Po co mają nas dzieci
Rozmowa z prof. Anną Brzezińską

Ewa Winnicka: – Pani profesor, kiedy dwadzieścia lat temu chodziłam do podstawówki, relacja z dorosłym była raczej jasna. Dziecko miało niewiele do powiedzenia, a racja była zawsze po stronie dorosłych. Teraz kontakty dzieci z dorosłymi są bliższe, bez dystansu, a w niektórych obszarach dzieci zwyczajnie nas przerastają. Jak w takich okolicznościach wychować dziecko?

Anna Brzezińska: – Ależ dorośli są ciągle bardzo potrzebni dzieciom jako instancja moralna, podpora. Dlatego tak ważne jest, żeby dorosły był jak najwyższej jakości. Instancją moralną nigdy nie będzie osoba, która żyje nieuczciwie, jest zła i sfrustrowana.

Od czego zależy, jak będzie wychowane nasze dziecko?

Możemy powiedzieć tak: to, jak działamy wychowawczo wobec naszego dziecka, zależy od milczącej wiedzy rodzica.

Co to jest milcząca wiedza?

To jest baza doświadczeń, która kształtuje się w człowieku mimowolnie od początku jego życia. Najpierw człowiek uczy się relacji z innymi ludźmi od rodziców, potem od nauczycieli, potem z książek. I kiedy pyta mnie pani o cokolwiek, to ja odpowiadając nie jestem w stanie oddzielić wiedzy czysto naukowej od przekonań, które się we mnie całe życie kształtowały. Odpowiadam czerpiąc z takiej mieszanki.

 Naturalistycznie, bezstresowo

 Ale wiedzę milczącą można sklasyfikować.

Zasadniczo ludzie w trojaki sposób rozumieją wychowanie. Jest pewna grupa przekonana, że nie należy wychowawczo w człowieka zbyt boleśnie ingerować, bo kiedy on się rodzi, to jest już odpowiednio wyposażony, a potencjał ujawnia się stopniowo.

Co nazywają potencjałem?

Dziedziczenie po przodkach pewnej wrażliwości emocjonalnej, odporności na stres, gotowości do uczenia się.

To myślenie naturalistyczne.

Tak. Myślenie zakładające, że dziecko potrzebuje tylko w miarę nieprzeszkadzającego środowiska, dość niedobrze wyrodziło się w tak zwane wychowanie bezstresowe. Zgodnie z tym podejściem dziecku, uczniowi daje się dużo swobody, nie kształtuje się go. Podejście to bardzo popularne było w latach 60. Do dziś istnieją takie szkoły. Tam rolą nauczyciela jest towarzyszenie, a nie przeszkadzanie. Obserwacja ucznia, i to zawsze pół kroku z tyłu. Nauczyciel jest gotowy do wspierania. Usuwa się wszelkie przeszkody, co nie jest trudne szczególnie w przypadku małego dziecka. Dorosły jest zawsze w stanie domyślić się intencji ucznia, przewidzieć kłopoty, zapobiec trudnościom.

Ale podobno wychowanie bezstresowe nie istnieje. Przynajmniej nie dla rodziców, którzy nie są w stanie w nieskończoność ulegać dzieciom.

W doraźnym trybie wychowanie bezstresowe działa. Jest przyjemne i dla dziecka, i dla dorosłego, bo nie ma między nimi konfliktów, nie ma spięć emocjonalnych. Ale w dalszej perspektywie jest gorzej. Dziecko nie potrafi poradzić sobie z emocjami szczególnie silnymi, które pojawiają się, gdy mu się czegoś zabroni, ale też gdy odnosi sukces. Nie potrafi czerpać satysfakcji z wykonania trudnego zadania, bo go po prostu nie dostaje. Nie przewiduje kłopotów, nie potrafi adekwatnie zachować się w sytuacjach trudnych. Mówi się wtedy: rozwydrzone dziecko.

Kiedy powinniśmy zacząć uczyć dzieci radzić sobie z przeciwnościami?

Dość wcześnie, ale nie można wpadać w przesadę. Przeciwieństwem naturalizmu jest bowiem przekonanie, że dziecko jest w stanie poradzić sobie z dowolnymi zadaniami, jeśli zastosować odpowiednią metodę, to można ulepić każdego.

Pouczająco, karnie

W tym wypadku rodzic wierzy, że może całkowicie ukształtować dziecko?

Taką wiarę przyniósł w XIX w. behawioryzm. Środowisko, według tych koncepcji, ma moc sprawczą. Rodzic myśli: jeśli będę interweniował, rozmawiał, pouczał, odpowiednio nagradzał i karał, to dziecko wejdzie na pożądaną przeze mnie ścieżkę. Rozbudowuje więc stale i udoskonala system nagród i kar, tworzy swoisty sposób prowadzenia i dyscyplinowania dziecka.

Ale gdy ograniczy się dziecku autonomię, zastosuje wszechobecną kontrolę, to dziecko z kolei przestaje zastanawiać się nad swoim działaniem, prawda?

Oczywiście. A rodzic albo nauczyciel myśli, że jeśli tylko będzie twardy i konsekwentny, to uda mu się zrobić z niego człowieka właściwego. Nie chodzi o uruchomienie potencjału dziecka, chodzi o lepienie i kształtowanie podług wzorca uznanego za dobry.

To przekonanie funkcjonuje powszechnie w polskiej szkole.

To prawda, moje pokolenie też było wychowywane w podobnym przekonaniu. Być może taka jest większości nauczycieli wiedza ukryta.

Pamiętam, jak jako dziewczynka uczyłam się grać na pianinie. Mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, a ja niespecjalnie się przykładałam. Miałam za małą rękę, nie mogłam objąć oktawy, a moja nauczycielka krzyczała na mnie, że nie robię tą ręką dobrej budki. Porażki nawet mnie nie martwiły. Chciałam jedynie, żeby pani nie gadała. Bardzo dużo ćwiczyłam i na tych szkolnych popisach pewnie grałam świetnie, ale czułam, że to grają moje odcięte ręce, a nie ja.

To mojej pani bardziej zależało niż mnie, to ona chciała się mną popisywać, no i to się nie mogło udać.

Co powinna była robić nauczycielka, żeby zachęcić panią do grania?

Powinna chociażby odjąć mi ostatnią nutę z oktawy. Powinna była sprawić, żeby to mnie zależało na graniu. Ona powinna była pomagać mi przejść przez trudności. Zamiast wspólnie zmagać się z moimi problemami, stałyśmy po dwóch stronach barykady.

Trzecia droga

W pani wypadku podejście behawiorystyczne okazało się nieskuteczne?

Oczywiście, dlatego uczę studentów trzeciej drogi. Ta metoda zakłada, że trzeba poznać swoje dziecko czy swego ucznia, nauczyć się obserwować i rozpoznawać te momenty, kiedy pomoc jest naprawdę potrzebna, a kiedy przeszkadza. Każdy jest inny i każdy wnosi na świat jakąś inną gotowość i inną wrażliwość. W zależności od osoby muszę modyfikować sposób działania. Jeden człowiek jest bardziej wrażliwy, inny mniej. Do jednego wystarczy, że powiem delikatnie, do drugiego muszę powiedzieć głośniej. Jednego mogę pogonić, a innego nie. Jeden rozgniewa się, gdy podniosę głos, a drugi zareaguje właściwie. Jeśli nie będziemy wiedzieć, jakie są cechy charakterystyczne naszych dzieci, to zaczniemy produkować wady.

Proszę o przykład.

Jeśli dziecko bardzo aktywne, ciekawskie i wszędobylskie posadzimy na siłę przy stole i każemy mu przez godzinę wypełniać kolorowankę, to ono wyleci w powietrze. Bo ono potrzebuje wielu bodźców w krótkim czasie, bo ma tak właśnie skonstruowany układ nerwowy. Inne dziecko pokoloruje za to drugi obrazek i jeszcze wysiedzi przy trzecim. Szczególnie w wieku przedszkolnym, kiedy dzieci nie potrafią planować, kontrolować swojego zachowania, to i rodzice, i nauczyciele powinni wziąć to na siebie. Bo jeśli od wszystkich wymagają tego samego, to mają kłopoty z jednymi i z drugimi dziećmi.

Kiedy można zacząć mieć poczucie winy, jeśli dziecko nie potrafi na przykład spokojnie siedzieć przy stole podczas obiadu? Kiedy dziecko zaczyna być niewychowane?

Poczucie winy w wychowaniu jest niewskazane z założenia. Każde dziecko musi po prostu opanować podstawowe zasady współżycia ludzi między sobą – ale każde uczy się w innym tempie i wymaga innej pomocy. Nie można jednak tej nauki zaczynać dopiero tuż przed rozpoczęciem nauki w szkole, to o kilka lat za późno!

Czym socjalizowanie różni się od wychowania?

Socjalizowanie to także wychowywanie. Tyle że nieświadome. Rodzice oddziałują na dziecko poprzez to, jak się zachowują wobec siebie, jaki jest w rodzinie rozkład dnia. Dzieci orientują się, że się mówi dzień dobry, że się nie bije po głowie, że pewnym normom należy się podporządkować.

Jeśli w domu nie ma reguł, to jest on domem ryzyka. I nie mówię o patologii, tylko o sytuacji, w której ludzie nie trzymają się harmonogramu: jedzą, kiedy im się zachce, o różnych porach roku wyjeżdżają na wakacje. Rodzice myślą swoimi kategoriami, swojej wygody, czy ważnych dla siebie potrzeb, a nie życia społecznego. W domu bez reguł, kiedy rodzic wraca z pracy, to dziecko musi odgadywać, w jakim on jest nastroju, i przystosować się do niego. Bardzo często będzie bardzo niegrzeczne w mniemaniu rodzica, bo może nie trafić w jego nastrój, gdy skacze, śmieje się, głośno o czymś opowiada, a rodzice myślami są jeszcze w pracy. A przecież dziecko zakodowało sobie, że jak rodzic ma dobry nastrój, to mu więcej wolno, a jak zły – to mniej. No, a reguła powinna być raczej od nastroju wolna.

Czy nie jest jednak tak, że dziecko naturalnie koncentruje się na obejściu jak największej liczby zasad?

Oczywiście, dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy reguły nie są dla niego zrozumiałe. I jeśli jest ich zbyt wiele. Jeśli chcemy, by dziecko krzykiem nie rozwiązywało swoich problemów, to my też nie możemy krzyczeć na siebie. Pamiętam z własnego dzieciństwa, była taka reguła, że się nie rozmawia przy jedzeniu. Ale z siostrami szybko odkryłyśmy, że to tylko my nie możemy rozmawiać. Uznałyśmy to za głęboką niesprawiedliwość. Zasady muszą być absolutnie transparentne.

Dobre przewodnictwo

Wróćmy do wychowania. Ono, w przeciwieństwie do socjalizowania, ma intencje. Jakie można mieć intencje wychowawcze?

Można chcieć, by dziecko było ciekawe świata, żeby nie rozwiązywało konfliktów za pomocą siły fizycznej, żeby pomagało innym. A ktoś inny mówi: chcę, żeby był twardy i cwany, dawał sobie radę i nie dał sie oszukać. Zwykle rodzice w większości sobie te intencje jakoś tam uświadamiają. Nauczyciele za to powinni mieć je wypisane na sztandarach. Muszą wiedzieć, jakiego ucznia chcą mieć. Jakim wartościom hołdują. Czy uczniowie mają dużo wiedzieć, czy mają umieć się uczyć. Moja koleżanka mówi: U mnie na wykładzie nie ma pytań, bo tak jasno tłumaczę, że studenci wszystko rozumieją. A ty kształtujesz dyletantów, bo zanim zakończysz wykład pozwalasz im przerywać i pytać. Ona idzie drugą drogą – umownie powiedzmy behawiorystyczną, a ja trzecią – dla mnie ważna jest interakcja. Ta trzecia droga zakłada np., że gdy w przedszkolu jakieś dziecko zaczyna w trakcie zaplanowanych zajęć opowiadać o dinozaurach, to się go nie obcina tylko dlatego, że tego nie ma w programie. Raczej się te dinozaury premiuje, zachęca inne dzieci do zadania pytania, dyskutuje.

Jak to może wyglądać w praktyce?

Kiedy dziecko ma jakiś problem, można mu powiedzieć: Ja bym to zrobiła tak. Ono, jeśli jest starsze, odpowie: Ale nie jesteś mną! A ja wtedy mówię, no tak, tata by to zrobił jeszcze inaczej, co o tym myślisz? I niech ono się zastanawia, zanim znajdzie rozwiązanie.

Stoję jako dorosły na straży reguł społecznych, ale jeśli znam dziecko i szanuję je, no to przecież nie chcę go łamać tymi regułami. Nie mówię, co ma robić, i nie chcę, by odgadywało, co mam na myśli, raczej zachęcam, proponuję, wyjaśniam, odwołuję się do jego uczuć wobec innych osób. Dylemat wychowawczy polega na tym, jak nie niszcząc indywidualności skłaniać dziecko do podporządkowania się koniecznym regułom i być dla niego dobrym przewodnikiem.

Gdy w okolicach 12 roku życia kończy się strefa ścisłego wpływu rodziców, dziecko zazwyczaj orientuje się, że reguły rodzicielskie są anachroniczne i nieatrakcyjne w porównaniu z tymi, które regulują życie towarzyskie.

W tym wieku dziecko raczej testuje, czy my faktycznie przestrzegamy reguł, których wymagamy, i czy rzeczywiście myślimy takimi kategoriami. Robi się agresywne, może nas prowokować, używać brzydkich słów. Ono sprawdza, z czego ja zrezygnuję, a przy czym zostanę.

Nie ma problemu, gdy te reguły do tej pory były uczciwe, a one są uczciwe nawet wtedy, gdy rodzic złamie zasadę, nawrzeszczy, ale potem powie: Przepraszam, nie powinienem tak robić. Jeśli rodzic jest uczciwy, to dziecko rozumie, że wiele traci, jeśli nie będzie moralne.

Bunt ma upewnić, że reguły mają sens. Układa się w dziecku hierarchia wartości.

No tak, ale w tej grupie jest bardzo atrakcyjna koleżanka, której względy wymagają łamania naszych zasad.

Pewna znana mi nastolatka miała problem z niewłaściwym, zdaniem jej rodziców, towarzystwem. Długo rozmawiałam o tym z nimi. Stwierdzili razem, że są pewne zasady, z których nie mogą zrezygnować. Zaczął się więc trudny dla obu stron okres rozmów, tłumaczenia. Kłócili się, bywało, że nie odzywali do siebie. Ale kiedyś usłyszeli, jak ta ich krnąbrna córka mówi koleżance, która ma kłopoty: Idź z tym do mojej mamy, ona ci poradzi. I to ich uspokoiło, bo odkryli, że wcale nie ma między nimi znaczącego konfliktu.

Teraz ta młoda kobieta stoi mocno na nogach. Żyje po swojemu, ale podstawowe wartości ma bardzo podobne do wartości rodziców. Nie boi się mówić prawdy, walczyć o swoje zdanie, ale też wie, kiedy trzeba zrezygnować.

Co młodszy nastolatek potrafi zauważyć u swoich rodziców?

Bardzo wiele. On obserwuje nas w sytuacjach, kiedy sami jesteśmy testowani. I sprawdza, jak się zachowujemy szczególnie w chwilach próby. Kiedy wracamy z wywiadówki i mówimy: Jaka głupia ta nauczycielka, wystarczyło podnieść na nią głos i już nie ma problemu, to dziecko widzi, że można ludźmi manipulować, pogardzać, lekceważyć. Albo kiedy nie reagujemy przy kasie, gdy sprzedawczyni pomyliła się na naszą korzyść. Można popełniać błędy, ale trzeba o tym rozmawiać. Dzieciom bardzo brakuje takich rozmów wyjaśniających. One w ogóle chcą dużo wiedzieć o powodach naszego postępowania albo celowości poleceń, które wydajemy.

Pokusa starych dróg

Chciałam wrócić do lekcji muzyki. Czy nie żałuje pani, że mama pani nie przypilnowała, nie poszła drugą drogą?

No tak, ale pewnie w nas obu nie było jakiejś szczególnej determinacji. Niewiara szła z dwóch stron. Jak się teraz zastanawiam, czemu dzieci nie chcą się uczyć, czemu mają tyle kłopotów, to myślę, że oprócz źle prowadzonych lekcji problemem jest niewiara nauczycieli w sukces dzieci. Wielu z nich ma przekonanie, że program jest za gęsty, za trudny, że dzieci sobie nie dadzą rady. Nie potrafią przekonać uczniów do nauki, nie wzmacniają w nich radości z samego uczenia się. Ale czasem w szkole zjawi się na zastępstwie młody pan, który jest studentem czwartego roku, opowiada po swojemu, jest zafascynowany swoim przedmiotem, i nagle dziecko, które nienawidzi historii, przychodzi i mówi: Mamo, ale była lekcja! Pan tak mówił, że nikomu nie chciało się nawet podpalać kulek z papieru.

Gdy przychodzi nauczycielka i trzydziesty raz mówi to samo, to może mieć niewiarę w oczach. Zwłaszcza gdy myśli o wypłacie, która jest zwykle niewystarczająca.

Ktoś taki nie powinien pracować z dziećmi. Jeśli jest sfrustrowany małymi pieniędzmi, to niech założy sobie swoją firmę. Nie wolno przenosić swoich frustracji na uczniów.

Pani profesor, gdy uważny rodzic czyta w prasie popularnonaukowej, że kolejna umiejętność lub cecha dziecka jest determinowana genetycznie, to może mieć wątpliwości co do swojej sprawczości. Może czuć się zepchnięty ku pierwszemu podejściu wychowawczemu.

Ja myślę, że biolodzy strasznie się śmieją z tych prasowych teorii o dziedziczeniu. To nie jest nigdy tak, że nagle wyskakuje jakaś umiejętność czy zła skłonność, a ja jestem wobec niej bezradna. Nawet gdy sobie wyobrażę bardzo utalentowane dziecko, to bez odpowiedniej inspiracji ze strony otoczenia i najzwyklejszej ciężkiej pracy nic się nie wydarzy. Genetyczna może być gotowość, a nie determinacja.

Jestem ostrożna w myśleniu, że jeśli mam gen X25, to będę lekkoatletką. Bo tak nie jest nawet w przypadku chorób, które są dziedziczne. Do dziedziczenia zawsze dodaje się jakiś splot okoliczności zewnętrznych.

Problem pianina

Wydaje nam się, że mamy wysportowane 10-letnie dziecko, więc zapisujemy je na piłkę nożną. Ono chętnie chodzi, ale kiedy kończy 15 lat, to oświadcza, że się nie nadaje i rezygnuje. Za to jak ma 20, robi nam awanturę, żeśmy mu pozwolili tak łatwo to rzucić.

To jest tak jak z moim pianinem. Samo zapisanie to jest za mało, nawet asygnowanie pieniędzy to za mało. Ja muszę zadać sobie pytanie, po co ja go zapisuję? Czy to jest moja zachcianka, czy wcześniej opowiadałam o tych zajęciach dziecku, czy rozbudziłam w nim chęć grania na pianinie czy nauki wschodnich sztuk walki. Muszę interesować się, jak sobie ono daje radę. Bo taka nagła rezygnacja nie jest normalna. Trzeba wiedzieć, co się działo, może jakiś problem narastał, a dziecko dopiero teraz ma odwagę powiedzieć nam o tym poprzez protest i odmowę. To rzadko jest tak, że mu się nagle nudzi.

Trzeba też pamiętać, że po 15, 16 roku życia cechą wieku jest zmienność, a dzieci próbują różnych rzeczy i oczekują raczej naszej akceptacji na próbowanie i zmiany.

No ale myśmy się wykosztowali.

W takich sytuacjach radzę rodzicom, żeby pozwolili dziecku wziąć urlop. Studentom też tak radzę. Kiedy mówią, że nudzi im się psychologia, co mnie jest trudno zrozumieć, radzę: weź urlop, spróbujemy napisać usprawiedliwienie dla dziekana, na pół roku, na rok nie zamykaj sobie drogi. Często to działa mobilizująco.

Czasem próba rezygnacji to jest prowokacja. Zawsze trzeba stanąć po stronie dziecka. Nie można powiedzieć: Tyle kasy wydałam, a ty mnie rozczarowujesz. Tylko znowu trzeba pamiętać: jeśli nigdy wcześniej ze swoim dzieckiem tak nie rozmawiałam, to ono pomyśli: co to się nagle stało i na co to negocjowanie? Zawsze jest wykształcony jakiś styl kontaktów. Jeśli były złe kontakty, to może między innymi dlatego, że ja mu dawałam pieniądze na angielski, judo i pianino, żeby uspokoić sumienie, bo nie miałam czasu z nim pogadać.

No tak, rodzice mają coraz mniej wolnego czasu.

Ale poczucie winy jest zgubne w wychowaniu. Generuje akcyjność. Rodzic myśli: mam wolny dzień, to się zabiorę za dziecko. A ono się boi: ma czas, koszmar, zacznie sprawdzać dzienniczek i zeszyty. Kiedy ma się wolny dzień, to trzeba jechać na szampańską wycieczkę, gadać i gadać. W końcu dziecko powie: Ale tam w dzienniczku coś mam.

Jeśli często i długo mamy nie ma w domu, a gdy wraca, jest nie tylko zmęczona, ale i sfrustrowana, że dużo pracuje za tak kiepskie pieniądze, to czas spędzany z dzieckiem wieczorem czy popołudniami też nie będzie satysfakcjonujący.

Gdy rodzice zapisują dziecko na piłkę nożną, angielski i muzykę, to znaczy, że mają wobec dziecka plany. Uważa pani, że niesłusznie jest mieć plany wobec własnych dzieci?

Jeśli tak myślimy, to wychodzi z nas podejście behawiorystyczne. Idealnie byłoby, żeby rodzice mieli satysfakcję, że ich dziecko nawet, gdy żyje inaczej niż oni, jest szczęśliwe i uczciwe. Zresztą to, co się dzieje między rodzicem a dzieckiem, zależy od tego, jakim dorosły jest człowiekiem, jak potrafi sobie radzić z własnymi emocjami, na ile jest gotów przyznać się do błędu. Może sam żyje jak kameleon, a od dziecka wymaga konsekwencji i prawości.

Jeśli jestem leniwa i pasywna, to czy uda mi się wychować dziecko pracowite i przebojowe?

Nie, bo przekaz będzie niespójny. Zresztą przebojowość to raczej kwestia temperamentu, a nie wychowania. Ja jestem impulsywna i mnie nosi, moja córka – wydawało mi się – jest moim przeciwieństwem. Myśmy nawet kiedyś ustaliły, że nie wchodzimy razem do kuchni, bo ja robiłam wszystko trzy razy szybciej i szlag mnie trafiał, jak widziałam, co ona robi.

Często rodzice myślą: moje życie było ciężkie i do niczego, to ja się poświęcę, żeby dziecku było łatwiej i żeby było szczęśliwsze. W końcu postępy mojego dziecka świadczą o mnie, prawda?

Nie zgadzam się. Rozmawiałam ostatnio z kobietą; woziła swoje dziecko na basen. Pytam: A co pani w tym czasie robi? Ona: Trochę gadam z innymi czekającymi matkami. Ja jej mówię: Ależ to wy powinnyście pływać, bo to wam jest bardziej potrzebne, to wy jesteście zmęczone i potrzebujecie relaksu. Pokazywanie, że dziecko jest ważniejsze niż ja, jest wielkim błędem. To nie jest dobry przykład dla niego. Dziecko nabiera stosunku do innych ludzi patrząc, jak rodzice traktują siebie. Czy się rozwijają, czy o siebie dbają.

Dość łatwo można dziś przeoczyć, że rola społeczna rodzica komplikuje się i zaczyna być po prostu trudna.

To prawda, być może potrzeba nawet szkoleń dla rodziców, popularyzowania dobrych wzorców. Dużo się mówi o rodzicach katach i alkoholikach, mało o rodzicach dobrych i wspaniałych, pełnych pomysłów, wesołych, czasem szalonych. Przede wszystkim trzeba lubić być rodzicem. Co wcale nie jest takie oczywiste.

Rozmawiała Ewa Winnicka

Prof. dr hab. Anna Brzezińska jest pracownikiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Należy do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, jest członkiem Komitetu Psychologii Polskiej Akademii Nauk. Specjalizuje się w psychologii rozwoju i wychowania, jej zainteresowania naukowe to również psychologia edukacji i psychologia zdrowia. Jest m.in. autorką książki „Społeczna psychologia rozwoju” oraz redaktorką podręcznika „Rozwój i wychowanie dzieci i młodzieży z ograniczeniami sprawności”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną