Walter Scheidel o tym, jak wojny wyrównują nierówności

Czterej jeźdźcy ekonomisty
Rozmowa z historykiem gospodarki Walterem Scheidelem o tym, dlaczego ci, co mają więcej, nie chcą się dzielić z tymi, co mają mniej, i dlaczego sprowadza to na ludzi katastrofy, które mają te nierówności choć trochę wyrównać.
Walter Scheidel
materiały prasowe

Walter Scheidel

Arnold Böcklin, „Wojna”, 1896 r.
Bridgeman/Photopower

Arnold Böcklin, „Wojna”, 1896 r.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Czterej jeźdźcy ekonomisty

Rafał Woś: – Przed państwem człowiek, który was przestraszy i odbierze wam wszelką nadzieję. Osoby o słabych nerwach proszone są o złapanie za rękę kogoś dorosłego.
Walter Scheidel: – Mogę zaczynać?

Jeśli brać na serio to, co pan pisze, to czeka nas wybór między katastrofą a… katastrofą. Albo świat będzie coraz bardziej niesprawiedliwy, nierówny i w końcu spłynie krwią. Albo zaczniemy coś z tymi problemami robić i wtedy też wszystko spłynie krwią. W pierwszym przypadku katastrofa nadejdzie później. W tym drugim wcześniej.
Jestem historykiem gospodarki, a nie futurologiem. Nie zajmuję się przewidywaniem przyszłości. Mogę jedynie pokazać to, co się już wydarzyło. I oczywiście każdy może mnie wyśmiać, twierdząc, że „tym razem to na pewno będzie inaczej”. Z kolei każdy historyk wie, że przeszłość jest usiana deklaracjami w stylu „tym razem będzie inaczej”. No, ale przecież nie mogę nikomu odbierać nadziei, że jednak teraz to się wreszcie uda.

Co miałoby się właściwie udać?
Zmniejszenie wzrastających nierówności ekonomicznych w sposób pokojowy. Czyli bez rozlewu krwi i bez masowego cierpienia.

A pan twierdzi, że to jest niemożliwe?
Teoretycznie powinno być możliwe. Recepta jest przecież prosta. Ci, co mają bogactwa w nadmiarze, dzielą się z tymi, którym brakuje. Elity kupują sobie w ten sposób spokój, bezpieczeństwo i równowagę społeczną. Niziny się podciągają, a ich gniew ulega przynajmniej częściowemu rozładowaniu. Oczywiście nie jest tak, że znikają wszystkie problemy świata. Ale przynajmniej spada zagrożenie katastrofą.

Umowa społeczna. Brzmi sensownie.
Tylko że jest jeden szkopuł. Historia świata pokazuje, że tej umowy w zasadzie nie udało się zawrzeć dobrowolnie. Nigdy i nikomu. Owszem, ona jest od wieków wielkim marzeniem filozofów, polityków i ekonomistów. Jednak w praktyce zawsze poprzedza ją pojawienie się jednego z jeźdźców Apokalipsy.

To pan jest historykiem gospodarki czy biblistą?
Pożyczyłem sobie z Biblii metaforę czterech jeźdźców, żeby pokazać cztery zjawiska, które powracają w dziejach świata z zastanawiającą regularnością. I to właśnie one, a nie żadna umowa społeczna, co jakiś czas obniżają poziom nierówności ekonomicznych. Niestety, zła wiadomość jest taka, że wizyta jeźdźców to za każdym razem wielka społeczna tragedia. Wręcz hekatomba.

Przyjrzyjmy się im bliżej. Może zobaczymy, co nas czeka.
Pierwszy jeździec to wojna. Dwie wielkie wojny światowe są doskonałym przykładem. Na dodatek to czasy, gdy dysponujemy już całkiem niezłymi danymi dotyczącymi poziomu nierówności dochodowych wewnątrz zachodnich społeczeństw. Przy odrobinie wysiłku możemy więc sprawdzić, jak w tym czasie zmieniał się poziom bogactwa kontrolowany przez najbogatszy jeden procent Japończyków, Amerykanów, Niemców czy Brytyjczyków.

I jak te wojny zmieniły bogactwo elit?
Rozjechały je jak walec. I nie miało tu aż tak wielkiego znaczenia, czy kraj okazał się ostatecznie zwycięzcą czy pokonanym. Na przykład w Japonii druga wojna światowa zmniejszyła bogactwo najzamożniejszych o 70 proc. Stało się tak dlatego, że w wyniku zaostrzającej się wojny totalnej władze w Tokio wprowadziły praktyczną nacjonalizację przemysłu ciężkiego. Formalnie pozostał on do końca w rękach prywatnych, ale ogromna część produkcji obligatoryjnie szła na potrzeby armii. Stale też rosły podatki od zakumulowanego kapitału, a wypłacanie dywidendy było w zasadzie zabronione. Władze japońskie stale też poszerzały pozycję robotników oraz ich udział w zyskach przedsiębiorstw. Było to konieczne, by uniknąć antywojennego buntu mas ludowych. Dzieła dopełniła przeprowadzona już po kapitulacji i zakrojona na szeroką skalę reforma rolna, która rozbiła wielkie latyfundia. W efekcie Japonia wyszła z wojny jako społeczeństwo niesamowicie wykrwawione, ale jednocześnie nieporównywalnie bardziej egalitarne niż w latach 30.

A zwycięzcy?
Paradoksalnie u nich działo się bardzo podobnie. Np. Wielka Brytania znalazła się po stronie wygranych w obu wojnach, ale bogactwo klasy wyższej skurczyło się najpierw o 23 proc., a potem o kolejne 36 proc. Podobnie we Francji, gdzie najbogatszy procent zbiedniał w latach 1939–45 o 47 proc. Spore spadki miały miejsce również w Stanach Zjednoczonych, czyli w kraju, który z obu wojen światowych wyszedł jako niekwestionowane supermocarstwo.

Dlaczego tak się stało?
We wszystkich tych krajach wysiłek wojenny wymagał mobilizacji szerokich mas społecznych. Aby to osiągnąć, klasy posiadające musiały zgodzić się na coś, o czym przez wiele wcześniejszych dekad nie chciały w ogóle słyszeć. Czyli na wysokie – z dzisiejszego punktu widzenia wręcz niewyobrażalne – podatki od kapitału, spadków i najwyższych dochodów. To właśnie wówczas krańcowe stawki podatkowe skoczyły do 70–80 proc. Układ był jasny. Ubodzy przelewają na froncie swoją krew, a bogaci sięgają głęboko do sakiewki. Dokładnie w tym samym czasie następuje w Europie Zachodniej gwałtowny rozwój uzwiązkowienia. W 1914 r. był w krajach dzisiejszego OECD na poziomie niecałych 20 proc. W 1920 r. wynosił już 40 proc. A w latach 1939–45 znów urósł. Z 30 do prawie 50 proc. I to też nie był przypadek, lecz przejaw tego samego zjawiska. Bogaci przestali wykorzystywać swoje wpływy do tamowania aktywności związkowej. Przez co zgodzili się na wyższy udział pracowników w zyskach. Ceną znowu była krew przelewana przez masy pod Verdun czy na plażach Normandii.

Czyli jednak umowa społeczna?
Ale zawarta dopiero w momencie, gdy pierwszy jeździec Apokalipsy przyłożył klasom posiadającym swój miecz do szyi. Zresztą dwie wielkie XX-wieczne wojny nie są tu wyjątkiem. Na podstawie już nieco skromniejszych danych możemy szacować, że na przykład w wyniku wojny secesyjnej na pokonanym zachodzie USA nierówności dochodowe zmniejszyły się z ok. 0,6 do 0,5 [mowa tu oczywiście o współczynniku Giniego, który mieści się w przedziale od 0 do 1. „0” oznacza, że wszyscy dysponują takim samym majątkiem, „1” oddaje równie teoretyczną sytuację, gdyby całe bogactwo znalazło się w rękach jednego obywatela – red.]. Można nawet powiedzieć, że wszędzie tam, gdzie wojny opierały się na masowej mobilizacji, w jej efekcie nierówności malały.

Czas na drugiego jeźdźca. Albo, jak kto woli, drugi walec spłaszczający nierówności.
To rewolucja. Czyli trochę taki brat bliźniak wojny, bo zazwyczaj te zjawiska chodzą w parze. Na przykład rewolucja radziecka, która nieprzypadkowo wybuchła w trzecim roku pierwszej wojny światowej, gdy imperium Romanowów było pogrążone w kryzysie gospodarczym. Warto też zauważyć, że odpowiedź carskich elit na wysiłek wojenny była odmienna od tej udzielonej na Zachodzie. W Rosji nie było podwyżki podatków dla najbogatszych, a wysiłek wojenny finansowano wzrostem podatków pośrednich oraz przez druk pieniądza. Co najmocniej uderzało w najbiedniejszych.

Innymi słowy rosyjska plutokracja zlekceważyła pierwszego jeźdźca Apokalipsy przykładającego jej miecz do szyi i zapłaciła za to jeszcze wyższą cenę, bo nadjechał jego brat bliźniak z twarzą Lenina i jednym ruchem ściął głowę.
Można tak powiedzieć. Dane dotyczące poziomu nierówności w Rosji bolszewickiej są trudne do porównywania z tymi z Zachodu. Więcej widzimy dopiero, gdy popatrzeć na powojenne statystyki z ZSRR. Ostrożne szacunki mówią, że ok. 1905 r. współczynnik Giniego wynosił w Rosji ok. 0,36. Czyli był niższy niż w bardziej uprzemysłowionej Europie Zachodniej. Sowieci obniżyli go w końcu do poziomu 0,26. Czyli znacząco, ale nie jakoś fundamentalnie. Należy przy tym pamiętać o kosztach. Czyli o milionach ofiar różnych faz rewolucji radzieckiej. Do tego dochodzi też smutny epilog w postaci eksplozji rosyjskich nierówności po upadku ZSRR w 1991 r. Do poziomu dzisiejszych 0,52. To też jest element ceny przejścia przez Rosję drugiego jeźdźca Apokalipsy.

Rosja nie była jedynym krajem, który przeszedł gwałtowną, egalitarystyczną rewolucję. A inne?
Oczywiście. Historia powtórzyła się w Chinach na jeszcze większą skalę. Nierówności dochodowe w Chinach przed objęciem władzy przez komunistów wynosiły ok. 0,4. Problemem była głównie skrajnie niesprawiedliwa struktura własności ziemskiej, której połowa należała do najzamożniejszych 10 proc. społeczeństwa. Potem do władzy doszli komuniści i rozpoczęli swój projekt krwawej egalitaryzacji. W efekcie nierówności spadły do poziomu 0,23. A w obszarach miejskich nawet 0,16. W latach 80. kolejna generacja chińskich przywódców podjęła jednak decyzję o liberalizacji tamtejszego komunizmu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną