Rynek

Państwo kolesi w budowie

Jak będzie wyglądała nowa polska oligarchia

Prof. Krzysztof Jasiecki Prof. Krzysztof Jasiecki materiały prasowe
Rozmowa z prof. Krzysztofem Jasieckim, socjologiem gospodarki, o tym, dlaczego w III RP oligarchia nie powstała, a teraz ma duże szanse się narodzić.
Jan KulczykGrzegorz Rogiński/Reporter Jan Kulczyk
Ryszard KrauzeBartosz Bobkowski/Agencja Gazeta Ryszard Krauze
Aleksander GudzowatyPrzemysław Pokrycki/Reporter Aleksander Gudzowaty

Joanna Solska: – Petrolinvest, spółka, która miała uczynić Ryszarda Krauzego szejkiem, musi opuścić giełdę za niedopełnienie obowiązków informacyjnych. To epitafium dla oligarchii w Polsce? Jej symbolami mieli być Jan Kulczyk, Aleksander Gudzowaty i Krauze. Dwaj pierwsi nie żyją, a ich firmy nie odgrywają w Polsce istotnej roli; Krauze jest praktycznie bankrutem.
Krzysztof Jasiecki: – Arystoteles definiował oligarchię jako rządy niewielu działających głównie we własnym interesie. W takim znaczeniu oligarchia w III RP się nie narodziła. Byli ludzie, których określano mianem oligarchów, ale nie powstał system oligarchiczny.

Jak można mierzyć oligarchizację?
Przede wszystkim wskaźnikami koncentracji majątku. Jeśli grupa najbogatszych, dysponujących największą częścią majątku kraju się zawęża, to znaczy, że stopień oligarchizacji rośnie. Globalnym przejawem oligarchizacji jest skupienie większości aktywów majątkowych przez kilkaset osób. To symboliczny 1 proc. w Stanach Zjednoczonych posiadający 99 proc. majątku kraju. Znany historyk amerykański Timothy Snyder uważa, że Stany Zjednoczone były demokracją z elementami oligarchii, a dzisiaj są oligarchią z elementami demokracji. Oligarchizacja staje się normą międzynarodową.

W Polsce dotąd nie doświadczyliśmy porównywalnego odpowiednika takiej tendencji. Pionierski raport GUS i NBP na temat zasobności Polaków z 2014 r. (uwzględniający dochody, wydatki, majątki i zadłużenie) wykazał, że 10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych posiada 37 proc. całkowitego majątku netto. Polska jest krajem o wyraźnie mniejszych rozpiętościach majątkowych niż kraje strefy euro; gospodarstwa domowe są mniej zadłużone, a ostatnio program 500+ przyczynił się do ograniczenia biedy.

Nie było u nas sprzyjających warunków do powstania oligarchii takich, jak w Rosji czy na Ukrainie. Ze względu na wielkość tych państw pojawiły się duże korzyści skali w okresie szybkich zmian gospodarczych, a także możliwości czerpania nadzwyczajnych korzyści w obrocie surowcami i majątkiem państwowym, co ułatwiały słabości instytucjonalne i powszechna korupcja. Działania tamtejszych oligarchów stanowiły zatem racjonalną reakcję na ówczesne warunki systemowe. Wykorzystali niepowtarzalną okazję.

Ale byli chętni, którzy chcieli oligarchami zostać. I było państwo, które im to umożliwiało.
W Polsce było jednak bardziej egalitarne społeczeństwo, które to oburzało, oraz wpływowe związki zawodowe, które się temu przeciwstawiały, a także wolne media tropiące nieprawidłowości. Jednak szybki rozwój kapitalizmu może sprzyjać oligarchizacji. W wyborach prezydenckich w 1995 r., w których Lech Wałęsa konkurował z Aleksandrem Kwaśniewskim, połowa funduszu wyborczego Lecha Wałęsy pochodziła od wpłat Aleksandra Gudzowatego. Kiedy rozmawiałem wtedy z czołowymi postaciami polskiego biznesu, nikt nie przyznawał się, że wspiera finansowo jakąś partię, ale chętnie wskazywali, kto to robi. Groziło nam, że politycy staną się marionetkami w rękach dużego kapitału.

Fundacja Batorego zainicjowała wtedy dyskusję o potrzebie finansowania partii przez państwo.
Nadal znajdujemy zwolenników tezy, że partie polityczne nie powinny otrzymywać pieniędzy z budżetu. Ale wtedy wzrósłby wpływ na politykę grup społecznych o wysokich dochodach. Jednak ta przesłanka oligarchizacji w końcu lat 90. została ograniczona. Partie mają zapewnione finansowanie z budżetu.

Ale i tak wielkie majątki zdobywało się dzięki państwu.
Tak było zwłaszcza w Rosji czy na Ukrainie, które nie aspirowały do wejścia do Unii i działają według innych reguł. Oligarchów stworzyły także bezprecedensowe okoliczności. W krajach wychodzących z komunizmu zasobami państwa dysponowali politycy, początkowo też biedni. Od ich decyzji zależało, kto miał większe szanse szybkiego wzbogacenia się dzięki decyzjom rządowym, regulacjom prawnym, koncesjom i monopolom, łatwiejszemu dostępowi do kapitału czy preferencjom w prywatyzacji. Musiało pojawić się pytanie: „a co ja z tego będę miał?”.

W Rosji stworzył oligarchów Jelcyn. Potrzebował pieniędzy na kampanię wyborczą i pożyczył je od Chodorkowskiego, Abramowicza, Bierezowskiego i innych, jako zastaw przekazując akcje największych przedsiębiorstw surowcowych. Nigdy pożyczki nie oddał, a wierzyciele zostali najbogatszymi Rosjanami.
Z kolei na Ukrainie „koledzy władzy” budowali fortuny na handlu gazem i sprywatyzowali przemysł stalowy.

My nie mieliśmy ropy ani innych cennych zasobów.
Spośród krajów bogatych w ropę chyba tylko Norwegia nie wytworzyła oligarchii. My nie mamy oligarchów nie tylko z powodu braku surowców dających szczególne możliwości zysku. Aspirowaliśmy do Unii, więc u nas prywatyzacja nie mogła być wsobna, zasobów państwa nie dało się podzielić między „swoich”. Musiała być otwarta na inwestorów zagranicznych. Więc i reguły gry były inne. Równocześnie politycy zdawali sobie sprawę, że z braku krajowego kapitału inwestycyjnego modernizację naszej gospodarki trzeba powierzyć inwestorom zachodnim, że sami nie damy rady.

I zaczęliśmy wyprzedawać rodowe srebra za bezcen.
Tworzyliśmy kapitalizm w warunkach radykalnego otwarcia gospodarki związanego z globalizacją i integracją europejską. Nie można było czekać, aż powstanie klasa średnia, wyłoni się elita biznesu, i dopiero wtedy prywatyzować. Choć były próby tworzenia polskich odpowiedników czeboli (np. w oparciu o sprywatyzowane centrale handlu zagranicznego lub przedsiębiorstwa eksportujące usługi budowlane), to nie wytrzymały one konkurencji z zachodnimi koncernami. W rezultacie rolę głównego gracza na rynku przejęli inwestorzy zagraniczni. Teraz, na wzór Węgier, próbujemy odwrócić tę tendencję za pomocą kapitału państwowego.

Inwestorzy zagraniczni zorientowali się jednak, że duża prywatyzacja w Polsce będzie łatwiejsza przy pośrednictwie Jana Kulczyka. O Krauzem, którego majątek powstał dzięki zamówieniom rządowym, mówiono, że wygrywa każdy przetarg. Nawet ten, w którym nie startuje. Do tej pory nie wiemy, dlaczego premier Czernomyrdin akurat z Gudzowatym podpisał intratną umowę o sprzedaży gazu za żywność, co uczyniło go jednym z trzech najbogatszych Polaków.
Na interesach z państwem nasi niektórzy biznesmeni zrobili fortuny, ale największymi beneficjentami polskiej transformacji stały się firmy zagraniczne. Bulwersowała suma, jaką przy prywatyzacji TP SA zarobił Jan Kulczyk, jednak był to niewielki procent wartości całej transakcji, w którą zaangażowani byli Francuzi. Prywatyzowane firmy same w sobie nie były takie cenne, ale inwestorzy zagraniczni de facto kupowali dostęp do naszego rynku.

Przykładowo Wedel został sprzedany za niedużą kwotę, która odnosiła się do jego wartości księgowej, a w wielu asortymentach udział Wedla w polskim rynku słodyczy przekraczał 50 proc., co istotnie powinno podnosić wartość transakcji. Dowolność wycen była gigantyczna. Za KGHM na początku lat 90. proponowano 500 mln dol. Niebawem firma ta była warta kilka miliardów.

Obowiązywała zasada, że firma jest warta tyle, ile ktoś chce za nią zapłacić.
Przy tak ogromnej podaży firm ceny musiały być niskie. Poza tym nie mieliśmy własnych ekspertów od wycen, a ci zachodni bardziej uwzględniali interesy potencjalnych nabywców, którzy ich zatrudniali.

Więc najbogatsi Polacy oligarchami byli tylko w naszych oczach, a tak naprawdę stali się zaledwie burżuazją kompradorską?
To określenie, używane niegdyś w Ameryce Łacińskiej, stosowano do przedsiębiorców, którzy zrobili fortuny dzięki pośrednictwu na styku biznesu krajowego i międzynarodowego, m.in. kupowali rodzime firmy, a później sprzedawali je z zyskiem zagranicznym koncernom. Dotyczy to także Polski. Tego typu przedsiębiorcy nie stworzyli wielkich firm, globalnych marek, nowych produktów, chociaż zarobili duże pieniądze. O burżuazji kompradorskiej pisali w latach 90. badacze węgierscy. W gospodarce Węgier, chyba najszybciej w Europie Środkowej, dominującą pozycję zdobył kapitał zagraniczny, w czym można widzieć jedną z przesłanek polityki rządu Viktora Orbána po 2010 r.

Oligarcha ma być nie tylko bogaty, musi mieć także wpływ na władzę. Nasi go mieli. Wywierali go w pałacyku Sobańskich, rzut beretem od siedziby premiera. Był siedzibą Polskiej Rady Biznesu, do której zapraszano premierów i prezydentów.
PRB powstała na wzór American Business Roundtable, elitarnej organizacji środowiska gospodarczego. Wpływ PRB nie był jednak porównywalny z wielkością i siłą wpływów inwestorów zagranicznych, którzy mają wsparcie swoich rządów, a neoliberalne reguły dawały im uprzywilejowaną pozycję rynkową.

Z przecieków wynikało, że poszczególni biznesmeni w pałacyku Sobańskich załatwiali głównie swoje sprawy.
Takie podejście wynikało również ze słabości organizacji polskich pracodawców, którzy także obecnie zrzeszają najmniejszą liczbę przedsiębiorców w UE, co osłabia pozycję rodzimego biznesu zarówno w relacjach z kolejnymi rządami, jak i kapitałem zagranicznym.

Dwukrotnie w pałacyku PRB udało się przekonać Leszka Millera, wówczas premiera, do rozwiązań, którymi zainteresowani byli wszyscy przedsiębiorcy. Raz, gdy lobbowano za obniżeniem CIT (podatku dochodowego od firm), drugi – aby wprowadził podatek liniowy, ze stawką 19 proc. tylko dla przedsiębiorców. Tym ostatnim członkowie Polskiej Rady Biznesu prywatnie zainteresowani nie byli. W zasadzie wszyscy osobiste podatki płacą za granicą, w krajach podatkowo bardziej przyjaznych.
Członkowie Rady korzystali z możliwości, które otworzyła globalizacja i polityka podatkowa SLD. Na Zachodzie przedsiębiorcy zwykle najpierw się bogacili, a potem, startując w wyborach, aspirowali do sprawowania władzy politycznej. W Europie Wschodniej drogą do uzyskania bogactwa była władza. Putin najpierw został prezydentem, a potem w niejasnych okolicznościach zdobył wielki majątek, równolegle tworząc nową oligarchię. W Polsce nie miał zastosowania żaden z tych sposobów wejścia do elity bogactwa. Nasi najbogatsi nigdy nie startowali w wyborach, nie aspirowali do roli premiera czy prezydenta. To także różni ich od oligarchów rosyjskich lub ukraińskich.

Władza nominalna ich nie kusiła?
Bycie premierem czy prezydentem opłaca się wtedy, gdy pozycja polityczna daje szanse na długie trwanie przy władzy, jak np. w Rosji. Putin zniszczył oligarchów, którzy urośli za jego poprzednika, i zastąpił ich osobami przez siebie wskazanymi. Wiedzą, komu zawdzięczają swoją pozycję i że ją stracą, gdyby układ sił się zmienił. Więc go umacniają. W Polsce dwukrotnie wybory do Sejmu wygrała tylko Platforma Obywatelska, przed nią żadna koalicja nie rządziła dłużej niż cztery lata. Najbogatsi nie chcieli ryzykować startu w wyborach, wystawiać na żer medialny oświadczeń majątkowych, w których musieliby wskazać źródła swego bogactwa. Z ich perspektywy bardziej racjonalne było zatrudnianie w swoich firmach dawnych polityków czy ludzi ze służb specjalnych, w dalszym ciągu będących w stanie otwierać wiele drzwi i utrzymywać z kolejnymi ekipami rządzącymi przyjazne stosunki nieformalne. Społeczeństwu jednak nie podobały się bliskie relacje polityków z biznesem. Po wybuchu afery Rywina relacje te znacząco się zmieniły, a formy ich wzajemnych wpływów stały się mniej ostentacyjne.

Nie do końca. Kiedy, już po wygranych przez PiS wyborach w 2005 r., ABW zjawiła się w biurze Krauzego, ten z prośbą o interwencję zadzwonił do prezydenta Lecha Kaczyńskiego – pisze Michał Matys w wydanej właśnie książce „Grube ryby”. Gdy po kilku tygodniach wydano nakaz aresztowania, biznesmena już w kraju nie było.
Tak, ale pamiętajmy, że także kraje UE nie są wolne od oligarchów. Nawet w socjaldemokratycznej Szwecji w latach 70. aż 40 proc. akcji firm notowanych na sztokholmskiej giełdzie należało do przedsiębiorstw jednej rodziny Wallenbergów. Teraz ten udział jest mniejszy, ale Wallenbergowie mają w Szwecji nadal duże znaczenie. Czechy też są w Unii, a mają swojego oligarchę. Andrej Babis nie tylko należy do najbogatszych Czechów, ale do niedawna był wicepremierem i ministrem finansów. Może zostanie premierem, bo sondaże wskazują, że jego partia ANO 2011 ma szanse wygrać wybory parlamentarne.

Szwedzki ekonomista Anders Aslund zwraca jednak uwagę, że nie chodzi o to, żeby nie było oligarchów, ale o to, w jakim otoczeniu oni funkcjonują. Problemy tworzą ich relacje z instytucjami państwa. Znanym przykładem takich problemów była długotrwała kariera polityczna Silvio Berlusconiego we Włoszech.

Ale w Polsce, na szczęście, oligarchów nie mamy. Możemy spać spokojnie.
Tego nie jestem pewien. Patrząc na to, co dzieje się chociażby na Węgrzech w ostatnich latach, można zarysować także scenariusz nowej oligarchizacji państwa. Jeśli jedno ugrupowanie polityczne monopolizuje ośrodki władzy i jest w stanie ograniczyć lub zlikwidować trójpodział władzy, przejąć instytucje kontrolne, podporządkować sobie sądownictwo i zmarginalizować niezależne ośrodki opiniotwórcze kontrolujące jej działania, to powstaje sytuacja, która umożliwia powstanie oligarchii mocno powiązanej z władzą. Zwłaszcza że sprzyja temu kryzys globalizacji w jej neoliberalnej wersji.

Co ma do tego globalizacja?
Na fali doświadczeń po kryzysie 2008 r. w wielu krajach pojawiło się przekonanie, że trzeba wzmacniać państwo narodowe jako instytucjonalną przeciwwagę wobec globalnego kapitału. Sądzę, że to nie jest przypadek, że w Europie Centralnej tendencje etatystyczne ze szczególną siłą ujawniły się właśnie na Węgrzech i w Polsce. Obydwa państwa były prymusami otwarcia na zachodnich inwestorów. Węgry wcześniej od nas doświadczyły konsekwencji daleko idącej zależności od zewnętrznych centrów władzy i radykalnego ograniczenia instrumentów realizacji własnej polityki gospodarczej. Stąd program rehungaryzacji gospodarki.

Korzystamy z tego patentu.
Podobne sposoby myślenia są silne w wielu krajach, zwłaszcza mniejszych, dysponujących ograniczonymi zasobami. Z wyzwań kryzysu można jednak wyciągać odmienne wnioski. Na przykład kraje skandynawskie wzmacniają państwo siłą swoich instytucji, spójnością wewnętrzną, dialogiem i partycypacją społeczną, tym, co my niszczymy, preferując arbitralność decyzji i partyjne zawłaszczanie państwa budującego nowego Lewiatana.

Repolonizacja oznacza renacjonalizację. Wszystko wraca w ręce państwa, biznes się nie bogaci.
Podobny scenariusz zaczęto realizować wcześniej na Węgrzech. Teraz Węgry są na etapie, który my możemy mieć przed sobą – państwo „daje zarobić” wskazanym przez siebie osobom, bliskim partii rządzącej. Kontrakty i zamówienia publiczne trafiają w ręce rodziny i znajomych Orbána. Nie ma niezawisłych sądów, do których można by się skutecznie odwołać. Nie ma organizacji, które mogłyby zaprotestować. Jak twierdzą eksperci węgierskiego oddziału Transparency International, brakuje niezależnych mediów, które to nagłośnią, i silnych instytucji mogących zahamować tworzenie „kapitalizmu kolesiów”. Nawet środki unijne trafiają w zaprzyjaźnione ręce, bo tylko im kontrolowane przez rząd banki pożyczą pieniądze na wkład własny.

To, co wydawało się szansą na wzmocnienie państwa, okazuje się podglebiem, na którym wyrasta nowa oligarchia budowana w ramach „nieliberalnej demokracji”. W Polsce realizowana już wymiana elit dotyczyć może także elit biznesu. Jeśli narodzi się oligarchia, to będzie ona pochodziła z nadania obozu władzy. Zainteresowana tym, aby układ rządzący, który ją stworzył, trwał jak najdłużej.

rozmawiała Joanna Solska

***

Prof. Krzysztof Jasiecki, socjolog, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie, zajmuje się badaniami nad kapitalizmem w państwach postkomunistycznych, lobbingiem, procesami formowania się elit gospodarczych i politycznych.

Polityka 26.2017 (3116) z dnia 27.06.2017; Rynek; s. 41
Oryginalny tytuł tekstu: "Państwo kolesi w budowie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną