Rozmowa z Iwoną Guzowską

Nie cierpię damskich bokserów
Posłanka Platformy Obywatelskiej opowiada o trudnym dzieciństwie, zwycięstwach na ringu i pracy w Sejmie.
i na ringu
Wojciech Robakowski/Forum

i na ringu

Juliusz Ćwieluch: – Jak to jest zaczynać od samego dna?

Iwona Guzowska: – Gdy tylko się urodziłam, życie mi pokazało, że może niekoniecznie jestem potrzebna, chciana, kochana. Oczywiście, nie miałam tej świadomości, bo dopiero jak miałam sześć lat, dowiedziałam się, że jestem adoptowana. Ale to był tylko początek. Moje życie wielokrotnie rozpadało się na tysiące małych kawałeczków, a później od nowa się tworzyło. Za każdym razem, kiedy się okazywało, że ojciec nie wróci trzeźwy do domu. Za każdym razem, kiedy musieliśmy uciekać z domu przed jego agresją. Za każdym razem, kiedy trzeźwiał i mówił, jak bardzo nas kocha. Za każdym razem, kiedy ktoś mi przypominał, skąd jestem.

A czy pani wie, skąd jest?

Nie. Nigdy nie chciałam poznać ludzi, którzy zgotowali mi taki los. W pewien sposób jestem im wdzięczna. Moje życie być może nie wyglądałoby tak, jak wygląda. Ciężkie lekcje to największa wartość, jaką dostałam w życiu. One pchały mnie do przodu. Ta wola przetrwania, niepoddawanie się, ja po prostu się z tym urodziłam.

Znajomi nazywali panią Pittbull?

(śmiech). Zapracowałam na ten przydomek na ringu. Mój styl polegał na tym, że dopóki nie musiałam, nie byłam agresywna. Ale przyparta do muru, ostro walczyłam. Od dzieciństwa walczyłam o przetrwanie. Później o to, żeby wychować jakoś brata.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną