Są jeszcze wśród nas dobrzy ludzie

Łańcuch Gracjana
Nie ma rączek. To nic. Odkąd tato zakochał się w innej pani, sześciolatek został głównym żywicielem rodziny.
Rodzina Wojtowiczów. Od lewej Gracjan, Karolina, Oliwia, Bartek. Z tyłu Kinga i Asia
Anna Musiałówna/Polityka

Rodzina Wojtowiczów. Od lewej Gracjan, Karolina, Oliwia, Bartek. Z tyłu Kinga i Asia

Szembruk. Gdy tu rodził się Katarzynie Gracjan, Leszek kończył właśnie swoje stare życie, w którym projektował z kolegą wnętrza kościołów. Te w Grudziądzu i Chojnicach to jego robota. Dużo polował, działał w kółku myśliwskim. Dla zwierzyny sprowadził się do Szembruka. Córkę miał już na studiach, co miesiąc emeryturę na koncie, miasto było mu niepotrzebne. Aż pojechał do Indii. Wrócił i przestał polować. Nowy sens objawił mu się na Wschodzie, a następnie pokierował do domu dziecka w Wydrznie. Skrzyknął znajomych, zorganizował paczki na św. Mikołaja, warsztaty plastyczne.

Potem, w związku ze ścisłym umysłem, zaczął działać systemowo: kiedy Towarzystwo im. św. Brata Alberta poprosiło, by zaprojektował figurkę dla hojnych darczyńców, nie chciał honorarium, tylko dostępu do Banku Żywności. Mógł rozwozić ją we wsiach, z protokołów rozliczał się w Towarzystwie. Wizyty w zapadniętych domostwach z nieporadnymi, nietrzeźwymi głowami rodzin ułatwiła mu pierwsza nauka, jaką przyswoił w nowym życiu: nie oceniaj innych, niezależnie, jak ich życie ukształtowało. Oraz druga: zamiast zawieźć raz i za dużo, lepiej wspierać po trochu, lecz systematycznie.

Oczywiście czasem odchodzi się od reguły i trzeba wziąć większy zamach: na przykład kiedy w Nowym Błonowie burza zerwała dach u państwa P., to trzeba było położyć nowy. Państwo P. są mocno wielodzietni. Urodzili czternaścioro, szóstka starszych od dawna siedzi w domu dziecka w Wydrznie, bo rodzice nie dają rady. Leszek ma kolegów, niektórzy też już byli w Indiach. Zabrali się za dach. W szkole w Wydrznie Leszek poznał panią Elżbietę, nauczycielkę. Zapytał odruchowo: jakie potrzeby macie?

Gracjan. Czwarty z kolei, zrobił Katarzynie niespodziankę. Prawda, nie zdążyła dojechać do Rogóźna, gdzie przyjmował pan od ciążowego USG. Z Oliwią i Karoliną zdążyła, z Asią i Kingą chyba też, z Bartkiem, pierwszym, już nie pamięta. Ale morfologia była i wyniki całkiem w normie. Więc jak położna powiedziała, że mały nie ma rąk i krótszą nóżkę, Katarzyna nie chciała go oglądać, tylko zostawić w szpitalu. Ale potem przyjechała Katarzyny mama, bracia, siostry i donieśli, że mały umysłowo sprawny raczej będzie. To go, pimpka, zabrała.

Oliwia i Karolinka, młodsze siostry Gracjana, mają i ręce, i nogi. Karolinka dość mało jak na trzy lata mówi, za to Oliwia wygadana. Więc Katarzyna tkwi w rejestrze rogózieńskiego GOPS, bierze zasiłek na całą rodzinę (1700 zł), makaron z kościoła, buty i kredki ze szkoły. Gdy lekarz miejscowy powiedział, że małemu trzeba rehabilitacji chromego biodra, to zawiozła chłopca do Grudziądza. Zaraz kontrakt z NFZ się skończył, więc przestała. Życie – mówi Katarzyna. Zresztą Gracjan opatrzył się w okolicy. Nie razi, nie przeszkadza. Za to wstrząsnął Leszkiem.

Dom stary. Żyli, aż zapadła się parterowa chałupa teściów, w której kiedyś wszyscy zamieszkali. Ale to wina oszczędnych powojennych budowniczych, co stawiali bez fundamentów, z byle czego, oraz męża Katarzyny, pana Wojtowicza, który, choć przystojny i uroczy dla pań, nie miał głowy ani do pracy, ani do przesadnej dbałości o wnętrza. Nie czuł pleśni, potrafił ominąć wygnite w podłodze dziury, szambo się zatkało – to wychodził na zewnątrz. Wreszcie, gdy deszcz się wdarł do kuchni, poznał panią w sąsiedniej wsi. Życzliwi mówią: nie wytrzymał stresu, za słaby. Nowa miłość pana Wojtowicza ma w domu ciepło i sucho. Przyrodnia siostra jest od Karolinki tylko kilka tygodni młodsza.

Gracjan, 6 lat, odkąd tato zakochał się w innej, został głównym żywicielem rodziny. Ze względu na rentę 560 zł i dodatki pielęgnacyjne. Ale domu, niestety, odbudować nie umie. Biega więc po ruinie i haczy nóżką o dziury w podłodze. Nie da rady podeprzeć się rączkami, więc wali buzią o podłogę. Ten widok łamie serce pani Agnieszce z GOPS. Ale pomoc społeczna może najwyżej zapłakać albo dowieźć więcej darów żywnościowych; panią Katarzynę podnieść na duchu, z koleżankami pogadać, że straszna bieda; zastanawiać się, kiedy wkroczy kurator i zechce dzieci zabrać do placówki.

Bo już widać, że najstarszy Bartek źle znosi brak taty. W szkole kłopoty, ma 16 lat, a wciąż zaczyna gimnazjum. Służbista mógłby nie odpuścić, gdyby wszedł do chałupy albo po spróchniałej drabinie, gdzie Bartek ma małą grzędę, by znaleźć chwilę dla siebie. Tu potrzebny był większy zamach – mówi Leszek.

Elżbieta. Pracuje w podstawówce w Wydrznie. Szkoła ma szczęście: już by ją zamknęli, gdyby nie kwitnący dom dziecka nieopodal. Duży, tętniący życiem, z powodzeniem zaludnia wydrznieńskie klasy. Dzieci stamtąd, to prawda, są trudne. Pełne pretensji do świata, że się tam znalazły, co odbija się w kontaktach z dziećmi miejscowymi. Miejscowe mają znów pretensję, że w domu dziecka jest czysto, ciepło, kotlety, słodycze, płaskie telewizory i nie trzeba dorosłym pomagać.

Czyli nie tak jak we wsi. Problemy wychowawcze pomaga szkole rozwiązywać uprzejmy psycholog z domu dziecka. Szkoły na psychologa nie stać. Kiedy Gracjana nie było jeszcze w planie, psycholog musiał badać Bartka, który już miał nadpobudliwość. Nie umiał się skupić, nie odpowiadał na pytania w obecności innych, znielubił szkołę. Jeśli chodzi o kolegów – z wzajemnością. Elżbieta wie, że gdy ktoś przyjdzie jeszcze brudniejszy od innych, w dziurawej skarpetce i będzie gorzej pachniał, może nie mieć lekko. Więc się szkoła zabrała za Bartka, wezwała Katarzynę, że musi iść z synem na terapię.

Jest nieopóźniony, miły i nie kłamie. Zafascynowany elektryką. Kiedy psychiatra przyznał mu indywidualny tok nauczania, wszystko szło jak najlepiej. Ale czas takiej nauki z powodu przepisów się skończył i Bartek znów ugrzązł. A potem się tata zakochał. Bartek przepełzł do pierwszej gimnazjalnej i tam został. W szkole Elżbiety uczy się jeszcze Asia, która ma czwórki i piątki. Miałaby szóstki, gdyby mogła przysiąść nad lekcjami. Więc kiedy Leszek zapytał, czy jest ktoś w szczególnej potrzebie, Elżbieta nie miała wątpliwości. Tak Leszek poznał rodzinę Gracjana. Sprawy przyspieszyły.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną