Baj, baj Dubaj
Koniec raju w Dubaju. Wojna w Iranie uderzyła rykoszetem w światowy rynek paliw i turystykę
W ciągu pierwszej doby wojny na Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) spadło niemal tyle samo irańskich pocisków i dronów, ile na Izrael, choć emiraty podkreślały swoje niezaangażowanie i nie zezwoliły na wykorzystanie przestrzeni powietrznej do celów wojennych. Szczególnym celem okazał się Dubaj. Choć większość rakiet i dronów udało się zestrzelić, to boleśnie ucierpiało wiele atrakcji i źródeł dochodu miasta, uchodzącego dotąd za oazę spokoju, luksusu i dobrobytu. Ofiarą ataku padła sztuczna wyspa Palm Jumeirah, odłamki drona podpaliły fasadę Burdż al-Arab, uszkodzony został popularny Hotel Fairmont. Zaatakowano także port morski Dżabal Ali, jednak najgorszy w skutkach był atak na lotnisko w Dubaju. To największy na świecie przesiadkowy port lotniczy (95 mln pasażerów w 2025 r.), kluczowy dla lotów międzykontynentalnych, szczególnie z Europy do krajów południowej Azji i Afryki.
Atak Iranu na arabskich sąsiadów bardzo zaskoczył nie tylko monarchów z Zatoki Perskiej, ale także władcę świata Donalda Trumpa, który przyznał, że to „największa niespodzianka”. Zaskoczenia nie kryli też turyści, ci wypoczywający i robiący zakupy w Dubaju, słysząc nagle huki wybuchów i widząc zestrzeliwane rakiety, ale także będący tu przelotem w podróży do Indii, Tajlandii, Malediwów, Sri Lanki, Bali czy Seszeli lub stamtąd wracający. Nagle przestrzeń powietrzna ZEA została zamknięta, a samoloty uziemione, podobnie jak podróżni. Linie lotnicze musiały rozlokować pasażerów w hotelach, na szczęście rząd ZEA wziął na siebie związane z tym koszty. Wstrzymano też operacje na pozostałych głównych lotniskach w regionie – w Abu Dhabi oraz w Doha w Katarze. Zawieszono również operacje w Bahrajnie, Kuwejcie, Bagdadzie w Iraku i Ammanie w Jordanii.
Czytaj też: