Raport: Polaków życie na kredycie

Zadłużone życie
Mają pracę i wysoką pensję. Ale jeszcze większe długi. Co miesiąc nerwowo podliczają rosnące koszty życia. Plus kredyt hipoteczny, rata za plazmę, samochód, spłata zadłużenia kart. Zapożyczeni na styk ledwo dopinają domowe budżety. Dopóki jest praca, dopóki gospodarka się kręci, wychodzą na zero. Bankowcy nieoficjalnie szacują ich liczbę na 1–2 mln. To zakładnicy gospodarczego boomu.

 

Joannę Wnuk, 41-letnią właścicielkę kwiaciarni, po raz pierwszy coś ścisnęło w środku, gdy właściciel kamienicy dał jej pół roku na zwinięcie interesu. Podobne ultimatum usłyszała urzędująca po sąsiedzku cukiernia. Znalazł się ktoś, kto za lokal w dobrym punkcie Wrocławia dał dwa razy więcej. Potem okazało się, że to miejsce upatrzył sobie bank, który wynajął od razu cały parter. Joanny nie było stać na przebicie takiej oferty.

W kwiatach – wiadomo – dobre miejsce to połowa sukcesu. Trzeba było szybko znaleźć nowe, a to nie jest łatwe. Był 2002 r., a oni od kilku miesięcy spłacali kredyt hipoteczny za świeżo kupiony dom pod miastem (350 tys. zł) i raty za dostawczego minivana. Mąż hydraulik powiedział: damy radę, ale w branży budowlanej z pracą było wtedy krucho. Dochód z kwiaciarni, dotąd regularny i pewny, urwał się. Długi gniotły ich coraz bardziej. Ludzie w wieku, w którym trzeba już pewnej stabilizacji, zaczęli tracić grunt pod nogami.

Najpierw zwolnili pracownicę. Potem zawiesili wszystkie remonty w domu, choć całą zimę ciekło z dachu, a dzieci narzekały na zimno. Zaciskali zęby i składali na kolejne raty. Gdy zaczęli zalegać, a z banku zaczęły się nieprzyjemne telefony, mąż wyjechał na sezon do Niemiec dopinać rozsypujący się budżet. Dziś Joanna ma nową kwiaciarnię, a mąż wrócił do kraju, bo tu jest budowlany boom. Kredytu została mniej niż połowa. Ale mają mocne postanowienie: dopóki interes się kręci, jak najszybciej kredyt spłacić. Nigdy więcej bezsennych nocy, niepewności, lęku. Nigdy więcej otwierania drżącymi rękami kopert z wesołym, kolorowym logo banku.

Kredyt: reaktywacja

Znowu zafundowaliśmy sobie dobrobyt na kredyt. W latach kryzysu 2000–2003 zadłużenie gospodarstw domowych rosło w tempie niecałych 10 proc. rocznie. Potem wyraźnie przyspieszyło, a w ciągu trzech ostatnich lat podwoiło się. W 2007 r. padł rekord – zadłużenie gospodarstw domowych w bankach przekroczyło ćwierć biliona złotych. Tylko w porównaniu z 2006 r. oznacza to wzrost o 72 mld zł, czyli 38 proc. To szybciej niż w złotej końcówce lat 90., kiedy po raz pierwszy zachłysnęliśmy się hipermarketami, galeriami handlowymi i ratami „zero procent”. Statystycznie każdy z nas jest już winien bankom 7 tys. zł. W rejestrach Biura Informacji Kredytowej (BIK), instytucji monitorującej, w jaki sposób spłacamy swe długi, znajduje się 16 mln osób. Czyli co drugi dorosły Polak ma lub miał kredyt lub pożyczkę w banku.

W dużej części za ten szalony wzrost odpowiadają kredyty hipoteczne. Pożyczamy coraz więcej na coraz droższe nieruchomości. Kredyt mieszkaniowy co roku zaciąga 300 tys. gospodarstw domowych. W 2007 r. banki pożyczyły na mieszkania rekordowe 57 mld zł (rok wcześniej było to 44 mld zł).

Ale rosną też pożyczki określane w finansowym slangu jako tzw. szybkie pieniądze – kredyty konsumpcyjne. Banki kuszą: „pożyczka na dowód”, „pożyczka w kwadrans”, „wystarczy jeden klik w Internecie”. Nikt nie pyta na co. Na pralkę, kino domowe, wycieczkę, remont, studia dla dzieci. Z banku sami dzwonią, proponują. A my skwapliwie z tego korzystamy. Zadłużenie gospodarstw domowych z tytułu kredytów konsumpcyjnych zbliża się do 80 mld zł (w ciągu roku wzrost o 30 proc.). Karierę robi też plastikowy kredyt. Sklepy kuszą. Robisz u nas zakupy? Weź kartę kredytową! I bierzemy. W portfelach mamy ich już ponad 8 mln, przy czym tylko w ciągu ostatniego roku przybyło aż 2 mln (zadłużenie łączne – 9,2 mld zł). Karta kredytowa szybko wypiera popularną jeszcze do niedawna formę zadłużania się – debet na koncie.

Ten kredytowy szał to efekt trwającego już czwarty rok boomu gospodarczego. Szybki wzrost PKB przełożył się na spadek bezrobocia i wzrost płac. To z kolei poskutkowało bezprecedensowym wzrostem optymizmu rodaków, którzy widzą przed sobą coraz lepszą przyszłość. Ale to nie jedyny powód. Doszło też do zmiany mentalnej. Gdy 10 lat temu Pentor zapytał Polaków, czy lepiej jest oszczędzać i po jakimś czasie kupić upragnioną rzecz, czy też zapożyczyć się i mieć ją od razu, większość respondentów odpowiedziało, że cierpliwie odkładać. Odmienny rezultat był tylko w grupie wiekowej 25–29 lat. Zdaniem psychologów społecznych to dlatego, że jest ona nieobciążona wspomnieniami wojen, kryzysów, niespełnionych obietnic i przerywanej ciągłości rozwoju gospodarczego.

Teraz ta grupa dorosła, weszła w wiek średni, a część z jej członków aspiruje do klasy średniej. Ciężko pracuje, ale też chce korzystać z życia na światowym poziomie. Pojeździć, pozwiedzać, spożytkować owoce wzrostu. I nie boi się robić tego na kredyt. – Młodsi ludzie rzeczywiście pożyczają głównie, aby poprawić sobie standard życia i na bieżącą konsumpcję – mówi prof. Tadeusz Tyszka, ekspert od psychologii ekonomicznej, dyrektor Centrum Psychologii Rynkowej i Badań nad Decyzjami. Ale każdy kredyt ma istotną wadę – kiedyś trzeba go spłacić.

Agnieszkę Krzysztoszek, 30-letnią lekarkę z Warszawy, po raz pierwszy ścisnęło w dołku, gdy poczuła, że małżeństwo z „Placu Zbawiciela” – wstrząsającego filmu Krzysztofa Krauzego – to właśnie oni. Tam mąż zrobił żonie awanturę, bo kupiła dzieciom wyprawkę do przedszkola, a przecież zbliżał się termin wpłacenia raty za mieszkanie do banku. U nich była podobna kłótnia.

Dwa lata temu kupili piękny apartament na warszawskim Powiślu. Mąż, informatyk, miał własną firmę. Powodziło im się. Ale firma straciła głównego zleceniodawcę. Na domiar złego odeszło kilku dobrych programistów, a bez nich ciężko zdobyć kolejny duży kontrakt. Mniejsze projekty nie zapewniają już stałych i regularnych dochodów. A rata kredytu – ogromna – ponad 3 tys. zł miesięcznie. Jej żenujące zarobki w szpitalu wystarczają na opłacenie opiekunki do młodszego dziecka. Do tego raty i wysokie koszty życia w Warszawie. Wciąż jeszcze spłacają meble z kuchni. Prywatne przedszkole dla dziecka – 800 zł miesięcznie. Dwa samochody – w stolicy niezbędne – co najmniej 700 zł. No i ta plazma w salonie – 400 zł miesięcznie (co ich podkusiło?). To ciągle nad nimi wisi. W sumie raty wszystkich kredytów przekraczają połowę dochodów rodziny. Dół przyszedł, gdy zrozumieli, że tak będzie jeszcze długo. Żadnych egzotycznych podróży, które tak kochają, żadnego szaleństwa. Nie mogą sobie odpuścić – kredyt jest na 30 lat. Krzysztoszkowie odczuli coś, co zauważyli ostatnio w swych gabinetach psychoterapeuci, a co nazywają psychicznym kosztem życia na kredycie.

Na razie mąż zawiesił firmę i poszedł pracować w korporacji, bo tam dobrze płacą. Zaciskają zęby. Czekają, aż ona będzie mogła otworzyć prywatną praktykę. I podliczając raty, patrzą, jak od pierwszego do pierwszego przeciekają im ostatnie lata młodości.

Spacerkiem po krawędzi

Tymczasem do Polski jak do eldorado ciągną korporacje finansowe z całego świata. Na tle Europy wciąż jeszcze mamy dużo do pożyczenia. Nasze długi, liczone jako proc. PKB, wynoszą 23 proc., podczas gdy średnia w krajach Unii to 40–60 proc. Tylko w tym roku na nasz rynek wejdą trzy nowe duże banki, w tym budowana kosztem 1,5 mld zł instytucja finansowana przez rodzinę Zaleskich, francusko-polskich przemysłowych magnatów. Walka o możliwość pożyczenia nam pieniędzy będzie coraz ostrzejsza. – Aby wygrać, banki będą musiały sięgać po coraz mniej zamożnego klienta – mówi Michał Macierzyński, analityk portalu Bankier.pl.

Widać to w tej chwili na przykładzie kredytów hipotecznych. Gdy nieruchomości zaczęły błyskawicznie drożeć, bankowcy zaproponowali pożyczki we frankach szwajcarskich. Niżej oprocentowane i tańsze, dawały mniejszą miesięczną ratę niż złotówkowe, a więc pozwalały przy tych samych zarobkach zadłużyć się na wyższą kwotę (dawały tzw. wyższą zdolność kredytową). Kredyt w obcej walucie jest jednak bardziej ryzykowny niż złotówkowy – jego rata zależy nie tylko od wartości stóp procentowych, ale również od kursu złotówki. Z tego powodu w lipcu 2006 r. Komisja Nadzoru Bankowego (dziś Komisja Nadzoru Finansowego, KNF) nakazała bankom zaostrzyć procedury przyznawania kredytów walutowych.

Banki teoretycznie dostosowały się, ale w praktyce jednocześnie złagodziły kryteria oceny zdolności kredytowej klienta. Zdolność jest kluczem, bo określa, jaką maksymalną ratę przy danych dochodach i kosztach życia jest w stanie udźwignąć konkretna rodzina. – Klient pójdzie tam, gdzie ma najwyższą zdolność i dostanie najwyższą sumę, a więc będzie mógł kupić większe i ładniejsze mieszkanie – mówi Macierzyński. Po bardzo udanym 2007 r. plany w działach sprzedaży banków i u pośredników finansowych są teraz ustawione na wysokim pułapie. Od tego, ile kredytów i pożyczek uda się sprzedać, zależą też zarobki pracowników i doradców. W tej konkurencji nikt nie chce być gorszy – trwa więc wyścig, kto liberalniej prześwietli zdolność kredytową klienta.

Według obliczeń przygotowanych przez doradców finansowych Open Finance, młoda para z miesięcznym dochodem 3 tys. zł na rękę może liczyć nawet na 300 tys. zł kredytu na 30 lat. Ich miesięczna rata osiągnie wtedy 1444 zł, a więc połowę łącznych zarobków. Z kolei rodzina z jednym dzieckiem, zarabiająca 5 tys. netto, w najbardziej liberalnie nastawionym Polbanku zapożyczy się na kwotę pół miliona złotych (rata 2094 zł).

Każdy aplikujący o kredyt hipoteczny dostaje do wypełnienia ankietę o kosztach życia rodziny, miesięcznych wydatkach, pożyczkach zaciągniętych w zakładach pracy. Tajemnicą poliszynela jest, że doradcy finansowi, a czasem nawet sami bankowcy, zachęcają, aby te koszty zaniżać. Na przykład GE Money Bank uznaje, że do utrzymania jednej osoby wystarczy 650 zł miesięcznie (1 tys. dla dwóch osób w rodzinie, dla każdej kolejnej, np. dziecka, wystarczy już 200 zł). Podobny schemat stosują m.in. Lukas Bank i Millennium. Na wiele wydatków świadomie przymyka się oko. Banki coraz rzadziej pytają o koszt utrzymania samochodu, opłaty za szkołę i przedszkole itp. BGŻ i Fortis Bank w obliczaniu zdolności biorą pod uwagę jedynie zarobki – nie uwzględniają kosztów życia ani liczby osób na utrzymaniu (wszystkie dane od doradców Expandera). Chętny dostaje kredyt, a bank łowi klienta. Obie strony na tym zyskują. Pozornie.

Rośnie bowiem liczba osób zapożyczonych na styk. Takich, którym po odjęciu od zarobków miesięcznych rat i podstawowych wydatków, nie zostaje już nic, co można zaoszczędzić na czarną godzinę. Co miesiąc wychodzą na zero, a czasem ledwo starcza im do pierwszego. Gdy pojawiają się niespodziewane wydatki, np. zepsuje się pralka, pozostaje wzięcie jej na raty (to zazwyczaj dodatkowo kosztuje), ratowanie się kolejnymi pożyczkami lub kartami kredytowymi. Jak już wspomnieliśmy, coraz łatwiej dostępnymi. Tymczasem taka polityka zaczyna się powoli mścić. Najpierw na kredytobiorcach.

Marcin Zarębski, 29-letni kucharz z Krakowa, czuje, że coś go ściska w środku za każdym razem, gdy słyszy o podwyżce stóp procentowych. W zeszłym roku – w szczycie nieruchomościowego boomu – kupili z narzeczoną wymarzone dwupokojowe mieszkanie. Wreszcie na swoim. Mieli zbyt niskie zarobki na kredyt we frankach, więc zaciągnęli kredyt w złotówkach. Ich rata wynosiła 1,6 tys. zł. W ciągu pół roku rata – na skutek wzrostu stóp procentowych – podskoczyła do 2 tys. zł. I nadal rośnie, bo im krócej spłacany jest kredyt (więcej kapitału do oddania do banku), tym bardziej podwyżki stóp przekładają się na wzrost raty.

Marcin zarabia na rękę 2 tys. zł plus kilka razy w roku uznaniowa premia od właściciela restauracji. Narzeczona Magda jest kelnerką – najniższa pensja krajowa, niecałe 850 zł. Do tego bez podatku napiwki od klientów – wyciąga około 2,5 tys. zł.

Pensja jednego idzie w całości na kredyt. Utrzymują się z zarobków drugiego, ale starcza tylko na podstawowe opłaty i zakupy. Żadnych szaleństw. Myśleli o ślubie i dziecku, ale na razie nie mogą sobie na to pozwolić. Bez pracy obojga budżet rodziny się wali. Na razie planują przewalutowanie na franki szwajcarskie. Podszkolili angielski, myślą o wyjeździe na parę lat do Wielkiej Brytanii albo Irlandii, żeby spłacić mieszkanie.

Balansowanie na linie

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Rada Polityki Pieniężnej (RPP) podnosiła stopy procentowe siedem razy z rzędu. Próbuje w ten sposób przeciwdziałać nakręcającej się w naszej gospodarce spirali wzrostu cen (inflacji). Średnie oprocentowanie kredytu mieszkaniowego w złotówkach skoczyło w związku z tym z 5 do 7 proc., co oznacza wzrost miesięcznej raty o około 100–120 zł na każde pożyczone 100 tys. zł. Dla osób zadłużonych na pół miliona złotych oznacza to wzrost miesięcznych wydatków o 500 zł. Według niektórych ekspertów, wraz z kolejnymi decyzjami RPP, do końca 2008 r. kredyt w złotówkach może dojść do 8 proc. Podrożały również – choć już nie tak dotkliwie – kredyty we frankach szwajcarskich. A prawdopodobnie czeka nas jeszcze fala podwyżek oprocentowania kredytów konsumpcyjnych i kart kredytowych, bo wraz ze wzrostem stóp procentowych rośnie koszt pieniądza na rynku międzybankowym (tzw. wskaźnik WIBOR). Banki będą nam drożej pożyczać pieniądz, który same drożej pozyskują.

Do tego dochodzą rosnące koszty życia. Inflacja przekroczyła właśnie 4 proc., przy czym za jej wzrost odpowiadają w dużej mierze produkty dla gospodarstw domowych newralgiczne – żywność i paliwa. Według danych GUS, w 2007 r. pieczywo podrożało o 14 proc., drób o 23 proc., mleko o 16,2 proc., sery o 18,5 proc., masło o 26,4 proc., owoce o 20 proc., wyroby tytoniowe o 12,6 proc., paliwa o 18 proc. Trzeba też pamiętać, że dane GUS nie odzwierciedlają w pełni rzeczywistości. Inflacja najbardziej bije po kieszeni klasę średnią, najczęściej korzystającą z różnorodnych usług i dóbr. Najbardziej aspirującą, a przy okazji również najbardziej obciążoną kredytami (pisaliśmy o tym w POLITYCE 45/07).

Do tej pory sytuację ratował szybki wzrost płac. Przy rosnących dochodach wyższe raty mniej bolą. Według GUS, w całej gospodarce w 2007 r. pensje wzrosły o 6,7 proc. (9,2 proc. w sektorze przedsiębiorstw). Na zeszłorocznym gospodarczym boomie najbardziej zyskali ludzie przed trzydziestką. Według raportu firmy doradczej Sedlak&Sedlak, wynagrodzenia tej grupy wzrosły o 20 proc. Wysokie 30–40-proc. podwyżki były też dla wszystkich pracowników w niektórych branżach (m.in. w budownictwie, w dziale nowoczesnych technologii). – Wzrost płac będzie jednak hamował, bo wielu firm nie stać na płacenie takich pensji. Nie jest to powiązane ze wzrostem wydajności ani też reformami gospodarczymi w państwie. Poza tym dotychczasowe podwyżki wymusiły głównie osoby, które łatwo mogą zmienić pracę albo wyjechać do Irlandii. Ten czynnik będzie zanikał – mówi dr Kazimierz Sedlak, szef firmy Sedlak&Sedlak. Jego zdaniem w 2008 r. średnie podwyżki nie będą większe niż 5 proc. I to przy założeniu, że tempo rozwoju gospodarczego kraju się utrzyma, a wpływ na polską gospodarkę trwającego aktualnie kryzysu na rynkach finansowych (tzw. amerykańskiego kryzysu subprime) będzie niewielki.

Dla osób zapożyczonych na styk to bardzo złe wiadomości. Są zakładnikami polskiego boomu gospodarczego. Przy jakimkolwiek tąpnięciu zderzą się z twardymi realiami ekonomii.

Kilka lat temu Rafał Król (34 l.) z Warszawy miał przed sobą dobrze rokującą karierę w filii zagranicznego koncernu spożywczego, piękną młodą żonę i kredyt na 150-metrowy apartament na nowoczesnym, modnym osiedlu. Umeblowali się drogo, trochę ponad stan, dodatkowo przy tym zadłużyli. Ot, skromnie wychowani na prowincji złapali w żagle trochę wielkomiejskiego wiatru. Ale wszystkie raty regularnie spłacali. Problem pojawił się, gdy u Rafała wykryto nowotwór. Z dużymi szansami na wyleczenie, ale perspektywą długiej i męczącej terapii. Po kilku miesiącach zdecydował się odejść z pracy. Na początku postąpili rozsądnie – sprzedali drugi samochód, wystawili na Allegro drogie sprzęty AGD. Starczyło na niecały rok życia, ale oszczędności topniały w oczach. Był 2003 r., kryzys w branży handlowej sięgnął zenitu i trudno było o kolejną pracę. Żona, tuż po studiach, zarabiała niewiele.

Telefon z banku zadzwonił już pierwszego dnia, gdy opóźniła się spłata raty. Potem były kolejne rozmowy, coraz ostrzejsze, perspektywa licytacji. Ale windykacja przeprowadzona przez komornika to dla banku żaden interes i dodatkowe koszty. Zaproponował więc układ. Wstrzymują na trzy miesiące spłatę kredytu, a Królowie na własną rękę szukają kupca na mieszkanie. Z kwoty, którą uzyskali w ten sposób, spłacili dług. Nawet trochę zostało i z pomocą rodziny wyszli na prostą. Kupili niewielkie mieszkanko na peryferiach stolicy. Rafał Król wyzdrowiał i po trzech latach znalazł nową pracę. Dziś chce założyć własną firmę. Ale do jej rozkręcenia potrzebny jest kredyt. Jak o tym myśli, ściska go w dołku.

Cienka czerwona linia

BIK oraz InfoMonitor BIG, największe bazy informacji o dłużnikach w kraju, zawierają łącznie 1,19 mln nazwisk osób, które zalegają z płatnościami rat kredytowych, rachunków za prąd, telefon czy czynsz (na łączną sumę 6,16 mld zł). Nikt jednak nie wie dokładnie, ile osób zapożyczonych jest na styk, duszonych przez wzrost stóp i inflacji, które z każdą kolejną ratą balansują dziś na granicy wypłacalności. W bankach to jedna z lepiej strzeżonych tajemnic, bo mówi tak naprawdę, jak duże ryzyko na siebie wzięły. Ostrożne i nieoficjalne szacunki mówią o kolejnych 1–2 mln osób.

Tę liczbę pośrednio potwierdzają badania. W połowie 2007 r. pośrednik kredytowy, firma AZ Finanse, ankietowała kilka tysięcy klientów banków w całej Polsce. Zapytano m.in., jak długo będą w stanie spłacać swoje zobowiązania (raty kredytów, stałe wydatki rodziny) w razie utraty pracy. 62 proc. ankietowanych pociągnie zaledwie miesiąc. Co trzeci jest w stanie obsługiwać swe zadłużenie przez trzy miesiące. Zaledwie co dziesiąty z nas ma tak komfortową sytuację, że po utracie pracy będzie mógł dalej spłacać kredyty przez ponad pół roku. AZ Finanse zapytało też, jaki procent dochodów rodziny idzie na wydatki stałe (rachunki, raty kredytów). I znów wyniki niepokojące. Aż połowie z nas sztywne wydatki pożerają ponad połowę pensji, a co trzeciemu – od 20 do 50 proc.

Zdaniem Michała Macierzyńskiego z portalu Bankier.pl, jeżeli miesięczne obciążenia kredytowe stanowią 20–30 proc. dochodów rodziny, jest to poziom bezpieczny. Powyżej 30 proc. bank powinien się niepokoić. Powyżej 50 proc. to już poważny problem.

Z raportu „Kondycja gospodarstw domowych”, przygotowywanego cyklicznie przez Instytut Rozwoju Gospodarczego warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej, wynika z kolei, że od połowy 2007 r. Polacy wyraźnie odczuwają wzrost kosztów utrzymania rodziny (najwyższy wzrost obserwowany od końcówki lat 90.). 48 proc. gospodarstw domowych dopina swe budżety z trudem. – Jest również obserwowany, po raz pierwszy od wielu lat, lekki spadek klimatu do oszczędzania. Więcej rodzin pesymistycznie ocenia możliwość odłożenia w najbliższym czasie jakichkolwiek pieniędzy – mówi prowadzący badania dr Sławomir Dudek. Podkreśla jednak, że badani postrzegają ogólnie kondycję finansową swych rodzin najlepiej w historii, a procentowy udział mających problemy z obsługą długu systematycznie spada. Z tego samego badania wynika jednak, że do 9,7 proc. wzrosła liczba rodzin, które przewidują duże problemy z obsługą zobowiązań w ciągu najbliższego roku. To prawie milion osób.

Z innego badania, przeprowadzonego przez CBOS, wynika, że aż 77 proc. polskich rodzin nie ma żadnych oszczędności (choć zaledwie 9,6 proc. ma pewne zaległości z regulowaniem zobowiązań, a dla 4,1 proc. to jest poważny problem).

Czy te dane nie powinny niepokoić? – Nie, tak długo, jak gospodarka jest w dobrej kondycji, a bezrobocie spada – mówi Piotr Buszka, wiceprezes Lukas Banku, lidera na rynku kredytów konsumpcyjnych. Wszak, jego zdaniem, odpowiednie wyważenie ryzyka i ceny kredytu to podstawowe zadanie banku.

Podobnie optymistyczny ton zachowuje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. – Nie ma co wpadać w panikę i wszczynać alarmu – przekonuje. Jego zdaniem, sytuacja zadłużenia się polskich rodzin na styk jest przejściowa i za kilka lat, wraz ze wzrostem dochodów, będzie zanikać. Poza tym kredyty hipoteczne, stanowiące największe obciążenie domowych budżetów, należą jednocześnie do tych, które przestaje się spłacać na końcu, dopiero w sytuacji beznadziejnej. Przestaje je obsługiwać zaledwie 1 proc. wszystkich zalegających kredytobiorców, ale do tej statystyki nie trafił opisywany wyżej pan Rafał, który dogadał się z bankiem i sam sprzedał mieszkanie, zanim wkroczył komornik (instytucje finansowe coraz chętniej stosują taki układ w przypadku niewypłacalności dłużnika, ale liczba tak załatwionych problemowych spraw pozostaje ich tajemnicą). Pietraszkiewicz twierdzi, że polską specyfiką jest duża mobilizacja w sytuacjach podbramkowych – na ratę zrzuca się wtedy cała rodzina dłużnika.

– Moim zdaniem w Polsce jest grupa osób, które zaciągając kredyt, nie zakładały ani skoku stóp, ani wzrostu kosztów życia. Teraz mogą mieć problem – mówi Robert Małysz z firmy doradczej PricewaterhouseCoopers. Podobnie uważa Stanisław Kluza, szef Komisji Nadzoru Finansowego. Dlatego KNF przygląda się zasadom liczenia zdolności kredytowej oraz temu, jak duże ryzyko biorą na siebie banki. Bada również skalę oszustw przy podawaniu informacji przez zainteresowanych zaciągnięciem kredytu.

Trwający w USA kryzys na rynku ryzykownych kredytów hipotecznych, który już rozlał się na cały świat, przyciąga wiele uwagi. Niewiele jednak mówi się o tym, że w Stanach Zjednoczonych segment klientów subprime to nie tylko ludzie bez dochodów, pracy oraz własności (z ang. skrót NINJA, czyli no income, no job, no assets), ale również ci zadłużeni ponad miarę. Pracujący, zarabiający, którzy jednak nie udźwignęli rosnących rat i kosztów życia.

Najbliższe półrocze pokaże, czy 1–2 mln Polaków skredytowanych przez banki na styk da radę spłacać swe rosnące raty. Jeśli nie, możemy mieć lokalną powtórkę z Ameryki.

  

Nazwiska bohateów zostały na ich prośbę zmienione.
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj