Rumunia bez muru

Manele
Rumuńskie 20 lat bez muru zaczyna się krwawą rozprawą zamachowców z dyktatorem, Słońcem Karpat, Nicolae Ceauşescu, a kończy literackim Noblem dla Herty Müller, rumuńskiej Niemki, której książki są jak kronika choroby nerwowej pokolenia poddanych dyktatora.
Europa chce, aby rumuńskimi Romami zajęli się ich bracia – ci wykształceni
Stanisław Ciok/Polityka

Europa chce, aby rumuńskimi Romami zajęli się ich bracia – ci wykształceni

Początek filmiku: doraźny sąd zasiada w ławkach koszar wojskowych w Targoviste. Państwo Ceauşescu oskarżeni o ludobójstwo – jak źli uczniowie – w kącie klasy. Tak naprawdę on z zawodu szewc, ona sprzątaczka. Potem sąd powstaje, szurając krzesłami, i czyta wyrok. Byłam dla was jak matka, jak nauczycielka – zawodzi prowadzona na śmierć Elena Ceauşescu. Żołnierze wiążą jej ręce sznurkiem. (– Słyszysz, co ta stara mówi? – denerwuje się Camil, 40 lat, pracownik naukowy uniwersytetu Babes Bolyai w Klużu. – Jaka butna morderczyni! Ale jeden z tych żołnierzy dobrze jej odpowiada: Nasze matki kazaliście zabić).

W grudniu 1989 r. świat zapamiętał z telewizji stróżkę krwi z głowy Eleny i dziwne ułożenie ciała Nicolae, który po rozstrzelaniu zamarł na podkulonych nogach. W Rumunii Boże Narodzenie było dniem pracującym, ale fabryki i ulice wiwatowały. Miasta były betonowo szare. (Camil: – Mógłbym to oglądać w nieskończoność. To znaczy nie mam wyrzutów sumienia, oglądając. Wysłałem link znajomym za granicą. Jest jeszcze druga część – dla ludzi z kontem na YouTube – widać, jak Nicolae i Elenę pakują do trumien i grzebią o świcie. Bardzo długie zbliżenia twarzy obojga trupów. Ale to chyba trzeba było tu żyć, żeby zrozumieć różnicę między okrucieństwem a egzekucją Ceauşescu).

Król memelistów

Nicolae Guta jako człowiek bogaty kocha Mercedesy z przydymionymi szybami. Nawet poświęca im piosenki. Nazywają go królem manelistów. W teledysku Guta sunie limuzyną przez rozświetlony neonami Bukareszt, a ubrany jest jak amerykański raper – kapiący złotem dresiarz. Manele to styl muzyczny – pomieszanie wiejskiej piosenki, cygańskiej romancy, rapu i modulowanego bliskowschodniego zaśpiewu. Legenda głosi, że manele narodziło się z beznadziei za późnego Ceauşescu w najbiedniejszej w Bukareszcie Dzielnicy V.

Maneliści śpiewają o kobietach i pieniądzach. Rumuńscy inteligenci nie lubią manele, bo jest tandetne. Ale ma w sobie coś z nowej Rumunii – dzisiejszy Bukareszt nęci interesem życia, podskórnie tętni nielegalem, nocą żyje równie intensywnie jak za dnia, roi się od ofiar i zwycięzców wczesnego kapitalizmu – a w tle słychać właśnie manele, muzykę chodników.

Guta jest Cyganem, za Ceauşescu każdy rumuński Cygan musiał obowiązkowo być gdzieś zatrudniony. Dla Guty strzały, które zabiły dyktatora, brzmiały jak huk pistoletu startowego. Przed 20 laty Guta zwolnił się z pracy w państwowych kolejach i ruszył w drogę po pierwszego Mercedesa.

Idioci mówi starszy mężczyzna na widok deskorolkarzy. – Trzeba być idiotą, żeby w sobie wyrabiać taką nieprzydatną umiejętność. A drugi z przekąsem: – Ameryka ich tego uczy. Cygan może się tak głupio zachowywać, ale nie biały. A pierwszy po chwili dodaje: – Kiedyś to za mordę i do wojska.

Siedzą w kawiarni przy al. Niepodległości w Targoviste. Dwaj emeryci nad popołudniowym piwem. Deskorolkarze jeżdżą od pomnika Niepodległości, mijają niemieckie sieciowe supermarkety i kino Niepodległości, pod Pałac Prefektury, pod kawiarnię. Ubraniem nie odstają od gwiazdorów MTV. Targoviste jest małe, słynne z dwóch rzeczy: w XV w. Wład Palownik, transylwański książę zwany Drakulą, w wielkanocną niedzielę ponabijał tu na pale kilkudziesięciu bojarów, którzy go zdradzili, a w Boże Narodzenie 1989 r. zabito w mieście małżeństwo Ceauşescu. Palownik jest na pomnikach, nawet firmuje dania kawiarniane. Po Nicolae Ceauşescu nie ma śladu, choć za życia miał w Targoviste muzeum poświęcone sobie samemu.

Bo Ceauşescu nie musi mieć pomników, i tak żyje w ludziach. W Rumunii nigdy nie wiadomo, czy jacyś starsi mężczyźni nad piwem to dawne ofiary czy kaci. Co siódmy obywatel był za dyktatury tajniakiem Securitate. Przecież nie rozmyli się 20 lat temu, oglądając w telewizji zwłoki Conducatora. W badaniach na największą i najbardziej ponurą postać w historii Rumunii w obu konkurencjach zwyciężył Ceauşescu, w obu ze wskazaniem 22 proc.

Noblistka Herta Müller opisuje w „Die Zeit”: „Dla mnie podróż do Rumunii jest także podróżą w inny czas – nigdy nie wiem, które zdarzenia w moim życiu dzieją się przypadkiem, a które są zainscenizowane”. Urodziła się w 1953 r., w niemieckiej wiosce banackiej – w XVIII w. Austriacy, a potem Węgrzy sprowadzali Niemców, aby cywilizowali Siedmiogród i Banat. Herta studiowała germanistykę, z nakazu państwa pracowała jako tłumaczka instrukcji obsługi maszyn w fabryce traktorów, ale nie dała się zwerbować Securitate i straciła tę robotę na lata.

W 1987 r. wyjechała do Berlina Zachodniego. Ceauşescu zgodził się na repatriację rumuńskich Niemców. Dyktator właśnie postanowił spłacić zagraniczny dług kraju i potrzebował pieniędzy. Oszczędzano na energii – kraj tonął w ciemności i zamarzał, tylko 40-watowe żarówki były legalne, ale nie do kupienia. I na wyżywieniu – ludzie stali w kolejkach po racjonowaną kiełbasę z przewagą soi, zwaną soja salami. A rząd niemiecki płacił za każdego odzyskanego obywatela 12 tys. marek w gotówce! Za repatriantami jechali agenci Securitate. Herta Müller pisze, że nawet w Berlinie śledzili ją rumuńscy tajniacy, nocami wydzwaniali grożąc śmiercią. Wieloletnia rumuńska przyjaciółka pisarki, która przyjechała w odwiedziny, też okazała się agentką reżimu. Miała za zadanie zbierać informacje o prywatnym życiu obiektu H.M. Herta Müller żyła w przerażeniu. Całe jej pisanie jest jak wiktymologiczna autoterapia.

Wiosną 2009 r. pisarka przyjechała do Bukaresztu na zaproszenie uczelni. Śledzono ją na ulicach. Podglądano w hotelach. Niewidzialna siła robiła trudności znajomym, z którymi się umawiała. Najprostsza czynność, jak prośba o połączenie telefoniczne z hotelowej recepcji, wymagała wypełnienia urzędowego druku. W końcu ktoś wygadał się, że właściciel hotelu jest eksagentem i nadal czuje się na służbie. Należało czym prędzej zmienić hotel, wezwano menedżera. „Wtedy uśmiechnął się i powiedział, że oczywiście uczelnia może odwołać rezerwację, ale w innych hotelach o podobnym standardzie będzie to samo – pisze Müller w „Die Zieit”. – Jedyna różnica jest taka, że nie będę o tym wiedzieć. (...) Securitate nie rozwiązało się, tylko przyjęło inną nazwę – Rumuńskie Służby Informacyjne”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną