Rynek

Globalni niewolnicy

Prof. Harry Cleaver o tym, jak się wyzwolić z niewoli pracy

„Większość ludzi pracuje, bo musi. Pracuje, żeby przeżyć”. „Większość ludzi pracuje, bo musi. Pracuje, żeby przeżyć”. kartos / PantherMedia
Rozmowa z ekonomistą Harrym Cleaverem o tym, że żyjemy w międzynarodowych obozach pracy i jak z nich uciec.
„Od 200 lat jesteśmy przygotowywani do życia w wielkim obozie pracy. Przyzwyczailiśmy się do niego i nauczyliśmy się go na wszelkie sposoby racjonalizować”.Mirosław Gryń/Polityka „Od 200 lat jesteśmy przygotowywani do życia w wielkim obozie pracy. Przyzwyczailiśmy się do niego i nauczyliśmy się go na wszelkie sposoby racjonalizować”.
Harry Cleaver Harry Cleaver

RAFAŁ WOŚ: – Zazwyczaj ekonomiści nie mówią takich rzeczy jak pan.
HARRY CLEAVER: – Ekonomiści bardzo często się mylą. Do tego nie muszę chyba nikogo mocno przekonywać.

Ale pan podważa ich najbardziej podstawowe założenia. Na przykład to, że praca jest krwiobiegiem każdego systemu gospodarczego. Że bez pracy nie ma wzrostu. A bez wzrostu nie ma bogactwa, które dałoby się potem podzielić.
Większość ekonomistów to strażnicy wielkiego obozu pracy, w którym żyjemy. A ja mówię, że trzeba spróbować ucieczki z tego obozu. Nie tylko dlatego, że niewolnictwo to coś złego z samej definicji. Chodzi również o to, że praca to dziś główny hamulec osiągnięcia dobrobytu przez ogromną część ludzkiej populacji.

Większość ludzi uważa, że obozy pracy zniknęły razem z III Rzeszą, stalinowską Rosją i zniesieniem poddaństwa osobistego chłopów oraz czarnych.
Obóz pracy, o którym mówię, jest dużo szerszym zjawiskiem. I ma dziś charakter globalny. Zaczęło się to w czasie rewolucji przemysłowej, gdy ludzi zaprzęgnięto do wytwarzania rzeczy. Wielu rzeczy. Potem obok robienia rzeczy ludzkość zaczęła wytwarzać usługi. Coraz więcej usług. Racją istnienia współczesnego człowieka stała się konieczność produkowania towarów.

To źle?
To miało swoje fundamentalne konsekwencje. Wielu ludzi zaczęło spędzać większość swojego życia, pracując. Nie dla siebie, bądźmy szczerzy. Większość ludzi nie pracuje dziś nad tym, co sprawia im przyjemność, poszerza horyzonty, pozwala się rozwijać albo pomagać innym. Większość ludzi pracuje, bo musi. Pracuje, żeby przeżyć. Jak nie będzie pracować, to – w zależności od miejsca, w którym żyje – albo umrze z głodu, albo się spauperyzuje, albo trafi do zakładu zamkniętego jako jednostka antyspołeczna.

Nie przesadza pan trochę?
To jest ta niewygodna prawda, o której niewielu lubi mówić. Więcej: stworzyliśmy szereg zaklęć, by uśmierzyć ból niewolniczego żywota, którego doświadczamy. Ale brutalna prawda jest taka, że życie większości z nas polega na tym, że musisz albo znaleźć robotę, albo związać się z kimś, kto taką pracę ma. I jedno, i drugie jest formą uzależnienia. A potem? Praca, praca, praca, praca. W czterech na pięć przypadków dzieje się to według scenariusza: robisz rzeczy, które ktoś inny każe ci zrobić, i w sposób, jaki ktoś inny chce, by to było zrobione. Nieważne, czy jesteś pracownikiem fizycznym czy umysłowym.

Ale w XIX w. przeciętny człowiek pracował dwa razy więcej.
Owszem, bywało gorzej. Bywało też i lepiej, bo przed rewolucją przemysłową przeciętny robotnik pracował mniej. Zazwyczaj odbywało się to na zasadzie, że pracował intensywnie przez pewien czas w roku. Na przykład podczas żniw. A potem robił sobie długą przerwę. Teraz wygląda to inaczej.

W większości krajów pracuje się dziś pięć dni w tygodniu. Co to oznacza? Że przez przeważającą część tygodnia musisz obudzić się, wstać, przygotować do pracy, dojechać do pracy i dopiero wtedy ją rozpocząć. Po pracy podobnie. Podróż do domu. Trochę czasu na uspokojenie myśli, a potem jeszcze przygotowania konieczne do powtórzenia tego samego procesu jutro. I tak przez pięć dni w tygodniu. Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, okaże się, że we współczesnym świecie nawet XIX-w. zasada „osiem-osiem-osiem” jest fikcją.

„Trzy razy osiem” wymyślił Robert Owen, przedsiębiorca reformator. Głosił, że w celu zachowania jakiej takiej równowagi człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, ośmiu godzin pracy i ośmiu godzin, żeby mieć coś z życia. Podchwyciły tę zasadę ruchy robotnicze i walczyły o nią przez wiele dekad.
Tym bardziej dziwaczny jest fakt, że półtora stulecia później zasada ośmiu godzin na to, żeby mieć coś z życia, nie jest przestrzegana. Pracodawcy narzucili przekonanie, że praca rozpoczyna się w momencie przekroczenia drzwi zakładu i odpalenia służbowego komputera. A że nowojorczyk czy warszawiak musi jeszcze do tej pracy dojechać? Albo że ten dojazd i powrót zajmują czasem 3 godziny dziennie? Zasada trzy razy osiem staje się fikcją. Mamy raczej 10–12 godzin na pracę. A czas do życia trzeba wytargać z puli przeznaczonej na sen.

Są weekendy.
Jeśli przeanalizujemy, co robią pracownicy w czasie weekendu, to widać, że zajmują się głównie realizacją domowo-życiowych obowiązków, których nie zdążyli wypełnić w ciągu tygodnia. Nie potrafili już wcisnąć niczego pomiędzy pracę a sen. Robią więc zakupy, sprzątają, organizują pranie. A w niedzielę po południu trzeba już zacząć przygotowania do kolejnego dnia pracy.

Są urlopy...
Kolejna złudna pociecha. Po pierwsze: nie wszyscy je mają. W Stanach Zjednoczonych średnia długość urlopu pracującego szaraka to jakieś dwa tygodnie. W porównaniu z Europą to śmiesznie mało. A po drugie, nawet w Europie te cztery czy sześć tygodni to mało w zestawieniu z resztą roku. Bo przypomnę, że rok ma tygodni 52.

W krajach takich jak Polska problem polega też na tym, że przez lata byliśmy niechlubnym mistrzem Europy w umowach pozakodeksowych. To znaczy, że ludzie pracowali, ale już takie fanaberie jak płatne urlopy im nie przysługiwały.
Właśnie. Kolejne zjawisko potwierdzające moje przekonanie, że z pracą we współczesnym kapitalizmie jest coś nie tak.

A emerytura?
Czasem słychać argumentację, że to jest czas zasłużonego odpoczynku. Bzdura. We współczesnym świecie jest ciągła presja na wydłużanie wieku emerytalnego. Na dodatek nie masz dziś żadnej gwarancji, że po przejściu na emeryturę będziesz miał jeszcze siłę i czas, by odpocząć. Coraz częściej też będzie się pojawiało pytanie o środki. Współczesne społeczeństwa odchodzą od solidarnościowych systemów emerytalnych. Oznacza to, że będziemy mieli więcej ludzi, których niskie płace i prekaryjne warunki zatrudnienia nie pozwolą na sfinansowanie godnej jesieni życia. Oni będą musieli pracować dłużej. Być może do końca. Wielu praca dosłownie zabije. Zabija ich zresztą cały czas. Stres, wypalenie, praca w trudnych warunkach. To nie są zmyślone problemy. Nie widzę powodu, dla których ekonomiści czy politycy mieliby odwracać od nich wzrok. Problem, o którym mówimy, jest reprodukowany z pokolenia na pokolenie. Faktyczne zniewolenie pracą zostało dawno temu usankcjonowane. Uchodzi za normalne. Naturalne. Za człowieczy los.

Jak wygląda ta reprodukcja współczesnego niewolnika?
Rodzisz się i zostawiają cię w spokoju. Na chwilę. Każdy człowiek ma wtedy parę lat wolności i pewnie dlatego dzieciństwo jest dla tak wielu z nas mitycznym czasem szczęścia. Ale potem? Zaraz musisz iść do szkoły. A szkoła we współczesnym kapitalistycznym świecie wiele obiecuje. Mówią nam, że to wehikuł społecznej mobilności. Droga do lepszego jutra. Z tym wehikułem jest – jak wiemy – coraz gorzej.

Zmarły niedawno polski miliarder Jan Kulczyk mawiał, że kluczem do finansowego sukcesu jest to, by dobrze wybrać sobie... rodziców.
Otóż to. Awans przez ciężką pracę to w kapitalistycznej rzeczywistości użyteczna legenda. Szkoła jest filarem tej legendy. Ale w praktyce w większości przypadków nie jest to miejsce, w którym uczysz się poznawać kulturowe dziedzictwo oraz jego różnorodność. Albo rozwijać swoją wrażliwość moralną. Do szkoły chodzisz w gruncie rzeczy po to, by przygotować się do roli przyszłego pracownika. Zamiast chaotycznego biegania i odkrywania różnorodności sadzają człowieka w ławce i uczą dyscypliny. To musztra dokładnie skrojona pod jego przeznaczenie. Małego trybiku w wielkiej machinie kapitalizmu. Uległego wobec wąskiej klasy zarządzających i czerpiących ogromne profity z tego interesu.

W Polsce bardzo często wraca wyrażany wprost postulat lepszego skrojenia uczelni wyższych pod potrzeby biznesu. Pana zdaniem to źle?
To symptom. Taki moment, w którym nikt już nawet nie ukrywa, o co chodzi w całym tym systemie edukacji. Jeszcze w latach 60. czy 70. wielu przynajmniej marzyło o innej szkole. Takiej, która przygotuje suwerennych obywateli do życia w autentycznej demokracji. Ale to się skończyło. W Ameryce mamy to od lat. Presja jest taka, by w szkole było mniej „nierynkowych bzdur”, a więcej nauki praktycznego zawodu. Tak to działa. Bo oprócz instytucji jest też ideologia.

Jaka ideologia?
Przekonanie, że praca jest cnotą samą w sobie. To przekonanie łączy zresztą kapitalizm z sowieckim komunizmem. Na Zachodzie mieliśmy kalwińską etykę pracy, zgodnie z którą, jak pracujesz i ci się wiedzie, to znaczy, że Bóg pokazuje ci, że postępujesz słusznie. Tak trzymać! W Sowietach był duch stachanowca, który dowodził tego samego. Tylko bez Boga. Pracuj i nie pytaj o nic, bo to sens sam w sobie.

I nie ma ucieczki? Podkop, pilnik w cieście, nawianie w przebraniu?
Dezercja jest bardzo trudna. Dzieje się tak dlatego, że ci, którzy wypadają z kołowrotka pracy i zarobkowania, mają w kapitalizmie jeszcze trudniej.

Bo w obozie pracy jest ciężko, ale poza bramą nie ma co jeść?
Proszę spojrzeć na doświadczenie różnych grup wykluczonych: starszych albo niepełnosprawnych. Możliwości zaprzęgnięcia ich do kapitalistycznej maszyny są utrudnione, więc w społecznym odczuciu uważa się ich za mniej wartościowych. Za ciężar, w którego rozwój niechętnie inwestujemy. Maksimum tego, na co mogą liczyć, to zapewnienie im egzystencjalnego minimum. A i to nie wszędzie. W Stanach Zjednoczonych nawet oficjalna definicja zdrowia psychicznego jest ściśle związana z pracą. Warunkiem zwolnienia z instytucji zamkniętej jest to, czy możesz podjąć pracę.

Ucieczka w szaleństwo brzmi niezbyt pociągająco. Są inne sposoby?
Są dwa małe wyłomy w systemie. Jeden to ludzie bardzo zamożni – ten często wspominany jeden procent – którzy zakumulowali już tyle, że wykupili sobie bilet do wolności. Problem polega na tym, że do tej grupy nie da się tak po prostu wejść. Trzeba się w niej urodzić.

Można się dorobić.
Czasem tak bywa. Ale nawet wówczas badania pokazują, że pierwsze pokolenie najczęściej nie umie się oderwać od etyki pracy wpojonej im przez system. Wolność bywa dopiero udziałem ich dzieci.

A drugi wyłom?
To inteligencja. Ci szczęściarze, którzy oferują taki typ usług, które są całemu systemowi do pewnego stopnia przydatne. Na przykład dostarczają rozrywki dla elit i uśmierzają bóle mas. Albo stanowią mechanizm w trybiku opisanego już wcześniej systemu szkolnictwa. Problem polega na tym, że nie dotyczy to całej inteligencji. A jedynie inteligenckiej arystokracji. Profesorowie z tytułem, który daje im gwarancję zatrudnienia na uczelni. Artyści, którym się udało. Garstka dziennikarskich celebrytów. Ale co z resztą? Czasem aż przykro patrzeć. W zależności od fazy kapitalizmu ta współczesna arystokracja się poszerza lub kurczy. Ostatnio się kurczy, generując wielu niezadowolonych i wściekłych inteligentów. Z tego zawsze jest jakiś dym. Będzie i tym razem.

No to co robić?
Powiedzmy sobie szczerze: większość ludzi wykonuje prace ani szczególnie potrzebne, ani szalenie rozwijające. To oznacza, że życiowego zadowolenia muszą szukać poza pracą. W dzisiejszym świecie nie mogą tego robić, bo praca w kapitalizmie, który mamy dziś, rozlewa się i pożera czas wolny. Dlatego w ich interesie jest zmniejszenie obciążenia pracą.

Jak to zrobić?
Historycznie rzecz biorąc, jedyną drogą ucieczki z globalnego obozu pracy byłby zbiorowy bunt. Wspólna akcja. Mamy w historii przykłady takich buntów, które zadziałały. To one doprowadziły w XIX w. do zredukowania dnia pracy z 18 do 15 godzin. Potem z 15 do 10. I wreszcie z 10 do 8. Nie dajmy sobie wmówić, że to był jakiś prezent ze strony oświeconych elit kapitału. Nie przeczę, że tacy reformatorzy byli. I nawet próbowali. Problem jednak w tym, że robiąc to w pojedynkę, przegrywali z konkurencją. Skrócenie czasu pracy pracownicy musieli sobie wyszarpnąć. Teraz nadchodzi czas na kolejną rundę szarpania.

Ale o co się szarpać? Krótszy dzień pracy czy więcej urlopu?
Oba rozwiązania są dobre. Ludzie powinni zdecydować. Najlepiej na poziomie zakładów. Nie obejdzie się też bez regulacji na poziomie międzynarodowym, a krajowym na pewno. Federalnym czy europejskim też.

Ale o co konkretnie walczyć?
Zamiast domagania się tylko wyższych pensji, warto postawić postulat układu produktywnościowego.

Co to takiego?
Należy wynegocjować z pracodawcami, i rządem jako gwarantem, że każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. powinien prowadzić do wzrostu pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc.

To słuszna zasada, bo w wielu krajach – na przykład w Polsce – przez sporą część transformacji produktywność rosła dużo szybciej niż pensje. A jak potem pensje – dzięki presji politycznej – próbowały nadganiać, to kontrargument był taki, że nas na to nie stać, a skutki będą negatywne.
Ten argument pojawia się zawsze i wszędzie. Każdy ciągnie w swoją stronę, a w kapitalizmie lobby przedsiębiorców ma większe możliwości wpływania na kierunek debat publicznych. Systemowe powiązanie wzrostu produktywności ze skracaniem czasu pracy mogłoby ten problem rozwiązać. Powiem więcej. Gdyby stosować taką zasadę przez ostatnich 40 czy 50 lat, to dziś bylibyśmy bardzo blisko 3-godzinnego dnia pracy jako uniwersalnego standardu.

Szereg ekonomistów od Marksa przez Keynesa, a ostatnio Davida Graebera podnosi ten postulat. Ale gdy mówi się o tym ludziom, ich to przeraża. I nie mówię tylko o kapitalistach, którzy musieliby za ten pomysł zapłacić, dzieląc się zakumulowanym majątkiem. Ludzie się boją, że bez pracy rozsypie się społeczeństwo.
Nie dziwię się temu. Od 200 lat jesteśmy przygotowywani do życia w wielkim obozie pracy. Przyzwyczailiśmy się do niego i nauczyliśmy się go na wszelkie sposoby racjonalizować. Alternatywa zawsze budzi obawę. Z tymi lękami trzeba racjonalnie dyskutować.

Jak?
Choćby zadając kilka prostych pytań. Pierwsze z nich brzmi: po co pracujesz?

Większość odpowie: Żeby zarobić!
A jak już zarobisz. To po co ci te pieniądze? Chcesz je ułożyć na kupce i patrzeć jak leżą?

Nie. Chcę kupować różne rzeczy, ale też zapewnić sobie relatywną wolność, bezpieczeństwo, komfort, przygodę.
No właśnie. Chcesz korzystać z tego, co masz. No to jesteśmy w domu, bo żeby korzystać, potrzebujesz jednego podstawowego składnika.

Czasu?
Tak, właśnie czasu!

ROZMAWIAŁ RAFAŁ WOŚ

***

Harry Cleaver, amerykański lewicowy ekonomista. Przez lata związany z Uniwersytetem Teksańskim w Austin. Badacz tak różnorodnych zjawisk, jak poszukiwanie przyczyn epidemii malarii, ekonomia cyberprzestrzeni czy alternatywny ruch polityczny meksykańskich zapatystów. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Struggle against work” („Batalia przeciw pracy”).

Polityka 35.2018 (3175) z dnia 28.08.2018; Rynek; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Globalni niewolnicy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną