Rynek

Rodacy, do pracy!

Imigrant potrzebny od zaraz

Rezerwuarem, do którego sięgnął w pierwszej kolejności polski biznes, stała się Ukraina. Rezerwuarem, do którego sięgnął w pierwszej kolejności polski biznes, stała się Ukraina. Piotr Małecki / Forum
Najgorsza polityka imigracyjna to brak polityki imigracyjnej. I z tym właśnie mamy do czynienia w Polsce.
Z ekonomicznego punktu widzenia z migracją jest inaczej, niż prezentują to jej zagorzali wrogowie: migranci pracy nie odbierają, lecz raczej uzupełniają braki.Jeff J. Mitchell/Getty Images Z ekonomicznego punktu widzenia z migracją jest inaczej, niż prezentują to jej zagorzali wrogowie: migranci pracy nie odbierają, lecz raczej uzupełniają braki.
Zręby nowej polityki migracyjnej powstawały od początku 2016 r. Przez cały czas miały polityczny parasol Mateusza Morawieckiego.Dominika Zarzycka/Forum Zręby nowej polityki migracyjnej powstawały od początku 2016 r. Przez cały czas miały polityczny parasol Mateusza Morawieckiego.

Artykuł w wersji audio

Choć od dymisji Pawła Chorążego minęło już ładnych kilka tygodni, to atmosfera w resorcie wciąż taka, że można siekierę zawiesić. 44-letni wiceminister inwestycji i rozwoju był w otoczeniu premiera Morawieckiego uważany za jednego z najzdolniejszych i najbardziej kompetentnych ludzi. A jednak musiał odejść. „Pan minister zdecydowanie zagalopował się w niektórych swoich wypowiedziach i to tyle, co mogę powiedzieć, bo to tematyka bardzo ważna” – tak brzmiał wyrok wydany przez premiera Morawieckiego. Przewina? Nieco wcześniej Chorąży powiedział w czasie utrzymanego w dość nieformalnej atmosferze spotkania w Klubie Jagiellońskim, że „napływ imigrantów do naszego kraju musi wzrosnąć, żeby utrzymać wzrost gospodarczy”.

Sęk w tym, że Chorąży wcale się nie zagalopował. Wiceminister mówił dokładnie to, co na jego miejscu powiedzieliby inni wpływowi ludzie z gospodarczego serca rządu PiS. A pewnie i sam premier Morawiecki. Dowody? Nie trzeba szukać daleko. Nie dalej jak w marcu minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński (formalnie przełożony Chorążego) zaprezentował nowe priorytety rządowej polityki migracyjnej. Nawet na oficjalnej konferencji prasowej otwartym tekstem mówił, że w latach 2015–20 ubędzie blisko 590 tys. osób w wieku produkcyjnym. A w kolejnych latach ten proces jeszcze się nasili. Minister stwierdzał, że w 2030 r. pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem co piątego stanowiska pracy – z 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie około 16 mln osób. Brakować będzie nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz również tych o kwalifikacjach podstawowych.

Nowa sytuacja

Jak zapełnić tę lukę? Tylko poprzez import siły roboczej z krajów biedniejszych od Polski. Dlatego – zapowiadał Kwieciński – Ministerstwo Rozwoju w najbliższych miesiącach wdroży cały szereg ułatwień. Migrantów będzie można zatrudniać szybciej i na dłużej. Powstanie system zachęt do ich osiedlania się w Polsce. A urzędowa mitręga z tym związana zostanie poważnie ograniczona.

Kwieciński nie mówił tego wszystkiego jako publicysta. Tuż po wyborach w 2015 r. w superministerstwie rozwoju Mateusza Morawieckiego powstał specjalny zespół ds. przygotowania nowej polityki migracyjnej. Inicjatorzy pomysłu słusznie dowodzili, że gdy idzie o migrację, to żyjemy na absolutnie innej planecie niż jeszcze dekadę temu. Z kraju wysyłającego ludzi za granicę przemieniliśmy się w importera rąk do pracy. I, co najważniejsze, ta zmiana nie dokonała się przypadkiem. Jest ona ściśle związana z bardzo konkretnymi wydarzeniami politycznymi.

Mniej więcej około 2013 r. sytuacja polskiego pracownika zaczęła się poprawiać. Kryzys z 2008 r. wydawał się przezwyciężony, a pensje zaczęły dynamicznie rosnąć. Dwa lata później przyszło PiS: mocno podwyższyło godzinową płacę minimalną i przede wszystkim wprowadziło świadczenie 500 plus. W skali makro płace wreszcie zaczęły nadążać za produktywnością gospodarki, a nawet ją momentami przeganiać (w pierwszej fazie transformacji stale nie nadążały). Jednocześnie bezrobocie (wbrew ostrzeżeniom wielu liberalnych ekonomistów) w warunkach dobrej koniunktury wcale nie wzrosło. Przeciwnie – spadło do niespotykanie niskich poziomów, powodując w wielu miejscach w Polsce stan pełnego zatrudnienia. Po raz pierwszy od czasów realnego socjalizmu!

Postawiło to polskich przedsiębiorców w zupełnie nowej i nieznanej dotąd sytuacji. Wcześniej, jeśli w firmie X z Warszawy czy Poznania zaczynało brakować rąk do pracy, to wysyłała zapotrzebowanie do urzędu pracy albo agencji pracy tymczasowej. I już miała pracowników. Starczyło sięgnąć trochę głębiej na prowincję borykającą się z 20-proc. strukturalnym bezrobociem: do Radomia, Szydłowca albo Wrześni czy Leszna. Teraz jednak te zasoby taniej pracy zaczęły się wyczerpywać. Raz, z powodu trwającej od 2004 r. euromigracji do Londynu, Dublina, Amsterdamu, Berlina i Wiednia. A po drugie dlatego, że wzmocnieni propracowniczą licytacją PO i PiS z wyborów 2015 r. Polacy śmielej formułowali roszczenia płacowe. A na to polski biznes przygotowany nie był.

Trochę przypadkiem rezerwuarem, do którego sięgnął w pierwszej kolejności polski biznes, stała się Ukraina. Zaroiło się więc od agencji pośrednictwa pracy specjalizujących się w przywożeniu pracowników zza wschodniej granicy. Nie oszukujmy się jednak. Polskiemu biznesowi mocno pomogły tu okoliczności geopolityczne: wybuch wojny z Rosją po rewolucji na Majdanie (2014 r.). Związany z tym kryzys ekonomiczny (a zwłaszcza załamanie się kursu hrywny) pchnął do migracji już nie tylko klasycznych gastarbeiterów, ale również przedstawicieli ukraińskiej klasy średniej: nauczycieli, wolne zawody albo młodych. (Mechanizmy tej migracji oraz związane z tym historie opisaliśmy w POLITYCE 9). Mniej więcej w 2017 r. ukraiński zasobnik taniej pracy zaczął się jednak wyczerpywać. Ci, co mieli już przyjechać, przyjechali. Teraz wielu z nich planuje wyjazd do Niemiec. Przedsiębiorcy zaczęli więc kombinować, by sięgnąć jeszcze dalej. Do jeszcze tańszych i jeszcze bardziej dyspozycyjnych pracowników z Azji: głównie Nepalu, Bangladeszu i Filipin (POLITYKA 26).

– Gdyby to od nas zależało, to Azjatów moglibyśmy sprowadzić nie 20, a 200 tys. Klientów byśmy znaleźli bez trudu – mówił jeden z pośredników zajmujących się sprowadzaniem gastarbeiterów ze środkowego Wschodu. W ogóle w kręgach biznesowych (i tych żyjących ze sprowadzania migrantów, i tych, co migrantów ostatecznie zatrudniają) panuje silne przekonanie, że gdyby nie zmurszałość polskiej administracji lokalnej oraz opieszałość służb konsularnych, migracja powinna hulać na dużo większych obrotach niż dziś. O tym polski biznes mówi głośno od wielu miesięcy i nie marnuje żadnej okazji, by z tą opowieścią dotrzeć do kluczowych politycznych decydentów.

Przejęcie władzy przez PiS niczego w tym temacie nie zmieniło. Przeciwnie. Kto wie, czy gospodarcze otoczenie premiera Morawieckiego nie jest jeszcze bardziej probiznesowe niż poprzednicy (powszechnie uważani za liberałów). Dobrym przykładem jest sam minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński. Który do rządu trafił wprost z tzw. gabinetu cieni Business Center Club. Organizacji prowadzącej od lat otwarty lobbing na rzecz interesów przedsiębiorców.

Pod jego okiem zręby nowej polityki migracyjnej powstawały od początku 2016 r. Przez cały czas miały polityczny parasol Mateusza Morawieckiego. Wiosną 2018 r. – tuż po zmianie premiera – postanowiono przypuścić ostateczne uderzenie. Autorom nowej koncepcji bardzo zależało, by zdążyć przed wakacjami. Oficjalnie chodziło o to, by z ułatwień dało się skorzystać już podczas gorącego sezonu w rolnictwie i sadownictwie. Tak naprawdę twórcy nowej polityki migracyjnej przeczuwali, że czas kampanii samorządowej nie będzie najszczęśliwszy dla ich postulatów. Okazało się, że się nie mylili.

Latem w obozie prawicy pojawił się bowiem opór. Miał kilka źródeł. Oficjalnie najmocniej zaważył głos resortu spraw wewnętrznych. Obiekcje wobec zwiększonej migracji zgłaszał jeszcze minister Błaszczak. Jego następca Joachim Brudziński był tego samego zdania. Nasi rozmówcy z kręgów rządowych mówią, że nie chodziło nawet o żaden ideowy problem z „obcymi”. Argument MSWiA był do bólu pragmatyczny: to my – zgodnie z ustawą o działach administracji – ogarniamy temat migracji i to na nas spadnie cios, jeśli dojdzie do jakiegoś incydentu z udziałem gastarbeiterów. I tak będzie na nas. Będziemy więc hamować ile się da.

Niechęć do migracji

W ślad za bezpieczeństwem szedł zawsze argument kulturowy. Bo trzeba przypomnieć, że na polskiej prawicy temat migracyjny żył na długo, zanim zainteresowali się nim liberałowie. Tu hasło „Polacy za granicą” było w grze już za czasów Olszewskiego, a potem AWS. Nadzieja na powrót polonusów z Zachodu to oczywiście mrzonki. Ale Wschód? To za czasów pierwszego rządu PiS uchwalono na przykład Kartę Polaka. Gdy więc po 2014 r. do Polski nadciągnęła fala pracowników z Ukrainy, prawica ten stan rzeczy do pewnego stopnia akceptowała. Ukrainiec to przecież prawie Polak. Podobny język i duża kulturowa bliskość. Gdy jednak na horyzoncie zaczęli się pojawiać migranci z Azji, na prawicy zagrano alarm. „Mamy już w kraju nawet 2 mln Ukraińców. Kolejne np. 2 mln Filipińczyków, Pakistańczyków i ludzi z Bangladeszu stworzyłoby tygiel absolutnie wybuchowy” – mówił poseł PiS i aktywny komentator ekonomiczny Janusz Szewczak w rozmowie z magazynem „Wpis”. Precyzując dalej: „Filipiny? Podobno to kraj trochę nam bliższy kulturowo, bo niemuzułmański przynajmniej. Ale mówi się też o sprowadzaniu robotników z Bangladeszu i Pakistanu. A to są już kraje radykalnie muzułmańskie. To miałoby duży wpływ na bezpieczeństwo, na kulturowe wzorce. Do tej pory udawało nam się uniknąć takich konfrontacji”.

Głębsze rozmowy o migracji z prawicą do łatwych nie należą. Argumenty mają dość dobrze przemyślane. Ich sednem jest głębokie przekonanie, że zachodnie modele integracji migrantów zarobkowych zawiodły. Zaś ataki terrorystyczne w Paryżu czy Londynie oraz sukcesy polityczne ugrupowań antymigranckich od Holandii po Włochy i Szwecję nie pozostawiają dla prawicy najmniejszych wątpliwości, że promigrancka poprawność polityczna pęka, a model multi-kulti zaraz się na Zachodzie skończy. Z polskiego punktu widzenia nie ma więc sensu do tego pociągu nawet wsiadać. Antyuchodźcza histeria prawicy jest tej kalkulacji tylko symboliczną manifestacją. I oczywiście, że budzi ona moralny niesmak. Trudno jednak stojące za nią rachuby w prosty sposób ometkować jako nieracjonalne.

Powiedzieć jednak, że niechęć do migracji ma tylko podłoże kulturowe, to ledwie część prawdy. – PiS to partia ściany wschodniej, co ma swoje dobre i złe strony. Dobre jest to, że w tej partii dobrze słychać, czego boi się uboższa cześć Polski – mówi nam jeden z rozmówców bliski obozowi władzy. W przypadku migrantów widać to dość dobrze. Z ekonomicznego punktu widzenia z migracją jest inaczej, niż prezentują to jej zagorzali wrogowie. Zwłaszcza w fazie bardzo dobrej koniunktury (w której jesteśmy teraz) migranci pracy nie odbierają, lecz raczej uzupełniają braki. W tym rozumowaniu jest jednak pewien haczyk. Z każdego badania skutków migracji wychodzi bowiem, że nawet jak migracja wychodzi gospodarce per saldo na plus, to zawsze istnieje taki segment rynku, gdzie rywalizacja autochtonów z migrantami o płace, prace i inne zasoby jest realna. Ten rynek to właśnie ściana wschodnia. To tam pracownik częściej niż w Poznaniu czy Warszawie, idąc po podwyżkę, której nie widział latami, usłyszy, żeby się nie wygłupiał, bo na jego miejsce czeka dwóch albo trzech Ukraińców.

Dla wielu polityków to realny problem. Postawiła go niedawno w Sejmie krakowska posłanka PiS Barbara Bubula, składając do premiera Morawieckiego gorzką interpelację. „Liczba zezwoleń na pracę dla cudzoziemców wyniosła w 2017 r. 236 tys. i wzrosła o 85 proc. Imigranci wytransferowali poza nasze granice kwotę 13 mld zł w ciągu roku. Z pracy zwalniani są Polacy 50+, bo pracodawcy zatrudniają w ich miejsce niżej opłacanych cudzoziemców. Pogarsza się jakość życia w osiedlach, w których mieszkania wynajmowane są przybyszom ze Wschodu, gdzie nocne hałasy, wyrzucanie nieczystości z balkonów stają się normą” – mówiła kojarzona ze środowiskiem Radia Maryja parlamentarzystka. W zasadzie jednak taka interpelacja mogłaby zostać zgłoszona przez polityka klasycznej socjaldemokracji. Gdyby taka w Polsce istniała.

Starcie liberałów Morawieckiego z przeciwnikami w obozie Zjednoczonej Prawicy zakończyło się impasem. Ci, którzy wiedzą, jak działa partia Kaczyńskiego, są przekonani, że do następnych wyborów nic w tym temacie się nie ruszy. A to chyba najgorsza z możliwych opcji. Nie będzie bowiem wymarzonej przez otoczenie Morawieckiego polityki. Z tego, co zdążył pokazać minister Kwieciński, widać, że wychodziłaby ona naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców poszukujących taniego pracownika. Ale przynajmniej zostałaby wpisana w jakieś ramy.

Można sobie na przykład wyobrazić taki scenariusz: w ramach Rady Dialogu Społecznego pracodawcy i związki zawodowe wskazują rządowi te dziedziny gospodarki, w których napływ migrantów nie będzie oznaczał brutalnej presji na tanią pracę. I rząd przy pomocy regulacji tam właśnie postara się pracowników skierować. Ułatwiając uzyskiwanie pozwoleń dla jednych branż, a utrudniając dla innych.

Jednocześnie należałoby zacząć tworzyć fiskalne mechanizmy solidarnościowe. Krótko mówiąc, można sobie wyobrazić obłożenie pracy migrantów dodatkowym podatkiem. Celem zebranych w ten sposób pieniędzy byłoby zabezpieczenie się na wypadek spadku koniunktury. Historia Europy Zachodniej uczy, że to właśnie wtedy zaczynają się problemy. Pracy i środków na pomoc społeczną jest wtedy mniej, stąd w naturalny sposób tworzy się ostrzejsza konkurencja. Zwłaszcza jeśli w międzyczasie migranci zaczęli się już w nowym kraju urządzać. Przedsiębiorcy umywają ręce. Jeśli państwo nie ogarnie chaosu, to dostaniemy etniczne napięcia i wzrost nastrojów antymigranckich. Taki scenariusz przerabiała po wojnie większość zachodnich krajów. Bez jakiegoś rodzaju strategii migracyjnej będziemy szli dokładnie tą drogą. Biznes przecież nie zrezygnuje ze ściągania migrantów, bo zbyt dobrze na tym zarabia. Niezwykle elastyczny polski rynek pracy i niskie standardy kontroli warunków pracy będą mu w tym pomagały. Wolnoamerykanka poprowadzi nas wprost do społecznych napięć.

Teoretycznie można sobie wyobrazić jeszcze inną drogę. Tę, na którą zdecydowały się po II wojnie światowej Japonia oraz Korea Południowa. Tamtejsze gospodarki też pragnęły rąk do pracy, jak kania dżdżu. Zdecydowano jednak, że spójność etniczna jest polityczną wartością nadrzędną. Ponieważ przedsiębiorcy nie mogli się posiłkować tanią pracą migrantów, to musieli znaleźć inne sposoby na budowanie przewagi konkurencyjnej. W ten sposób Japonia i Korea stały się pionierami automatyzacji. Nie tylko produkcji, ale i usług komunikacyjnych oraz opiekuńczych. Oba kraje do dziś pozostają światowymi liderami robotyzacji gospodarki. Do realizacji takiego pomysłu potrzeba jednak wyrazistej wizji politycznej. Kogoś, kto wytłumaczy, że nie otwieramy się na migrantów, bo widzimy w tym szansę dla naszej gospodarki. Dziś w obozie władzy nie ma nikogo, kto mógłby się tego zadania podjąć.

Polityka 45.2018 (3185) z dnia 06.11.2018; Rynek; s. 39
Oryginalny tytuł tekstu: "Rodacy, do pracy!"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną