę systemu płacą co roku określoną kwotę. Wpływy z wypożyczeń są zdecydowanie zbyt małe, żeby te koszty się zwróciły (wynoszą często 10–15 proc. wydatków na rowery), ale miasta traktują to jako inwestycję w transport publiczny.

Publiczne rowery w Polsce to fenomen na skalę europejską. Nigdzie nie ma aż tylu wypożyczeń w przeliczeniu na jeden pojazd, ale też nigdzie nie jest tak tanio. W większości naszych miast nie tylko nie trzeba kupować abonamentu, ale też pierwsze 20, a czasem nawet 30 minut jazdy jest darmowe. W efekcie co roku padają kolejne rekordy popularności. Tylko w marcu warszawskie Veturilo wypożyczano 330 tys. razy, rowery w Łodzi ponad 150 tys. razy, a we Wrocławiu prawie 100 tys. razy. Z drugiej strony miasta płacą operatorom wypożyczalni coraz większe pieniądze.

W Warszawie nowa, czteroletnia umowa z firmą Nextbike warta jest aż 45 mln zł. Poprzednia, ważna w latach 2012–16, kosztowała miasto 19 mln zł. W Łodzi ten sam Nextbike również za cztery lata dostanie ok. 12 mln zł, a we Wrocławiu 10 mln. W mniejszych miastach roczne utrzymanie sieci wypożyczalni to 1–2 mln zł, w zależności od liczby stacji i rowerów. Wpływy z wypożyczeń są za to niewielkie, bo sprytni rowerzyści najczęściej zwracają pojazd, zanim minie 20 minut darmowej jazdy. Zresztą nawet przekroczenie tego czasu oznacza opłatę symboliczną, bo pierwsza godzina kosztuje złotówkę lub dwie. Polski rynek podzieliły między siebie niemiecki Nextbike i francuski BikeU.

Z modelu subsydiowania miejskich rowerów przez podatników wyłamał się ostatnio Kraków. Zaproponował nie zwyczajny przetarg na system wypożyczalni, na który musiałby płacić co roku kilka milionów złotych, tylko koncesję. Zdobyła ją firma BikeU i to ona tworzy Wavelo, bo tak ochrzczono krakowskie rowery. Jednak 99 proc. kosztów tym razem musi ponieść prywatny inwestor. Kraków dokłada się tylko symbolicznie. – Koncesja została nam udzielona na osiem lat. Bierzemy na siebie pełne biznesowe ryzyko. Zarabiać będziemy na przychodach z wypożyczeń, a miastu oddamy pieniądze, jakie dostaniemy dzięki reklamom umieszczanym na rowerach. Jednak nie boimy się tego modelu – twierdzi Marcin Jeż, dyrektor ds. rozwoju BikeU.

Ryzyko jest spore, bo dotychczasowe próby utrzymania takich wypożyczalni bez dotacji miast (w Sopocie czy Rzeszowie) zakończyły się fiaskiem. Kraków odważył się na koncesję, bo liczy na turystów, których pod Wawelem jest aż 10 mln rocznie. Wavelo ma już zupełnie inny cennik niż choćby wypożyczalnie tej samej firmy BikeU w Bydgoszczy, Szczecinie czy Bielsku-Białej. Darmowe jest co prawda aż 60 minut jazdy dziennie, ale najpierw trzeba za 19 zł wykupić miesięczny abonament. Turyści mogą korzystać z Wavelo bez abonamentu, jednak wówczas za każdą minutę zapłacą 19 gr, czyli ponad 11 zł za godzinę. Całodzienne wypożyczenie roweru kosztuje zaś 29 zł. Pod względem statystyk wypożyczeń Wavelo nie będzie mógł zatem konkurować z wypożyczalniami w stolicy, Łodzi, Poznaniu czy Wrocławiu. Jednak może to mieć dobre strony. – Chcemy, żeby nasz system wyróżniał się dobrą jakością rowerów i wysoką dostępnością. Czyli, żeby łatwo było znaleźć stację z wolnymi rowerami – przekonuje Marcin Jeż.

Nowa usługa

Polskie wypożyczalnie padają bowiem ofiarą własnego sukcesu. Chętnych jest tylu, że w ładne dni znalezienie wolnego roweru jest trudne, a ekipy serwisowe nie nadążają z naprawami. W Krakowie ma być inaczej. Jeśli krakowski model bez miejskich dopłat się uda, może szybko znaleźć naśladowców. Wiele miast po cichu narzeka, że wpadły w pułapkę. Rowerów przybywa, ale mieszkańcy oczekują kolejnych stacji. W każdym następnym przetargu trzeba dopłacać operatorom coraz więcej, bo władze miast boją się podnieść ceny za wypożyczenia. Wkrótce ma powstać sieć wypożyczalni w Trójmieście i okolicach. Być może tam również gminy zdecydują się na koncesję i przerzucą część biznesowego ryzyka na operatora. Turystów nad morzem przecież nie brakuje. Co więcej, rower w regionie Zatoki Gdańskiej będzie mógł zapewne liczyć na wsparcie unijne. Czyli też pomoże podatnik, tylko tym razem europejski.

Na dotacje nie mogą za to liczyć firmy oferujące w polskich miastach samochody na minuty. Pierwsze takie wypożyczalnie powstały w Warszawie i Krakowie. Największe wyzwanie, jakie przed nimi stoi, to przekonanie Polaków do nowej usługi. – Wychodzi taniej niż jazda taksówką. Poza tym samochód można zostawić nie tylko w jednej z naszych baz, ale także w dowolnym miejscu w Śródmieściu. Również w strefie płatnego parkowania, bo koszty postoju bierzemy na siebie – mówi Katarzyna Dworzyńska z firmy 4Mobility, która od kilku miesięcy prowadzi w stolicy wypożyczalnię aut. Na cenę usługi składają się czas jazdy i pokonana odległość. W przypadku najtańszego modelu auta minuta kosztuje 41 gr, a jeden przejechany kilometr 80 gr. Na razie 4Mobility ma w Warszawie 50 samochodów marki BMW i Mini. Startuje też w przetargu organizowanym przez miasto na oficjalną sieć wypożyczalni, która ma ruszyć w przyszłym roku.

Jednak także ona raczej nie będzie dotowana przez podatników. Swojego operatora wypożyczalni wybrał niedawno Wrocław. Tam na wiosnę 2018 r. pojawi się 200 elektrycznych pojazdów marki Nissan, a systemem będzie zarządzać warszawska firma Enigma. Do tej pory budowała systemy informatyczne, teraz spróbuje wypożyczać samochody. – Ryzyko biznesowe jest po naszej stronie. Miasto nas nie dotuje, ale wspiera w inny sposób. Zarezerwuje dla naszych pojazdów część miejsc postojowych i pozwoli im poruszać się po większości buspasów. My natomiast musimy zbudować sieć ładowania. Opłata będzie bardzo prosta: tylko za każdą minutę wypożyczenia, bez względu na przejechany dystans. Chcemy, żeby minuta kosztowała około złotówki. Wiemy, że ta usługa musi być tania, aby skorzystali z niej mieszkańcy i przyjezdni – mówi Ewa Kaźmierska, dyrektor marketingu Enigmy.

Chociaż samochód to nie rower, o powodzeniu wypożyczalni decydują podobne elementy. Przekonują się o tym zarządzający Traficar, pierwszym krakowskim systemem tego typu, założonym przez właścicieli Holdingu 1, zajmującego się dotąd sprzedażą samochodów i ich wypożyczaniem, ale na dłuższe okresy. Klienci chcą pojazdów łatwo dostępnych, oddalonych najwyżej kilkaset metrów od miejsca, gdzie w danym momencie się znajdują. – Zatem kilkadziesiąt czy nawet sto samochodów to zdecydowanie za mało. Oceniamy, że potrzeba około tysiąca pojazdów w Krakowie, żeby każdy mógł łatwo wypożyczyć auto. Nawiązaliśmy też współpracę z jedną z galerii handlowych, która zarezerwowała dla naszych samochodów miejsca na parkingu. W ten sposób chcemy zachęcić do wypożyczeń osoby z większymi zakupami – mówi Magda Hibner z Traficara. Podkreśla, że miasto Kraków w żaden sposób tego systemu nie dotuje ani nawet nie zwalnia pojazdów z opłat parkingowych.

Na Zachodzie wypożyczalni rowerowych jest mniej niż w Polsce, za to samochodowych znacznie więcej. W samym Berlinie działa aż 10 komercyjnych, konkurencyjnych systemów. W takie sieci zainwestowali nawet producenci samochodów, jak Daimler czy BMW. Jeśli dojdą do wniosku, że i Polsce podobna działalność się opłaci, 4Mobility czy Traficar będą musiały zacząć walczyć z potężną konkurencją. Wiele zależy od decyzji władz polskich miast. Jeśli pójdą śladami Wrocławia i udzielą koncesji na oficjalną miejską wypożyczalnię, wiele osób po raz pierwszy usłyszy o takiej możliwości i być może zdecyduje się z niej skorzystać.

Samochody, rowery czy skutery na minuty to jeden z przykładów tzw. ekonomii dzielenia się, podbijającej dziś bogate kraje. Po co kupować coś na własność i martwić się naprawami czy groźbą kradzieży, skoro można pożyczyć? Kłopot tylko w tym, że nasze miasta przez dekady projektowano jako przyjazne prywatnym samochodom i nikomu więcej. A teraz zaroiło się w nich od innych pojazdów.

Eksplozja rowerów miejskich spowodowała, że niebezpiecznie zrobiło się na wąskich chodnikach, bo dróg rowerowych, zwłaszcza w centrach, wciąż brakuje, a po jezdni mniej doświadczeni rowerzyści słusznie boją się jeździć. Nowe elektryczne skutery zachęcą wiele osób do przejażdżki, ale kierowcy będą musieli bardziej uważać, jeśli nie chcą, by ofiar na polskich drogach jeszcze przybyło. Miejskie wypożyczalnie samochodów to świetny pomysł, jeśli z ich powodu ktoś zrezygnuje z własnego auta. Ale gdy przesiądą się do nich pasażerowie autobusów i tramwajów, to korki, zamiast zmaleć, jeszcze wzrosną. A kto straci cenne minuty na poszukiwanie wolnego miejsca parkingowego, towaru wyjątkowo deficytowego z powodu śmiesznie niskich opłat postojowych, ten drugi raz wypożyczalnię ominie szerokim łukiem. Na nowych formach mobilności wielu chce dziś zarobić. Tylko czy nasze miasta, a przede wszystkim ich mieszkańcy, na taką rewolucję są gotowi?

Polityka 17/18.2017 (3108) z dnia 25.04.2017; Rynek; s. 60
Oryginalny tytuł tekstu: "Pożycz i jedź"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Krótkoterminowi turyści wysiedlają mieszkańców miast

Krótkoterminowy turysta już wysiedlił mieszkańców krakowskiej starówki. Teraz masowo rezerwuje Warszawę.

Edyta Gietka
29.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną