Chrześcijaństwo i islam: czy pojednanie jest możliwe?

Jak św. Franciszek nawracał sułtana
Niemal osiemset lat temu św. Franciszek stanął przed wodzem mahometan, by z nim rozmawiać o pokoju i Bogu.
Debata POLITYKI
Polityka.pl

Debata POLITYKI

Fresk Giotto di Bondone: scena z cyklu życie św. Franciszka: 'Kazanie do ptaków' z bazyliki św. Franciszka w Asyżu
Wikipedia

Fresk Giotto di Bondone: scena z cyklu życie św. Franciszka: "Kazanie do ptaków" z bazyliki św. Franciszka w Asyżu

Giotto 'Kazanie do Honoriusza III i kardynałów'
Wikipedia

Giotto "Kazanie do Honoriusza III i kardynałów"

Giotto 'Sen Innocentego III'
Wikipedia

Giotto "Sen Innocentego III"

Corbis

Kardynał Pelagiusz był w rozterce. Co ma powiedzieć temu drobnemu Francesco, Italczykowi z Umbrii, który pragnie pójść do obozu Saracenów? To może oznaczać śmierć. A jeśli zostanie zabity lub porwany, jego zwolennicy – a wciąż ich przybywa – nigdy tego Pelagiuszowi ani Kościołowi nie wybaczą. Brat Franciszek z Asyżu, niegdyś playboy z bogatego domu, dziś pokorny, a wielbiony przez rzesze głosiciel Chrystusa, czeka na odpowiedź. Kardynał nie może mu jej nie dać.

Skąd tutaj, na polu wojny w delcie Nilu, wziął się ten Boży obszarpaniec? Niezbadane są wyroki Opatrzności, w różne miejsca prowadził go misyjny zapał. Jest upalny wrzesień Roku Pańskiego 1219. Pelagiusz właśnie przyprowadził posiłki dla walczących tu krzyżowców. To już piąta krucjata. Trzeba odbić z rąk muzułmanów Jerozolimę, miasto Grobu Pańskiego.

Plan rycerzy był jasny: płyniemy na Egipt, zdobywamy strategiczny port Damietta (po arabsku Dumjat), stamtąd przebijamy się do Palestyny i walczymy o Jerozolimę. Czas naglił. Z Jerozolimy nadchodziły przerażające dla krzyżowców wieści. Muzułmańscy dowódcy postanowili, że gdyby zanosiło się rzeczywiście na ich klęskę, rozważą zwrot Jerozolimy w zamian za zawarcie pokoju. Ale wcześniej miasto zrujnują. Radykałowie nalegali na zburzenie świątyni Grobu Chrystusowego. Skończyło się na rozbiórce fortyfikacji.

 

Jak nie spełniło się marzenie Al-Adila

Wojną po stronie muzułmańskiej dowodzili sułtanowie Al-Mu’azzam i Al-Kamil. Zabrakło zmarłego w 1218 r. sułtana Al-Adila, brata słynnego Saladyna. Al-Adil był dobrym żołnierzem i rządcą, walczył z krzyżowcami i chrześcijańską kolonizacją, krwawo tłumił bunty Koptów, ale potrafił wykazać polityczny spryt i elastyczność, zawierając co pewien czas rozejmy z chrześcijanami i utrzymując z nimi kontakty handlowe.

Nowym sułtanem został syn Al-Adila, Al-Kamil. Władał Egiptem, jego brat Al-Mu’azzam – Syrią. Nadzieje starego Al-Adila nie ziściły się jednak. Pokój z chrześcijanami się nie utrzymał. (Na wieść o przybyciu krzyżowców pod Damiettę Al-Adil umarł ze zgryzoty).

Pokój nie utrzymał się, bo sułtańska gotowość do kompromisu i koegzystencji mało kogo obchodziła w stolicy europejskiego chrześcijaństwa. Europa nie godziła się z utratą Jerozolimy i dostępu do niej chrześcijańskich pielgrzymów. Papież Innocenty III od kilku lat zabiegał o krucjatę. Umyślił sobie, by towarzyszyła wielkiemu soborowi Kościoła, który zwołał do Rzymu na 1215 r. Ale nie wyszło. Organizacja wyprawy wlokła się jak gromadka nieszczęsnych dzieci, które trzy lata wcześniej – na wezwanie nawiedzonego pastuszka – ruszyły odbijać Jerozolimę, ale nie dotarły, bo po drodze zginęły lub poszły w niewolę.

 

Jak nie słuchano papieża Innocentego

Bez znamienitych i znających wojenny fach baronów, bez rycerstwa, floty, sprzętu wojennego, bez złota i srebra – ani rusz. Na soborze papież wzywał do ratowania Jerozolimy. Kaznodzieje agitowali po całej chrześcijańskiej Europie. Kto się uchyla, popełnia grzech śmiertelny. Krążyły pogłoski o znakach na niebie w postaci krzyży. Przypominano proroctwo Apokalipsy, że imię Bestii jest 666. Czy to aby nie o Mahometa tu chodzi? Według chrześcijańskiej rachuby czasu Prorok islamu urodził się ok. 570 r., czyli prawie 666 lat temu. To dobry znak dla krucjaty.

Na razie jednak ze sceny zszedł sam Innocenty: zmarł w 1216 r., nie doczekawszy się ani krucjaty, ani powrotu Jerozolimy w ręce chrześcijan. Jego następca, Honoriusz III, podjął zadanie. Natrafił jednak na równie wielkie trudności jak poprzednik. Rycerstwo w Europie nie kwapiło się do „brania krzyża”. A w samym Outremer, Zamorzu, jak z francuska nazywano chrześcijańskie państewka założone dzięki podbojom krzyżowców, też wcale nie wszyscy cieszyli się na myśl o nowej wojnie. Z wyjątkiem zakonników rycerzy chrześcijańscy osadnicy ulegali z latami mało ewangelicznym urokom i przyjemnościom życia na poziomie o niebo wyższym niż w ówczesnej, ogarniętej anarchią Europie. Gdyby posłuchali Franciszka, prawiącego o rozdaniu wszystkiego ubogim, może by pokręcili tylko głowami jak Grecy?

W Outremer dobrobyt, nawet niepewny, i pokój, nawet chwiejny, okazywał się tarczą, od której odbijały się wezwania do świętej wojny z muzułmanami. Zwłaszcza że tamtejsi chrześcijanie robili z nimi na handlu kokosy.

 

Jak krzyżowcy popadli w desperację

Teraz, gdy krucjata jednak ruszyła, gdy toczyły się zaciekłe walki o Damiettę, nie było już o czym mówić. Hiszpan Pelagiusz, choć dostojnik Kościoła z mandatem samego papieża, miał trudności z zaprowadzeniem ładu między krzyżowcami różnych narodowości. Starł się z Janem z Brienne, naczelnym wojskowym dowódcą kampanii egipskiej, do 1212 r. królem chrześcijańskiego państwa jerozolimskiego. Kardynał chciał ofensywy, choćby dla podniesienia ducha żołnierzy, wynędzniałych, umierających jak muchy na gorączkę i czarne infekcje skóry.

Walki przedłużały się, a Damietta nie padała mimo zaciekłych ataków na jej mury z pomocą przerażających machin oblężniczych. Muzułmańska obrona polegała na równie zaciekłych kontratakach i użyciu tzw. ognia greckiego – łatwopalnej, niedającej się gasić wodą mieszaniny, którą niszczono machiny krzyżowców. Na domiar złego w maju odpłynął z powrotem do Europy książę Leopold austriacki, bardzo szanowany przez chrześcijańską armię, gdyż zapałem i dzielnością przewyższał innych baronów. Pożegnał się z wojskiem po dwóch latach, więc nikt nie szemrał, że zdradza krucjatę, która zresztą pochłonęła już tyle ofiar, m.in. wielkiego mistrza templariuszy Wilhelma z Chartres.

W końcu zdesperowani wojownicy postanowili wziąć sprawy we własne ręce. Spontanicznie, lecz chaotycznie rzucili się na pozycje muzułmanów. Totalnej klęsce zapobiegł wojenny kunszt króla Jana z Brienne.

 

Jak brat Franciszek przeraził się wojną

Te sceny oglądał brat Franciszek z Asyżu. Można się domyślać, że zarazem z ludzkim przerażeniem, jak i z religijną trwogą. Gdy dowiedział się w Italii, że krucjata wylądowała w Egipcie, poczuł, że to okazja do misji wśród Saracenów. Ale do misji, do głoszenia Chrystusa, a nie do zabijania. W czerwcu odpłynął z jednym ze swych towarzyszy, Piotrem z Katanii, z Ankony z kolejnym transportem krzyżowców. Flota dotarła do Akry na północ od Palestyny. Tam Franciszka podjęli współbracia. Ten zaraz poprosił, by kilku z nich ruszyło z nim w dalszą drogę – do Egiptu.

Gdy stanęli pod Damiettą i do Franciszka dotarła groza sytuacji, zabrał się do dzieła kaznodziei. Żołnierze Chrystusa wymagali posługi duchowej naśladowcy Chrystusa. Franciszek wzywał więc krzyżowców do pokuty za zbrodnie i grzechy. Aż wreszcie nadszedł czas na upragnioną misję u nieprzyjaciół. Wciąż ufał, że wolą Boga jest, by głosić pokój nawet w wirze wojny. Stąd jego prośba do Pelagiusza o pozwolenie na pójście do sułtana.

Dobrze – odpowiedział w końcu Pelagiusz – weź flagę emisariusza i idź. Franciszek zabrał ze sobą brata Iluminata. Po drodze do obozu muzułmanów śpiewali psalmy. Franciszek nie okazywał lęku, Iluminat trochę. Zobaczyli na łące dwa baranki skubiące lichą trawę. To znak, rzekł Franciszek, nasz Pan i Mistrz powiada w Ewangelii: Ja was posyłam jak owce między wilki.

 

Jak król Maroka ściął głowy franciszkanom

Cytat jak najbardziej odpowiedni. W 1217 r., dwa lata przed Egiptem, Franciszek wyznaczył sześciu współbraci do misji w Maroku. Wiedział, że może ich czekać śmierć męczeńska. Upewniwszy się, że dobrowolnie pragną spełnić jego polecenie, zachęcał ich do naśladowania Chrystusa i znoszenia prób losu.

Chyba tylko w tamtych burzliwych czasach, kiedy Europa z jednej strony popadała w masowe herezje, a z drugiej wydawała ludzi takich jak Franciszek, mogło się zdarzyć coś tak surrealnego jak ta misja w Maroku. Sześciu zakonników nie miało właściwie niczego prócz odzienia i modlitewnika. Szli boso setki kilometrów w kierunku Sewilli w ówczesnej muzułmańskiej Hiszpanii. I nie umieli słowa po arabsku! Nic też nie wiedzieli o historii, kulturze i religii Saracenów, którym mieli głosić Ewangelię.

Gdy dotarli do miasta, weszli na dziedziniec pierwszego napotkanego meczetu, gdzie akurat wierni gromadzili się na modły. Brat Bernard, który zdążył liznąć arabskiego, wykrzyknął: Przyjaciele moi, Mahomet to oszust, a Koran to stek kłamstw! Uszło im to na razie na sucho, choć król Sewilli przepędził ich – właśnie do Maroka. Najpierw zamierzał ich ściąć za bluźnierstwo, ale zauważył, że wizja męczeńskiej śmierci raczej ich zachwyca, stąd zmiana wyroku. Ale w Maroku mnisi robili dokładnie to samo co w Sewilli. Tamtejszy władca ostatecznie wydał ich katu, ten poddał torturom, a w końcu sam król obciął im głowy.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną