Społeczeństwo

Kino Żywiec

Stuletnie kino w Żywcu

Danuta Hibner, jej mąż Stefan Hibner i Jan Bajtlik przed dzisiejszym kinem Janosik Danuta Hibner, jej mąż Stefan Hibner i Jan Bajtlik przed dzisiejszym kinem Janosik Stanisław Ciok / Polityka
Będzie sto lat, jak Antoni Kasztelnik, mistrz masarski z Żywca, ogarnięty czarem kinematografu, zbudował w miasteczku kino. Albo może czaru w tym nie było, tylko postanowienie zwiększenia dochodów. Ważne, że kino Kasztelnika działa do dzisiaj.
Zapowiedzi filmowe kina EdisonStanisław Ciok/Polityka Zapowiedzi filmowe kina Edison
Stanisław Ciok/Polityka

Powszechnie wiadomo, że mężczyźni w średnim wieku miewają niedorzeczne idee, a Antoni Kasztelnik właśnie przekroczył czterdziesty rok, stał się zamyślony, z czegoś niezadowolony i ciągle by tylko z żoną rozmawiał o ruchomych obrazach. Natomiast kobiety w tym wieku cenią stabilność i pozycję społeczną, więc Józefa prosiła męża, żeby wybił sobie z głowy fanaberie. O ile Antoniemu tak dalece znudziło się mięso, niech otworzy kwiaciarnię, ale nie kinematograf. Rodzina władała obszarem ziemi blisko żywieckiego rynku, część placu przeznaczyła już w darze pod miejską szkołę, a na reszcie niech rosną buraki, i basta.

Tym sposobem, prostując mężowskie ścieżki, w 1906 r. Józefa Kasztelnik wyjechała do swoszowickich wód dla podreperowania zdrowia, a wróciwszy do Żywca w miejscu buraków zastała jednak budynek teatru elektrycznego Urania.

Kasztelnik liczy publiczkę

Były mistrz masarski Antoni Kasztelnik nabrał zwyczaju stawania w odrzwiach swego kinematografu przed popularnymi seansami i taksowania publiczności. Nosił czarny surdut, kołnierz na sztorc, powściągliwie kłaniał się wchodzącym. A w oczach musiał mieć inny, obok kinematografu, ważny wynalazek epoki nowoczesności, mianowicie aparat do prześwietleń ciała ludzkiego promieniami X pana Wilhelma Roentgena, bo bezbłędnie odławiał gapowiczów.

Ruchome obrazy w Żywcu, jak na świecie, kształtowały już wyobraźnię mas. Ach, Mia May w dramatycznym tasiemcu „Władczyni świata”! Potem boska Mary Pickford, walkiryczna Brigitte Helm, nasza polska Pola Negri oraz nasza węgierska Lya de Putti z zabójczą koafiurą ŕ la bubikopf. Rudi Valentino o zamglonym oku, żywiecki chłopak Igo Sym, smutno-zabawny Keaton. Ach Harold Lloyd, wariatuńcio wiszący na wskazówkach ratuszowego zegara w filmie „Jeszcze wyżej” – wszyscy oni byli pokazywani za pieniądze. Pierwszy teatr elektryczny w Żywcu oferował wybór miejsc – od drewnianych ław, po obite pluszem loże, a kto nie miał na bilet, temu się masowa wyobraźnia nie kształtowała i ten był kiep, banita towarzyski. Wynalazek kinematografu, zwłaszcza wśród młodzieży, obnażył nieposłuszeństwo. Kryjący się wśród rzędów foteli nauczyciele łatwo chwytali przestępców nieprzestrzegających godziny studenckiej, uczniowie bowiem w stanie filmowej hipnozy pozostawiali swe ciała niepilnowane. Tak oto kino Urania obniżało w Żywcu ocenę ze sprawowania.

Arcyksiążę przechodzi na polski

Kiedyś Kasztelnik sprzedawał ludziom kiełbasy, teraz sprzedawał marzenia – jak się okazało jedno i drugie potrzebne do życia. Nawet bolejąca nad szaleństwem męża Józefa musiała złagodzić niechęć wobec niego i jego piekielnej maszyny do projekcji marzeń, gdy kino, które tymczasem zmieniło nazwę na Edison, przynosić zaczęło dochód. Zezwoliła nawet dwóm córkom na biletowanie seansów oraz akcje promocyjne – dziewczyny przy kuchennym stole składały i pakowały do kopert afisze otrzymane od dystrybutorów filmów, a następnie wysyłały je do żywieckich zakładów pracy; do śrubiarni, papierni, fabryki dywanów orientalnych Persja, do habsburskiego browaru. Filmy polecały się uwadze łaskawych pracowników arcyksięcia. Nie było jeszcze powszechnej elektryczności i Urania wynajmowała elektryka od Habsburgów do obsługi agregatu zasilającego kinematograf.

Cesarsko-królewski Żywiec przemysłowo wsparty był na rodzinie Habsburgów nie z konieczności, tylko z wyboru – pracować u arcyksięcia znaczyło stałą posadę, dobrą płacę i sute apanaże. Mógł na przykład mieszczanin udać się do książęcych lasów jako ich udziałowiec i zażyczyć ścięcia drzewa na gont. Słodownik z browaru mógł u szewca obstalować najlepsze buty i zlecić ich dowóz do miejsca pracy. Mógł też, jak Jan Bajtlik, pracownik browarnianej rachunkowości, pojechać do ślubu książęcą karetą zaprzężoną w książęce konie. Arcyksiążę Karol Stefan znał polski, przyjął polskie obywatelstwo i nawet był kandydatem na polskiego króla – w Żywcu się rodził, nie był uważany za zaborcę, lecz za tutejszego. Gdy w 1914 r. Serbowie zastrzelili arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i rozpoczęła się wojna światowa, jego kuzyn żegnał oddziały Strzelca i Sokoła maszerujące z rynku żywieckiego na krakowski, zasilić legiony Piłsudskiego.

Habsburgowie dali Żywcowi wyobraźnię kapitalistyczną, merkantylną. Tak jak książęta uzupełniali rodzinę poprzez wyrachowane śluby z innymi fortunami – tak też robić zaczęli mieszczanie żywieccy. Kamienica żeniła się z kamienicą, sklep z piekarnią, a pusty plac oczekiwał na oferty matrymonialne. W czasie wojny swoje kino założyło w Żywcu Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, a po wojnie bracia Meresowie, restauratorzy i hotelarze, powołali do życia kino Polonia.

Bajtlik włazi po rynnie

W wojnę Charlie Chaplin nakręcił „Włóczęgę”, a po wojnie „Brzdąca” i miasto Żywiec chodziło spłakane jak bobry w dorzeczu Soły. Tymczasem Antoni Kasztelnik otworzył kwiaciarnię Mimoza. Postarzał się, surdut mu się nieco wyszmelcował, nos wyostrzył i nabrał koloru bakłażana – ale wciąż był to narząd biegły w łowieniu gapowiczów kinowych. Cień lewych drzwi kina Edison był wilczym szańcem Antoniego, fotel przy tablicy rozdzielczej jego leżem, z którego wyprawiał się w ciemność sali i wyłaniał z niej na powrót, mnąc ofiarę za ucho. Sekundował mu bileterski cerber, pan Kamiński – wspólnie zaburzali bieg wyobraźni drugiego już pokolenia żywieckich kinomanów na dziełach „Pat i Patachon”, „Król królów”, „Męka Pańska”, „Ach jak przyjemnie”, na „Skowronku” z Martą Eggert i na łzy wyciskającym „Znachorze” z Junoszą Stępowskim w roli profesora Wilczura. Żal było nie zobaczyć Kiepury w „Barkaroli” albo Syma w „Wampirach Warszawy” – choć trzeba przyznać, że tylko się tam przesnuwał, ale był przecież z Żywca rodem – jego ojciec pracował w Zarządzie Dóbr Arcyksiążęcych, a on sam w Banku Gospodarstwa Krajowego przy głównej ulicy miasteczka.

Jan Bajtlik, syn szewca żywieckiego, aby mu brutalnie nie przerywano filmów, często korzystał z podniebnego sposobu dostawania się do kina Edison. Chłopaki składali się na bilet, jeden legalnie wchodził i miał za zadanie przedostać się do loży, otworzyć okno i wpuścić czekających na dachu. Bajtlik et consortes wspinali się na dach po rynnie. Do dziś Jan przechował w pamięci obejrzany dachowym sposobem film „Na Sybir” z 1930 r., zwłaszcza scenę, gdy Jadwiga Smosarska w roli patriotki, uciekając z niewoli saniami, ciska granatami w ruski pościg. Miał wtedy 8 lat i też miał patriotyczno-rodzinne wspomnienia – jedno z przewrotu majowego w 1926 r., kiedy to jego kuzyn, legionista Jan Bajtlik na moście Poniatowskiego w Warszawie bierze do niewoli innego kuzyna, też Jana Bajtlika, hallerczyka, i od tej pory do końca życia tamci dwaj się gniewają.

A drugie wspomnienie jest o uczestnictwie Bajtlików w wyborach parlamentarnych w 1928 r.: Janek jest wtedy niesiony na barana w pochodzie wyborczym przez Żywiec jako żywa reklama BBWR, a rodzina zasiada w komitetach wyborczych. Pozostaje mnóstwo niezapełnionych kartek do głosowania, które latami jeszcze wiszą w ustępie, gotowe zaspokoić pewną ludzką potrzebę.

A rynnę do kina Kasztelnik wypatrzył albo wyniuchał i polecił ją opleść kolczastym drutem.

Kiepura przerywa pieśń

W dwudziestoleciu międzywojennym taśma filmowa była łatwopalna, dlatego Antoni Kasztelnik pilnował nie zatrudniać pijaków na stanowisku operatora kinematografu. Doglądał też interesu kwiaciarnianego, rośliny pochodziły z jego własnych pól, a sprzedawano je w sklepie, w którym już tylko wykafelkowane na zimno ściany i wychylające zza kwiecia haki tuszowe przywoływały mięsną przeszłość dyrektora. W Żywcu, jak się rzekło, nie wypadało nie mieć interesu albo kilku.

Natomiast Antoni, jak go zapamiętała wnuczka Danusia, pan osiemdziesięcioletni, ulegać począł humanistycznym wzorcom habsburskim i trzeba go było sposobem zatrzymywać w domu, aby znowu na mieście komuś nie obiecał złotej góry albo w przypływie serca nie sprezentował pracownikom majątku rodzinnego, w tym kina. Zbierał całą rodzinę i prawił: Pamiętajcie, dziewczyny, po mojej śmierci kino ma iść dla biednych miasta Żywca. Kino Edison triumfowało, bywały seanse, które wymagały dodatkowych krzeseł; zaczynało się wszystko od występu magików, potem gasło światło i rozlegały się dźwięki żywych instrumentów. Kto z Żywca, ten wiedział, że na pianinie taperuje wpatrzona w ekran pani Ziemnowiczowa – dama okutana w kilka swetrów, bo ziąb na sali. A za nią stoi ze skrzypcami dwumetrowy pan Dowsilas, przystojny jak Cygan.

Danusia zapamiętała też pewnego malarza żywieckiego, pokojowego, ale z wyobraźnią, który wymyślił dla kina reklamową tablicę elektryczną z wkręcanych żarówek oraz namalował i wyciął z tektury postać Jana Kiepury. Modny tenor stał od tej pory w foyer kina Edison, w otwartych drzwiach, jego głos z patefonu wydostawał się na ulicę, a ludzie chwytali się za głowy z podziwu. Po szkole Danusia sprzedawała bilety na seanse, a sto metrów dalej, w habsburskim pałacu jej wysoko urodzona rówieśnica – księżniczka Maria Krystyna Niepokalana Elżbieta Renata Alicja Gabriela Habsburg-Lotaryńska jeździła konno, grała w tenisa i wkuwała słówka pięciu spośród języków, którymi mówiła jej światowo rozgałęziona rodzina.

Kino to był celny strzał – musiała w końcu przyznać Józefa Kasztelnik, zanim umarła w 1939 r. Kino, nie buraki. A w tymże roku Junosza Stępowski zagrał w „Doktorze Murku” i „Kłamstwach Krystyny”, rewelacyjny Adolf Dymsza w „Sportowcu mimo woli”, a Igo Sym w „Złotej Masce”. W 1939 r. okazało się także, że nie tylko taśma filmowa, ale cały świat jest łatwopalny i to już drugi raz za życia Kasztelnika. Ucichł Jan Kiepura. Dwa lata później w Warszawie żywiecki gwiazdor Igo Sym został zastrzelony za kolaborację z Niemcami. Niemcy zmienili kino Edison w magazyny wojskowe.

Milicja szuka aparatu

W 1945 r. umarł Antoni Kasztelnik, jego kino stało zrujnowane, a tymczasem władza potrzebowała szybko wypełnić ludową wyobraźnię obywateli ludową treścią. Kino byłoby jak znalazł i zgodne z doktryną Marksa, Engelsa, Lenina, a także Józefa Stalina – należało je odbudować i wdrożyć do trudu dydaktycznego. Thomas Edison, jako obywatel amerykańskiego imperium ucisku, nie konweniował z nowym porządkiem wschodnioeuropejskim, dlatego nowa nazwa kina brzmiała po swojsku – Janosik – co prawda zbój, ale z ludowym zapatrywaniem.

W poszukiwaniu aparatu projekcyjnego dla Janosika dom Kasztelników w 1947 r., według rozkazu, należało okrążyć milicjantami i dokonać przeszukania pomieszczeń mieszkalnych, jak też kinowych.

Stefan Hibner, mąż Danuty, wnuczki Antoniego Kasztelnika, zapamiętać miał tych milicjantów do końca życia: najpierw ze strachem, teraz już z rozbawieniem. Młodzi byli, buszowali na strychu kina, gdzie komin przepuszczał sadze, i znajdowali rzeczy, o których przeznaczeniu nie mieli pojęcia. Oczywiście odkryli także starą maszynę Zerdemana, kinematograf kina Urania, i zeszli zameldować o tym oficerowi – tylko białka oczu i zęby w uśmiechu błyszczały im z umazanych sadzą twarzy. Projektor został skonfiskowany, ale wkrótce okazało się, że brakuje mu śrubek i innych części, więc Hibnerów poinformowano urzędowo, że mogą sobie zabrać swój szmelc. W ten sposób władza ludowa rozjątrzyła córkę Antoniego Kasztelnika, matkę Danuty, która, zachowując się nieco po habsbursku, rozkazała sobie, po pierwsze, natychmiast dostarczyć aparat Zer-demana skąd został porwany, a po drugie, słać zaczęła listy do Wydziału Kinofikacji przy Ministerstwie Informacji i Propagandy – latami domagała się zwrotu kina Edison rodzinie.

Widocznie żywe były jeszcze w pamięci ludowego Żywca czasy Habsburgów, bo aparat kinowy powrócił na ramionach milicjantów. Chodził koło niego długo pan Itzeli, dyrektor kina Janosik, prywatnie zaprzyjaźniony z Kasztelnikami i Hibnerami, aż w końcu westchnął, że nic ze starego Zerdemana już nie będzie. Maszyna rozmywała się latami – jeden wziął szkiełko, inny śrubkę – aż zniknęła całkiem.

Zatarł się także w pamięci rok, w którym państwo ludowe zdecydowało się odkupić od spadkobierców Kasztelnika budynek kina – musiał to być pięćdziesiąty któryś. Przyjechała do Żywca delegacja z Wydziału Kinofikacji, a że socjalistyczne prawodawstwo nie przewidywało kumulacji tak dużej sumy w jednych rękach – nie widząc zatem żadnych pieniędzy, spadkobiercy podpisali tylko dokument, że zgodnie z wolą Antoniego Kasztelnika – kolejno mistrza masarskiego, kiniarza i kwiaciarza – za pieniądze z kina fundują dom starców.

Maria Krystyna powraca

Na wiosnę 2003 r. Maria Krystyna Habsburg powróciła do rodzinnego Żywca i zamieszkała w pomieszczeniach na parterze pałacu, który należał niegdyś do jej rodziny. Przez większą część życia arcyksiężna była bezpaństwowcem, podobno czekała, aż w Polsce upadnie komunizm – upadł, arcyksiężna przyjęła obywatelstwo polskie i przeprowadziła się z Davos do siebie.

Jakieś 150 m od niej w linii prostej mieszka Danuta Hibner z mężem, wnuczka Antoniego Kasztelnika, pierwszego kiniarza w cesarsko-królewskim Żywcu. I chociaż Danuta codziennie przechodzi koło kina Janosik i wciąż ma w wyobraźni siebie jako małą dziewczynkę sfotografowaną z rodziną na tle kinowej ściany w latach 30., Maria Krystyna, która ma świetną pamięć i wszystko w Żywcu pamięta sprzed wojny, tego jednego przypomnieć sobie nie może – kina Edison.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną