Rynek

Dobre miny na Chiny

Wszyscy ustępują Chinom. Aż do granic kompromitacji

Chiński system ocen dotyczy również świata biznesu. Wypowiedzi prezesów czy działania reklamowe obniżają oceny firm działających na rynku. Na fotografii: Hongkong, handlowa ulica Causeway Bay. Chiński system ocen dotyczy również świata biznesu. Wypowiedzi prezesów czy działania reklamowe obniżają oceny firm działających na rynku. Na fotografii: Hongkong, handlowa ulica Causeway Bay. Chris McGrath / Getty Images
Z Chińczykami miło się rozmawia, ale interesy robi już dużo trudniej. W imię miliardowych zysków zachodnie koncerny prześcigają się w politycznych ustępstwach wobec chińskiego rządu. Do granic kompromitacji.
Od kiedy telefony Huawei przestały ustępować produktom amerykańskiego rywala, trwa zmasowana akcja wzywająca Chińczyków do bojkotu urządzeń Apple.Darley Shen/Reuters/Forum Od kiedy telefony Huawei przestały ustępować produktom amerykańskiego rywala, trwa zmasowana akcja wzywająca Chińczyków do bojkotu urządzeń Apple.

Artykuł w wersji audio

Gwałtowne protesty w Hongkongu przeciw lokalnym władzom wspieranym przez Pekin to dziś bodaj największy problem dla firm, które w Chinach inwestują i sprzedają. Jeden nieostrożny wpis w mediach społecznościowych może mieć przykre i kosztowne konsekwencje. Przekonała się o tym na jesieni amerykańska liga koszykówki NBA, dla której chiński rynek to kilkaset milionów fanów i fantastyczne przychody, szacowane na ponad pół miliarda dolarów rocznie. Gdy więc Daryl Morey, dyrektor generalny Houston Rockets, jednego z zespołów NBA, wsparł na Twitterze protestujących w Hongkongu, a szef ligi wziął go w obronę, reakcja Chin była natychmiastowa. Transmisje meczów NBA zostały zawieszone, a ogromne kontrakty stanęły pod znakiem zapytania.

Pod taką presją szefostwo NBA szybko się ugięło, zaczęło też przepraszać. Głos zabrał najbardziej znany koszykarz ligi LeBron James. Stwierdził, że menedżer Houston Rockets był niedoinformowany, i w ogóle w takich sprawach nie powinien zabierać głosu. Chociaż wielu amerykańskich polityków publicznie potępiło tchórzostwo NBA, liga próbuje za wszelką cenę załagodzić konflikt z Chińczykami. Transmisje meczów wznowiono, chociaż spotkań z udziałem Houston Rockets Chińczycy nadal nie oglądają.

Kraj przez pomyłkę

Zamieszki w Hongkongu to także problem dla koncernów technologicznych czy producentów luksusowych towarów, od lat obecnych na chińskim rynku. Wszyscy oni muszą jeszcze bardziej niż dotąd uważać na to, co mówią i robią, jeśli nie chcą urazić Pekinu. Dlatego też Apple szybko zablokował w swoim sklepie internetowym aplikację na telefon, poprzez którą mieszkańcy Hongkongu informowali się, gdzie policja walczy z demonstrantami. Activision Blizzard, potentat w dziedzinie gier komputerowych, natychmiast ukarał wykluczeniem uczestniczącego w dużych turniejach znanego zawodnika, który ośmielił się publicznie wesprzeć protestujących w Hongkongu. Przepraszać musieli też wielcy producenci biżuterii. Firma Tiffany w swojej reklamie użyła zdjęcia kobiety zasłaniającej jedno oko, co zdaniem chińskich władz miało nawiązywać do gestu wskazującego na brutalność policji, który stał się popularny wśród mieszkańców Hongkongu. Natomiast Swarovski na swojej stronie określił Hongkong mianem odrębnego kraju. Podobno przez pomyłkę, jak przyznała szybko firma.

Drażliwy temat zakresu swobód obywatelskich w Hongkongu to niejedyne pole minowe, na które łatwo wpaść zagranicznym firmom w Chinach. Przez lata na własnej skórze uczyły się zasady, żeby trzymać się z dala od „trzech T”: Tajwanu, Tybetu i placu Tiananmen, symbolu walki o demokratyzację Chin, gdzie 30 lat temu doszło do krwawej rozprawy z demonstrantami. Bardzo drażliwa kwestia Tajwanu wymusza na szefach zachodnich koncernów trudne lawirowanie między oficjalnym stanowiskiem chińskich władz, według których Tajwan to tylko zbuntowana prowincja, a rzeczywistością, w której to jednak jest ciągle niezależne państwo.

W ubiegłym roku Pekin zaczął wywierać w tej sprawie wyjątkowo silną presję na linie lotnicze. Kto chce nadal organizować połączenia z Chinami, ten nie powinien w systemach rezerwacji nawet sugerować, że Tajwan jest odrębnym, politycznym bytem. Nic dziwnego, że teraz stolica wyspy, czyli Tajpej, najczęściej występuje na stronach przewoźników w ogóle bez nazwy państwa. W każdym razie nic o nim nie wiadomo. Z kolei użytkownicy telefonów Apple w Hongkongu i Makao nie znajdą w katalogu emotikonów flagi Tajwanu. Tak na wszelki wypadek.

Interesy z Tajwanem wolno więc robić, ale trzeba udawać, że należy do Chin. – To konsekwencja przyjętej przez chińskiego lidera Xi Jinpinga i jego ekipę linii politycznej, mającej prowadzić do Wielkiego Renesansu Chin. Nie będzie go, jeśli pozostaną dwa podmioty z Chinami w nazwie: Chińska Republika Ludowa oraz Republika Chińska na Tajwanie. Stąd stały, a ostatnio jeszcze silniejszy, nacisk na „pokojowe zjednoczenie przez Cieśninę”, jak to się zwykło w pekińskim żargonie nazywać – mówi Bogdan Góralczyk, sinolog, dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Podobną pułapką jest Tybet, o którym lepiej w ogóle nie wspominać. Dwa lata temu Daimler ośmielił się na Instagramie zamieścić zdjęcie swojego samochodu, opatrzone cytatem z Dalajlamy. I szybko tego pożałował. Cóż z tego, że reklama nie była skierowana do chińskich klientów, a Instagram jest w Chinach blokowany. Mimo to niemiecki producent aut szybko musiał skasować post i kilkakrotnie przepraszał Chińczyków. Znana sieć hoteli Marriott nieopatrznie wymieniła w swojej ankiecie dla konsumentów Tybet, a także Hongkong, Tajwan i Makao jako odrębne kraje. Efekt? Chińska strona internetowa Marriotta została oficjalnie zablokowana na tydzień. Znane marki odzieżowe, takie jak Versace i Coach, też musiały przepraszać, gdy Hongkong czy Tajwan znalazły się na ich koszulkach pośród nazw innych państw.

Kolejną pułapką są mapy. Władze w Pekinie żądają, żeby dystrybuowane na ich terenie mapy Chin obejmowały nie tylko Tybet, Tajwan i Hongkong, ale nawet większość Morza Południowochińskiego, o które Chiny toczą spór ze swoimi sąsiadami. Im bardziej agresywna polityka Pekinu, tym większe ustępstwa światowych firm. A chodzi o naprawdę wielkie pieniądze. Wartość chińskiego rynku dóbr luksusowych szacowana jest już na ponad 23 mld dol. rocznie. – Chińska klasa średnia jest coraz bogatsza i rośnie, staje się też ważną alternatywą dla biedniejącej klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. Kolejnych kilkaset milionów Chińczyków może wkrótce dołączyć do grona zainteresowanych markową odzieżą i biżuterią. To gigantyczna rzesza konsumentów, o którą warto walczyć – mówi Radosław Pyffel, kierownik studiów o biznesie chińskim na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Zaciśnięcie pięści

Na duże kompromisy idą nie tylko firmy amerykańskie, ale także niemieckie. Mają powody. Już co trzeci samochód produkowany przez największe niemieckie koncerny motoryzacyjne sprzedawany jest w Chinach. To ponad 5 mln aut rocznie, więc nawet niemieccy politycy coraz rzadziej mówią oficjalnie o dramacie Tybetu czy naruszaniu praw człowieka w innych regionach Chin. Nie opłaca się.

Jeszcze niedawno wiele firm wchodziło do Chin, przekonując, że w ten sposób przyczynią się do ich demokratyzacji. Zgodnie z tą logiką zachodni kapitalizm miał posłużyć jako droga do budowy w Chinach społeczeństwa obywatelskiego. Dziś już wiemy, że te nadzieje okazały się płonne. Chińskie władze wykorzystały zachodnie koncerny do zaoferowania swojemu społeczeństwu konsumpcji na wyższym, atrakcyjnym poziomie, ale nie zmieniły modelu politycznego. Przeciwnie, pod wodzą Xi Jinpinga nastąpiło jeszcze mocniejsze zaciśnięcie chińskiej pięści. Komu się to nie podoba, powinien się z Chin szybko wynosić. Nikt po nim płakać nie będzie. Kto zaś chce zostać, ma się stosować do obowiązujących reguł.

Zrozumiał to choćby amerykański przemysł filmowy, dla którego chiński rynek to ziemia obiecana. Chińczycy do swoich kin wpuszczają raptem 30–40 filmów zagranicznych rocznie, a o każde miejsce trwa zacięta walka. Nic dziwnego, że o ile jeszcze w 1997 r. możliwy był taki film jak „Siedem lat w Tybecie” z Bradem Pittem, o tyle dzisiaj żadne duże studio w Hollywood do kręcenia kontrowersyjnych obrazów już się nie rwie. Zdarzają się jeszcze niepokorni, ale to już wyjątki. Należy do nich Quentin Tarantino.

Pod koniec października w chińskich kinach miał się pojawić jego najnowszy film „Pewnego razu… w Hollywood”. Zaprotestowała jednak córka Bruce’a Lee, bo jej zdaniem tata został przedstawiony w niekorzystnym świetle. Lee rzeczywiście w filmie Tarantino okazuje się prostakiem i chamem. Reżyser jednak nie zgodził się na przemontowanie swojego dzieła, więc jego premiera w Chinach została w ostatniej chwili wstrzymana. W ten sposób Tarantino znalazł się w doborowym towarzystwie… Kubusia Puchatka. Bajki o uroczym misiu też są w Chinach zakazane, od kiedy w internecie zaczęto zestawiać Kubusia z samym liderem Xi Jinpingiem. Chodzi przy tym o podobieństwo wizualne, a nie charakterologiczne.

Największe spółki internetowe, a wraz z nimi ogromny przemysł nowych technologii, też mają trudne relacje z chińskimi władzami. Wiele znanych serwisów społecznościowych, z Facebookiem i Twitterem na czele, jest w Chinach niedostępnych, bo nie da się ich w pełni kontrolować. Telefony Apple zostały dopuszczone do sprzedaży, ale koncern musi dbać o to, żeby klienci nie mogli ściągać aplikacji, na których da się oglądać i tworzyć treści niezgodne z linią partii. Nabywca urządzenia nie może mieć możliwości obejścia tworzonych przez władze ograniczeń chińskiego internetu.

Microsoft został więc wpuszczony na rynek ze swoją wyszukiwarką Bing, ale w lokalnej, ocenzurowanej wersji. Za to Google pozostaje nieobecny, chociaż niedawno spekulowano, że koncern prowadzi prace nad specjalną wersją wyszukiwarki, którą Pekin byłby skłonny zaakceptować. Ostro protestowali przeciw tym przygotowaniom pracownicy firmy, przekonując, że w ten sposób Google zdradziłby ideały, które wpisał na swoje sztandary. Światowi liderzy cyfrowi cały czas więc kalkulują, czy potencjalne zyski w Chinach za cenę rezygnacji z demokratycznych przekonań przewyższą straty poniesione w innych częściach świata wskutek negatywnych reakcji klientów na taką postawę.

Dawcy technologii

W samych Chinach inwestorzy i zagraniczni kontrahenci stracili już resztki złudzeń. Stopniowo rozszerzany jest nowy, opresyjny system ocen, obejmujący nie tylko osoby indywidualne, ale także firmy. To gigantyczne narzędzie inwigilacji bądź, jak kto woli, utrzymywania społecznego porządku ma według oficjalnej doktryny zachęcać do przestrzegania prawa i ułatwiać karanie oszustów. Co prawda system stworzony został przede wszystkim dla obywateli Chin, ale obejmie też wszystkie przedsiębiorstwa działające na tym rynku, również zagraniczne. Informuje o tym unijna izba handlowa działająca w Chinach i ostrzega, że europejskie firmy są w większości zupełnie nieprzystosowane do tej zmiany.

Można założyć, że w przyszłości jakiekolwiek niepoprawne politycznie reklamy, wypowiedzi prezesów czy posty na oficjalnych profilach w serwisach społecznościowych automatycznie obniżą ocenę firmy działającej na chińskim rynku. A wówczas będzie zagrożona nawet całkowitym wypchnięciem z Chin. Tamtejsze władze już nawet nie ukrywają, że zagraniczne spółki są potrzebne przede wszystkim jako dostawcy nowych technologii i towarów, których chińskie firmy nie potrafią jeszcze przygotować. Gdy to się zmieni, nie będą już mile widziane.

Powoli przekonuje się o tym Apple. Od kiedy telefony Huawei przestały ustępować produktom amerykańskiego rywala, trwa zmasowana akcja wzywająca Chińczyków do bojkotu urządzeń z logo w postaci nadgryzionego jabłka. Kwestią kilku lat jest moment, gdy miejsce luksusowych niemieckich pojazdów zajmą te chińskie, a wówczas Daimler czy BMW będą musiały znaleźć dla siebie inne rynki. W tej sytuacji już tylko marnym pocieszeniem może być informacja, że stworzenie chińskiej ligi koszykówki na poziomie NBA prawdopodobnie potrwa dłużej. NBA na razie więc zostaje. Oczywiście na chińskich warunkach.

Polityka 50.2019 (3240) z dnia 10.12.2019; Rynek; s. 43
Oryginalny tytuł tekstu: "Dobre miny na Chiny"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną