Jak się w Polsce zarabia na wodzie butelkowanej

Mokra robota
Tego lata woda w butelce służyła Polakom nie tylko do gaszenia pragnienia. Coraz częściej bywa źródłem żywych politycznych sporów. O patriotyzm, aborcję, a nawet o przyszłość kapitalizmu.
Według oficjalnych danych ujęć wody mineralnej jest u nas 119. Więcej w Europie mają tylko w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i na Węgrzech.
Yagi Studio/Getty Images

Według oficjalnych danych ujęć wody mineralnej jest u nas 119. Więcej w Europie mają tylko w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i na Węgrzech.

Gdy nastał kapitalizm, to kapitał zagraniczny dość szybko wziął sobie na celownik polski rynek wody.
Hyrman/PantherMedia

Gdy nastał kapitalizm, to kapitał zagraniczny dość szybko wziął sobie na celownik polski rynek wody.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Mokra robota

Zapraszam do lajkowania Staropolanki. Pierwszej i jedynej faszystowskiej wody mineralnej w Polsce”. I z drugiej strony: „Jeżeli chcieliście, żeby wasz produkt kojarzył się z szowinizmem, nacjonalizmem i ksenofobią, to brawo, właśnie wam się to udało”. Takie komentarze towarzyszyły trwającej na początku maja na całego internetowej kłótni o biało-czerwoną butelkę. Staropolanka wypuściła ją z okazji dnia flagi państwowej (2 maja). Tłumacząc, że „jesteśmy stąd, to nasz kraj i nasze barwy”.

Armatki wodne

I wszystko byłoby pewnie w porządku, gdyby nie fakt, że na tej samej etykiecie pojawiło się też logo firmy odzieżowej Red is Bad. Marki owszem popularnej, ale raczej wśród skrajnej prawicy (koszulki z hasłem „Śmierć wrogom ojczyzny” to jeden z ich produktów), a u wielu innych Polaków budzącej więcej strachu i niesmaku niż choćby życzliwego zainteresowania. Przy okazji Uzdrowiska Kłodzkie SA (producent Staropolanki należący pośrednio do państwowego KGHM) przesadziły jeszcze w jednym. W swym patriotycznym uniesieniu (na butelce widniał również napis: „polska woda od 1905 r.”) Dolnoślązacy dość mocno minęli się z historyczną prawdą. Sęk bowiem w tym, że źródła w Polanicy-Zdroju są polskie dopiero od 1945 r. Oczywiście zdrój istniał już wcześniej (i tu 1905 r. się zgadza), ale aż do końca drugiej wojny nazywał się Bad-Altheide. I nawet jeśli odwołać się do peerelowskiej wykładni o piastowskich ziemiach nad Bystrzycą, to i tak pudło. Bo za Piastów wody w Polanicy jeszcze nie dobywano.

To jednak wcale nie był koniec letniej kanonady wodnych armatek. W czerwcu Partia Razem wezwała z kolei do bojkotu lidera polskich minerałek Cisowianki. Powód? Razem nie spodobało się, że wiceprezes spółki Nałęczów Zdrój Paweł Witaszek kilka lat temu wsparł poważną sumą zaprzyjaźnioną fundację pro-life. W przeciwieństwie do Staropolanki Cisowianka zachowała się przytomniej i zdołała zażegnać potencjalny kryzys sprytnym unikiem. Rezydująca pod Nałęczowem firma natychmiast wydała oświadczenie, że pieniądze, o których mowa, pochodziły z rodzinnej fundacji Witaszków. A firmie nic do tego, bo „nie ingeruje w światopoglądowe decyzje swoich pracowników”.

Przypomniano przy okazji, że Cisowianka od dobrych paru lat razem z Polską Akcją Humanitarną buduje w Afryce studnie. Co akurat powinno się w środowiskach takich jak Razem podobać. Bojkot Cisowianki zaczął jednak żyć własnym życiem, bo sprawę ochoczo podchwyciła prawica. Do picia wody zachęcał na Twitterze marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Z charakterystyczną zielonkawą butelką sfotografowali się także bracia Karnowscy, wydawcy „Sieci Prawdy”.

Wszystkie te historie mogą być oczywiście dowodem na rozedrganie ideowe polskiego społeczeństwa. Ale nie tylko. Przy okazji mówią też sporo o rodzimym rynku wody, który już od dawna nie jest rynkiem mniejszego kalibru. Przeciwnie. To że jesteśmy gotowi przerzucać na wodę emocje polityczne, świadczy, jak głęboko minerałki weszły w ostatnich latach w nasze życie.

Oto na naszych oczach do historii przeszedł znany z poprzedniej fazy transformacji obrazek Polaków wszystkich klas pielgrzymujących do miejskich ujęć wód oligoceńskich z wielkimi baniakami w ręku. Zastąpił go obraz rodaka popijającego wodę z butelki PET. Dowodem niech będą wyniki produkcji krajowych rozlewni (to zdaniem ekspertów najlepszy sposób mierzenia rozmiarów rynku wody). Jeszcze w 2001 r. na głowę mieszkańca wytwarzano w Polsce rocznie ok. 37 l butelkowanej wody. Dziś wolumen produkcji jest jakieś trzy razy większy. I to pomimo trwającej równolegle od paru lat mody na picie wody z kranu.

Źródełko zysków

Wzrost rynku jest imponujący. A to oznacza jedno: akurat w tym miejscu polskiego kapitalizmu wytrysło w ciągu ostatnich kilkunastu lat wcale niezłe źródełko zysków. Tu jednak czeka nas kilka niespodzianek. Choć niemal od początku chrapkę miały na nie potężne zagraniczne koncerny, to nigdy nie zdołały zbudować sobie tak niekwestionowanej dominacji, jak choćby w bankowości czy handlu detalicznym. Co jeszcze ciekawsze, wielu rodzimych wytwórców swoją pozycję na rynku zdołało najpierw obronić, a potem ugruntować dzięki odziedziczonej po PRL formule spółdzielni. Z czego dziś wielu polskich producentów nawet nie zdaje sobie sprawy.

Opowieść o rynku wody godzi się jednak zacząć od samego surowca. „Niewiarygodne. Bierzesz wodę i przelewasz do butelki, a potem sprzedajesz drożej niż mleko. Co tam mleko? Drożej niż wino, a czasem nawet niż ropę” – lubił mawiać Gustave Leven, zmarły w 2008 r. były właściciel francuskiego Perriera (dziś ta kultowa marka należy do szwajcarskiego giganta Nestle). Nawet jeśli Leven miał na myśli ceny ropy sprzed kryzysu naftowego lat 70., to i tak analogia nie jest tak zupełnie bezpodstawna. Akurat pod względem zasobności złóż wody natura była dla Polski dosyć szczodra. Według oficjalnych danych ujęć wody mineralnej jest u nas 119. Więcej w Europie mają tylko w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i na Węgrzech.

Tym, co różni między sobą produkty pochodzące z różnych ujęć, jest oczywiście ich skład (dużo rzadziej smak). Zanim jednak zaczniemy się ekscytować tropieniem, która z popularnych marek jest mineralna, a która tylko źródlana, pamiętajmy o jednym. Takie rozmowy miały sens jeszcze do początków lat 90., gdy w Polsce stosowano stare wyśrubowane reguły zdrojowe i o tytuł minerałki wcale nie było łatwo. Potem jednak presja rynku (u nas i w całej Unii) spowodowała stopniowe – nomen omen – rozwodnienie kryteriów. Dziś przy odrobinie uporu producent może nam zaoferować mineralną nasyconą pierwiastkami słabiej niż woda w niejednym miejskim wodociągu.

Przesadą byłoby też powiedzieć, że dopiero w ostatnich latach Polacy zaczęli cenić dobrą wodę. Po prostu rynek wody długo nie mógł się w Polsce z powodów ekonomicznych zdemokratyzować. Jeszcze w II RP wodę mineralną w butelkach (wtedy oczywiście szklanych) dostarczano niemal wyłącznie dla sanatoriów albo jako towar luksusowy (najważniejsze były wody z Krynicy, Szczawnicy, Ciechocinka i Truskawca). Konieczność ich transportu ze zdrojów windowała jednak koszty do tego stopnia, że woda znajdowała się poza zasięgiem szerszych mas biednego międzywojennego społeczeństwa.

Rynek rozlewni zaczął przypominać ten dzisiejszy dopiero za Polski Ludowej. I to też nie od razu. Przełom przyszedł dopiero w połowie lat 60. Gdy inwestycje w technologie z czasów późnego Gomułki i Gierka doprowadziły do znacznej rozbudowy skali produkcji. Od tamtej pory wodę produkowano już nie tylko w tradycyjnych uzdrowiskach. To wówczas powstały m.in. dwie duże rozlewnie zaopatrujące największe polskie aglomeracje. Jedna w Grodzisku Wielkopolskim (na bazie znanego od stuleci ujęcia wody dla browarów). A druga w Warszawie (Mazowszanka). Gdy upadał PRL, w Polsce istniało 17 państwowych rozlewni uzdrowiskowych. I mniej więcej trzy razy więcej pozostałych. Tymi drugimi zarządzały spółdzielnie, czyli spożywcy ze Społem i rolnicze GS. Już niebawem miało się okazać, jak niebagatelne znaczenie będzie miała taka forma własności w czasie transformacji socjalizmu w kapitalizm.

Bój o Zdrój

Gdy nastał kapitalizm, to kapitał zagraniczny dość szybko wziął sobie na celownik polski rynek wody. Już w połowie lat 90. swoje autorskie marki sprzedawały u nas i Coca-Cola (Bonaqua), i Pepsi (Aqua Minerale). Giganci szybko zawojowali w sumie 15 proc. rynku, i coś stanęło. Planowanego biznesowego blitzkriegu nie było. Jak to wyjaśnić? – Zachodnie koncerny grzeszyły wtedy potężnym zarozumialstwem – ocenia jeden z naszych rozmówców, ważny gracz w branży przez cały okres transformacji. Wspomina: – Mądrale z Zachodu wszystko wiedziały lepiej.

Najchętniej zatrudniali ludzi po anglistyce. Świetnie im się z nimi dogadywało. Problem w tym, że ci angliści niewiele byli im w stanie o specyfice polskiego rynku powiedzieć, doradzić albo odradzić. – A oni miewali naprawdę kosmiczne pomysły. Brali na przykład mapę i mówili, że trzeba szukać wody pod Łodzią. Dlaczego pod Łodzią? Bo to w środku kraju i wszędzie blisko. A gdy się im mówiło, że Łódź nie kojarzy się w Polsce z krystalicznie czystą wodą, to oni odpowiadali zniecierpliwieni, że się zacznie kojarzyć, bo od tego jest reklama – wspomina.

Te błędy zagranicznych gigantów dały polskim producentom kilka cennych lat na przegrupowanie sił. Jednym z tych, który najlepiej wykorzystał ten czas, był Stanisław Bizoń. W 1992 r. w miejsce upadłej spółdzielni rolniczej we wsi Cięcina założył wraz z kilkoma wspólnikami rozlewnię wody w pobliżu otwartego źródła Abraham. Nazwali ją Żywiec Zdrój. – Uznaliśmy, że choć Żywiec jest odległy o 15 km, to jednak jest to lepsza i bardziej rozpoznawalna marka niż Cięcina. Trochę było oburzenia o ten zdrój, ale też jakoś przeszło – opowiada Bizoń.

Na butelce pojawił się też charakterystyczny obrazek z Franciszkiem Józefem. – Wy tam w Warszawie pewnie nawet nie wiecie, kto to jest, ale u nas to jest symbol starych dobrych czasów – tłumaczy zawadiacko Galicjanin Bizoń. To, co przyszło później, przeszło oczekiwania wspólników. Bardzo szybko Żywiec stał się nie tylko ważnym graczem wśród producentów wód butelkowanych w Polsce. On na lata został liderem rynku z udziałem 20–30 proc. Skąd ten sukces?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną