Społeczeństwo

Krzyż w przestrzeni publicznej

DEBATA: Symbol wolności czy symbol opresji?

matiasromero / Flickr CC by SA
W katolickiej Słowacji i świeckich Czechach, krzyże nie wiszą na ścianach szkolnych klas. Nie wiszą też i w szkołach publicznych w USA, jednym z najbardziej religijnych krajów świata.
Polityka.pl
Krzyż na ścianie szkoły publicznejpulguita/Flickr CC by SA Krzyż na ścianie szkoły publicznej

Trzeba powiedzieć jasno: nieobecność krzyża na szkolnym murze ani niczego nie dodaje, ani niczego nie ujmuje. Nie przemienia ani ducha, ani kultury, ani moralności. Tak samo zresztą jak jego obecność. I nie sprawia ona wcale, że znikają nieuki, nicponie i chuligani, że wzrasta pobożność. A symbol Męki Pańskiej nie wzywa nikogo do poprawy obyczajów. Ot, nie uratował chociażby piętnastoletniej Ani Halman z gdańskiego gimnazjum nr 2, która trzy lata temu właśnie „pod tym znakiem” na oczach całej klasy doznała tak wielkich upokorzeń ze strony pięciu kolegów, że targnęła się na swoje życie (jeden z jej prześladowców był zresztą ministrantem i nie przestał nim być po tragicznej śmierci dziewczynki).

Dlaczego tak? Ano dlatego, mówiąc najprościej i nie oceniając wcale tego procesu, że religijne symbole chrześcijaństwa, łącznie z jego symbolem najwyższym, stały się od dawna w kulturze Zachodu „powidokami” – wyzutymi zazwyczaj z głębszych, wewnętrznych treści znakami przeżyć i doświadczeń. Przeżyć i doświadczeń – na ogół – minionych. Albo, jeśli już, podzielanych na co dzień i naprawdę poważnie przez nielicznych.

Krzyż na ścianie szkoły publicznej (we Włoszech, w Austrii, Bawarii, Liechtensteinie, Polsce, w katolickich kantonach Szwajcarii, w niektórych klasach hiszpańskich) doznał zatem tego wszystkiego, czego można się spodziewać po sekularyzacji. I nawet tam, gdzie wydaje się on czymś powszechnym i naturalnym, gdzie dominuje nad krajobrazami kultury i życia zbiorowego, stał się czymś neutralnym znaczeniowo, a niekiedy i jedną z owych pustych już dzisiaj form religijnych, które można w dowolnym momencie wypełnić dowolnymi treściami. I tym samym, niestety, fantazmatem, nosicielem obcych zupełnie mu sensów.

Nie powiem, żeby to nie był – także dla mnie, agnostyka mistycznego (a i dla innych niedowiarków czy zgoła niewierzących) – proces bezbolesny. Czarne drzewo śmierci Jezusa niesie bowiem ze sobą, jako symbol, także i te znaczenia, które można wiązać z najwyższą koroną człowieczeństwa, z najdalszym jego poświęceniem. Ale „dokonało się”. I nawet w tych kulturach i społeczeństwach Europy, które faryzejsko utrzymują, wbrew własnemu religijnemu zobojętnieniu i etycznemu relatywizmowi, że są powszechnie chrześcijańskie, „śmierć Boga” stała się codzienną rzeczywistością.

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu – orzekający, na wniosek pani Soile Lautsi Albertin, Włoszki fińskiego pochodzenia, że wieszanie krzyży w szkołach narusza prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z „własnymi przekonaniami” i „wolność religijną uczniów” – nie zapadł więc w sytuacji niewinnej. I dla jednych stał się on mieczem Damoklesa, który rozciął niepożądany węzeł gordyjski, dla innych – niemalże bogobójstwem.

Ale niezależnie od tego, czy uznamy, że ów wyrok był stosowny i właściwy, czy też będziemy przekonani, że poszedł on za daleko, horrendalnie ograniczając wolność religijną w sferze publicznej, znajdujemy się w trybach nieodpartego, jak się zdaje, przeznaczenia.

Albowiem, tak czy inaczej, zeświecczenie kultury Zachodu i jego systemów polityczno-prawnych stało się faktem, który domaga się obecnie swoich pełnych konsekwencji. Dla wielu jest to prawda bolesna, dla niektórych – wołająca o pomstę do nieba lub przynajmniej krucjatę. Ale najwyraźniej nie da się już powrócić do epoki mariażu ołtarza z tronem czy dokonać rechrystianizacji kultury. I na przykład w Kościele katolickim należy świadomie i nieodwołalnie – mówi w „Tygodniku Powszechnym” (nr 46) profesor Nikolaus Lobkowicz, niegdysiejszy członek Papieskiej Rady ds. Kultury – pożegnać się z ideą cesarza Konstantyna: myślą o jedności władzy świeckiej i kościelnej.

Apokalipsa kulturowa

Pozostaje więc szukanie kompromisu – między wolnością religijną w sensie pozytywnym, zakładającą prawo do wyrażania uczuć i przekonań religijnych w sposób publiczny, a świecką kulturą polityczną i prawną, zakładającą rozdział państwa od instytucji wiary i światopoglądową neutralność. Kompromis ten jednak, powiem to brutalnie, bez ogródek, będzie się dokonywał w coraz większym zakresie pod dyktando kultury świeckiej oraz ponadnarodowych struktur, nieczułych wobec wymogów wiary i zobowiązań wobec religijnej tradycji.

Czy w procesie tym dokona się jednak – jak obawia się profesor Lobkowicz – całkowite podmycie „chrześcijańskiej tożsamości” Europy, jej zupełne wyrugowanie? Czy zatem – jak obawia się w tym samym numerze „Tygodnika” austriacki teolog, ksiądz profesor Paul Zulehner – zwycięży ostatecznie pojęcie wolności religijnej w negatywnym znaczeniu, prowadzące do absolutnego wypchnięcia zachowań religijnych ze sfery publicznej, a symboli religijnych z kultury („żadnego Schillera, żadnego Goethego”)?

Źle by się stało, gdyby tak miało być. Ale też – jestem przekonany – nie dokona się żadna taka apokalipsa kulturowa. I mimo tego, że Europa znajduje się dzisiaj pod władzą świeckiego dyskursu, istnieje – jak sądzę – wyrazista granica jego trybów, uznawana tu jednocześnie za granicę kompromisu. Jest nią właśnie zasada rozdziału Kościołów od państwa i jego neutralności światopoglądowej. Zasada niekoniecznie skrojona w sposób radykalny, na modłę francuskiej laicité, o ustanowieniu której zadecydowała przecież lokalna tradycja, i nie doświadczona w innych krajach walka rewolucji z kontrrewolucją.

Istnieją jednak inne tradycje, inne formuły prawne, bardziej sprzyjające kompromisowi, o jakim mówię. Należy do nich także polska zasada konstytucyjna – o przyjaznym rozdziale państwa od Kościoła. Problem w tym jednak, że jest ona nieustannie naruszana. I to wcale nie przez zwolenników laicyzmu, lecz przez katolicyzm polityczny, integrystyczny na przedsoborową modłę, wciąż dążący na przykład do zespolenia szkoły publicznej z instytucjami kościelnymi. Na wiele zresztą sposobów: poprzez rytuały, programy nauczania, decyzje personalne, znaki i obrazy.

W pięknym, szlachetnym tekście „Gdzie krzyże?” („Gazeta Wyborcza” nr 265) Halina Bortnowska – mówiąc o zrozumiałym u człowieka głębokiej wiary bólu, jaki wywołuje pusta ściana, z której zdjęto krzyż – wskazuje pewną drogę, drogę osoby i wspólnoty, jaka mogłaby się wyłonić z wymuszonego przez dominację kultury świeckiej kompromisu: „Miałabym do zasugerowania inny jeszcze projekt: przenieść znaki do przestrzeni osobistej. Religia jest przecież sprawą osobistą, zakorzenia się w osobie, choć prowadzi do wspólnoty. W szkole najbardziej osobiste jest wnętrze plecaka. Tam może się znaleźć miejsce na mały znak, na krzyżyk własnego wyznania, na święty tekst, coś, co o wierze przypomina”.

Nie wszyscy są, oczywiście, skłonni do tak bolesnego kompromisu. I wybierają inne, bardziej polityczne bóle. Zraniony już więc wcześniej przez Alicję Tysiąc Marek Król, naczelny znanego z rygoryzmu moralnego tygodnika „Wprost” (nr 46), cierpi teraz nowe rany. Cierpi, oczywiście, za miliony – w imieniu całej europejskiej tradycji. Cierpienie to jest tak wielkie, że uniemożliwia mu proste rozróżnienie, dyktowane zresztą przez polski porządek konstytucyjny: między przestrzenią publiczną w ogóle a ściśle określoną, odrębną przestrzenią publiczną instytucji państwowych. „Nie wiem, czy pani Albertin [!] kupi za te pieniądze [przyznane przez Trybunał jako odszkodowanie za „straty moralne” – Z.M.] swoim dzieciom czapki z daszkiem, by nie widziały krzyży w klasie, czy opłaci terapię leczącą je z krzyżofobii. Jeżeli zostaną wyleczone, to przecież mogą wyjść na spacer i natknąć się na jeden z rozlicznych we Włoszech kościołów. I znów zobaczą krzyż w tzw. przestrzeni publicznej. I co? Znowu zwrócą się do sądu i trybunału, żądając, by wszystkie kościoły zdjęły krzyże lub założyły pokrowce na budynki sakralne?”.

Strażnik ładu

Gorzej, że cierpi nie tylko Król, ale i sam prezydent. „Nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak, ale w Polsce nie” – wołał wszak 11 listopada. I nie zauważył przy tym, nie po raz pierwszy przecież, że ze strażnika konstytucyjnego ładu przemienił się w szermierza swej reelekcji. W wystąpieniu Lecha Kaczyńskiego nie chodziło już tylko o zatarcie granic między rolą publiczną a osobistym światopoglądem ani też między przestrzenią publiczną a przestrzenią instytucji państwowych (rzecz to zresztą nagminna u polityków polskich), lecz o ukazanie siebie w roli obrońcy polskości, obrońcy narodowej tożsamości.

Mówię o tym nie dlatego, bym chciał wojować z przekonaniami Lecha Kaczyńskiego. Mówię dlatego, że jego wypowiedź to dobry wyraz pewnego powszechnego u nas stereotypu. W czym się on wyraża? Ano, po pierwsze, w tym, że krzyż traktowany jest jedynie jako znak, nie zaś symbol. Nie odsyła więc do niczego poza sobą samym, nie wskazuje – jak właśnie symbol – ważkich i ukrytych treści sakralnych, metafizycznych, moralnych, kulturowych wreszcie. Po drugie, prowadzi to do okrojenia, do redukcji, do sprowadzenia owego symbolu do jakichś jednoznacznych i doraźnie serwowanych treści niereligijnych – kulturowych, politycznych czy narodowych. Po trzecie, ujawnia się tutaj równocześnie projekcja – rzutowanie na ogołocony z głębokich znaczeń symbol najzupełniej dowolnych treści. No, a potem można już sobie bezmyślnie skandować, niby to za Mickiewiczem: „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Bez zadawania sobie pytań, czy aby na pewno. I czy rzeczywiście chodzi o ten krzyż właśnie, który został wzniesiony pewnego strasznego dnia na Golgocie. Dla kogoś, kto nie chciał być wcale Mesjaszem politycznym i powiadał, że Królestwo Jego nie jest „z tego świata”.

Czy zgadzają się Państwo z poglądami wyrażonymi w artykule przez prof. Mikołejko? Czy razi Państwa obecność katolickich krzyży w przestrzeni publicznej? Zapraszamy do DEBATY, czekamy na opinie >>

Zbigniew Mikołejko (ur. 1951) – filozof i historyk religii, eseista, profesor w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa i kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN; ostatnio wydał książkę „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną