Odetnij pępowinę
Co robić z pustym gniazdem?

Gdy córka wyjechała na studia do innego miasta, nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne. Tłumaczę sobie, że tak musi być, że nie ja jedna wyprawiam dziecko w świat, ale te argumenty nie przekonują mnie – pisze jedna z matek na internetowym forum. – Ona jest bardzo samodzielna i rozsądna, i wiem, że sobie poradzi z problemami. Ale mnie nie opuszcza świadomość, że będzie w domu już tylko gościem, a ja będę czekać. Na wiadomość, na telefon, na e-maila, na jej przyjazd”.

Wielu rodziców nie potrafi pogodzić się z faktem, że ich dzieci chcą wyprowadzić się z domu. Jeśli mieszkamy w tym samym mieście, to po co wydawać pieniądze na nowe lokum, po co dwie kuchnie, gaz, prąd? Często jednak troska o finanse jest jedynie przykrywką dla panicznego strachu przed nadciągającym pustostanem. Rodzice w wieku 50–60 lat przechodzą syndrom pustego gniazda.

Określa się tak stan przygnębienia i osamotnienia, gdy ostatnie dziecko opuszcza dom. Syndrom ten przejawia się w dążeniu do utrzymania więzi z dzieckiem na dotychczas obowiązujących zasadach. Jeśli zatem stanowiło ono dla rodzica centralny punkt zainteresowania, było przedmiotem troski, a zarazem przyjacielem, powiernikiem rodzinnych sekretów i oparciem w trudnych chwilach, tak powinno nadal pozostać. Dla matki, która „w imię dobra dziecka” poświęciła swoje życie, by poprzez nie realizować własne marzenia, potrzeby i aspiracje, rezygnacja z takiej więzi jest zbyt trudna. Kobiety z reguły dużo trudniej znoszą wyprowadzkę. Wszak przez pokolenia na nich spoczywała odpowiedzialność za wychowanie dzieci, ich życie było podporządkowane tej roli.

 Rozstanie z całym światem

Na skali wydarzeń silnie stresujących opuszczenie domu przez syna czy córkę zajmuje 23 pozycję – między odmową udzielenia pożyczki, zmianą zakresu obowiązków w pracy a kłopotami z teściami. To oczywiście bardzo daleko za śmiercią bliskiej osoby, zmianą pracy czy przejściem na emeryturę. Zatem, wydawałoby się, nic szczególnego...

Ale to tylko statystyka. W przypadku samotnych lub nieusatysfakcjonowanych w małżeństwie matek, dla których syn czy córka byli całym światem, takie rozstanie z dzieckiem, czy nawet tylko z codziennymi z nim relacjami, na skali stresu wznosi się ku bardziej ekstremalnym wydarzeniom życiowym.

Jak pisze dr Ludwika Wojciechowska w książce „Syndrom pustego gniazda”, także rodzice jedynaków o wiele mocniej przeżywają życiowe usamodzielnienie dziecka i jego odejście z domu.

Demografka Catherine Villeneuve-Gokalp obserwowała, jak rodzice zagospodarowują dziecięcy pokój.  Wzięła pod uwagę okres pięciu lat po wyprowadzeniu się dzieci z domu.  Dwie trzecie rodziców twierdziło, że pokój należy zawsze do dziecka; tylko 13 proc. badanych adaptowało go na własny użytek. Przy tym rodzice jedynaków w aż 67 proc. uważają, że pokój jest własnością dziecka, tylko 3 proc. używa go do własnych celów. Aż 37 proc. rodziców, którzy zmienili adres, urządziło pokój dla dorosłych dzieci w nowym lokum. Badania te dotyczą oczywiście zachodnich standardów mieszkaniowych, ale i w Polsce można przecież zaobserwować zjawisko traktowania opuszczonego pokoju jako swoistego sanktuarium.

Czego nie robić sobie

Wydawałoby się, że powszechnie akceptujemy nieuchronność odejścia dzieci z rodzinnych domów – naturalny etap rozwoju każdego człowieka. Ale zdarza się, że matka odbiera to jako zachowanie przeciwko niej, złośliwość i wyrachowanie młodej osoby. Są też kobiety, które obwiniają się: skoro syn czy córka chce z domu uciec, to znaczy, że stworzyłam zły dom, byłam niedobrą matką. Nieracjonalne myślenie pociąga nieracjonalne zachowania. Gdy kobieta czuje się porzucona przez dziecko, chce mu udowodnić, że matka jest tylko jedna. Nikt przecież tak dobrze jak ona nie piecze murzynka, nie prasuje bielizny, nie rozumie frustracji, nie kocha bezinteresownie, nie wybacza przykrych słów, nie współczuje do głębi. Słowem, nie ma drugiej tak idealnej istoty. To matka interesuje się najbłahszym zdarzeniem w życiu dziecka, wie najlepiej, czy jest ono szczęśliwe, ostrzega, by nie wchodziło w związek z góry skazany na niepowodzenie. Sprawdza zapasy w lodówce, zagląda do szafy, bada poziom kurzu na telewizorze. A gdy dziecko próbuje wyrwać się spod kurateli, sięga po moralny szantaż. Cierpi, choruje, trafia do szpitala.

Zdecydowane nie wobec zaborczej i zdesperowanej matki może popchnąć ją ku depresji. Wtedy prawdziwie cierpi. Krańcowo wyczerpana fizycznie, nieustannie zaniepokojona, traci poczucie własnej wartości, obsesyjnie zamartwia się, je byle co i spędza bezsennie noce, myśląc, że lepiej już byłoby rozstać się z życiem. To objawy depresji, zdecydowanie wymagające pomocy psychologa lub psychiatry. Terapia pomaga stanąć na nogi, nabrać dystansu do sytuacji i rozplątać pogmatwane nitki kontaktów z dzieckiem i jego najbliższymi, jeśli w grę wchodzi już nowa rodzina.

Oczywiście w większości przypadków wyprowadzka dziecka nie ma nic wspólnego z nieprzyjazną atmosferą w domu bądź złą wolą młodej osoby. W naszej obyczajowości utarło się, że najczęściej do końca szkoły średniej dzieci mieszkają ze swoimi rodzicami, dopiero po maturze rozpoczynają się pierwsze rozstania. Rodzice na ogół rozumieją, że wyjazd na studia leży w interesie dziecka. Jeśli wyprowadzka wiąże się z założeniem rodziny, sytuacja jest prostsza, klarowniejsza niż wtedy, gdy młoda osoba dochodzi do wniosku, że jest już na tyle dojrzała i samodzielna, by rozpocząć niezależne życie. Dzieci często mają wrażenie, że ich rodzice zapomnieli, jak sami byli młodzi. Jak chcieli po prostu mieć spokój i większą swobodę.

Istotnie, rodzice dotknięci syndromem pustego gniazda jakby zapominali, że ich rolą było dać dzieciom energię, wsparcie i pełne przygotowanie do tego, aby wyszły bezpiecznie z domu i w przyszłości dały sobie radę.

Czego nie robić dzieciom

Relacja między rodzicem a dzieckiem jest skazana na brak równowagi. To truizm, ale nie sposób go pominąć: to, co otrzymujemy od naszych rodziców, przekazujemy swoim dzieciom, a nasze dzieci swoim dzieciom. Gdy dzieci odchodzą w świat, nie oznacza to, że rodzice przestają być rodzicami – mają prawo martwić się o przyszłość swojego potomstwa, jego zdrowie, poczucie satysfakcji i szczęścia w życiu, o jego bezpieczeństwo. Nie mają jednak prawa naruszać autonomii i prywatności dorosłych już ludzi. Nie powinni domagać się, by samodzielny dorosły postępował zgodnie z ich oczekiwaniami, choć nikt im nie broni wyrażać swego zdania na temat decyzji dziecka. Nie powinni go odwiedzać bez zapowiedzi, bo to jest naruszanie prywatnego terytorium innego człowieka. Nie mają prawa przestawiać przedmiotów w jego mieszkaniu, czytać korespondencji, podejmować decyzji za swoje dzieci. Mają prawo proponować, sugerować, interesować się, ale nie kontrolować. Dziecko przestaje być zależne od rodziców, co oznacza, że to już nie rodzice wpływają na to, jaką pracę będzie ono wykonywać, z kim się zwiąże, w jakim kierunku będzie się rozwijać czy jak będzie spędzać wolny czas.

Nie róbmy dzieciom wyrzutów, że za mało się nami interesują, że za rzadko nas odwiedzają. Nie narzucajmy się z radami, bo każdy musi przejść swoją lekcję życia ucząc się na własnych błędach. Na nic zda się wtrącanie w kłótnie małżeńskie. Dorosłe dzieci powinny mieć poczucie, że zawsze mogą przyjść do rodziców po wsparcie i radę. Ale nic po najmądrzejszej radzie i wsparciu, jeśli same o to nie poproszą. Najgorsze, co można zrobić, to generować w dorosłym dziecku poczucie winy czy wyrzutów sumienia. Kochający rodzic dbałością o swoje zdrowie i formę najlepiej wyrazi troskę o dzieci, bo starając się jak najdłużej być samodzielnym, nie obarcza opieką nad sobą młodych, którzy dopiero tworzą własne rodziny.

Dzieci nie są naszą własnością. Musimy zaakceptować fakt, że to już nie my jesteśmy najważniejszymi osobami w ich życiu.

Co robić z małżonkiem

Odejście dzieci to dla par małżeńskich bardzo poważny przełom. Latami dryfują obok siebie, oddając się pracy zawodowej, rozmaitym obowiązkom i nade wszystko wychowywaniu potomstwa. Kiedy wreszcie mogą skupić się na sobie, bywają zaskoczeni zmianami, które w nich zaszły, a których nie zauważyli. W związkach, gdzie role rodzicielskie dominowały nad małżeńskimi, dom opuszczony przez dzieci jawić się może jako miejsce wspomnień o dobrych czasach, ale teraz jest już tylko źródłem niepokoju i niezadowolenia. Życie wydaje się skończone, człowiek bezużyteczny. Dwoje samotnych ludzi zamkniętych w kręgu własnych smutnych myśli, pozbawionych celu w życiu... Tak skrajne postawy dotyczą na ogół osób, które rodzicielstwo uważały za główny cel egzystencji.

Wielu rodziców przechodzi ten etap z wielkim trudem, ponieważ jednocześnie zachodzą w ich życiu inne dotkliwe zmiany (menopauza, andropauza, kurczą się możliwości zawodowe). Gdy rodzice zostają sami ze sobą, ujawnia się prawda o ich związku. Często w tym właśnie momencie zaczyna się kryzys małżeński, który może prowadzić do rozpadu związku.

Zdaniem doktora Yves-Marie Granjon, psychiatry i psychoanalityka, to, jak starzejący się rodzice przejdą przez tę próbę, wyczytać można z tego, jak podeszli do dziecka już w chwili jego narodzin. Jak zrozumieli swoje role. Po urodzeniu potomstwa matka stanowi z nim jedność. Ojciec musi przyjąć rolę osoby, która je rozdziela. Matka w pewnej chwili składa dziecko w ramiona ojca, a potem oboje oddają je światu.

Wcale nie tak rzadko zdarzają się rodzice, dla których stadium postrodzicielskie jest najbardziej nagradzającym i najszczęśliwszym okresem w ich życiu. Wręcz z utęsknieniem czekają na puste gniazdo. Bo dla nich to możliwość odpoczynku i zajęcia się sobą ze świadomością dobrze spełnionego obowiązku. Są w kwiecie wieku, dojrzali, wiedzą, czego chcą od życia, mają wiele pomysłów do nieskrępowanej realizacji. Małżonkowie poznają się jakby na nowo i często – ku własnemu zdumieniu – odkrywają we wzajemnych relacjach poczucie szczęścia i satysfakcję. Wreszcie mogą coś robić razem bez obawy, że jakieś „mamo!” czy „tato!” zakłóci ich intymność. Mogą zachowywać się jak zakochani bez narażania na śmieszność czy ironiczne uwagi w rodzaju: jesteście infantylni. Kobieta czuje się prawdziwie kobieca, a mężczyzna szczerze pożądany. To dobrze działa na ich ego i na postrzeganie świata.

Takie pary doświadczają zazwyczaj silniejszego, niż we wcześniejszych okresach, wzajemnego zrozumienia i wsparcia. Są skore do optymistycznego widzenia przyszłości. Mają do siebie wiele zaufania, zatem dają sobie więcej wolności. Wędkowanie z kumplami czy wypad z przyjaciółkami do knajpki w środku tygodnia nie jest już odczytywane jako przerzucanie obowiązków na partnera. Przeciwnie, działa zasada: jeśli ty bawisz się dobrze, ja jestem zadowolona/y. I jeszcze jedna, bardzo ważna: jeśli jest ci źle, jestem przy tobie. Ponowne sam na sam bywa drugim miodowym miesiącem.

Psychologowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley Sara M. Gorchoff, Oliver P. John i Ravenna Helson przez 18 lat śledzili zmiany dotyczące satysfakcji z małżeństwa pewnej grupy kobiet. Gdy studium się rozpoczynało, panie miały nieco powyżej czterdziestu lat, a pod jego koniec właśnie przekroczyły sześćdziesiątkę. Okazało się, że ich zadowolenie ze związku wzrastało z wiekiem. Dotyczyło to zarówno kobiet pozostających z tym samym partnerem, jak i tych, które ponownie wyszły za mąż. Co więcej, silniej zaznaczony skok satysfakcji występował u kobiet, których dzieci się wyprowadziły, niż u ich rówieśnic nadal mieszkających z potomstwem.

Należy więc starać się podejść do faktu usamodzielnienia dzieci pozytywnie. To, że potrafią dobrze same funkcjonować, to nasz największy sukces. Zamiast rozpaczać i tęsknić, próbujmy efektywnie wypełnić sobie wolną przestrzeń życiową. Czas zadbać o zdrowie, powrócić do zapomnianego hobby, odświeżyć znajomości, ale też być otwartym na nowe przyjaźnie. I nadrabiać zaległości w związku małżeńskim – cieszyć się z bycia razem. Jak za młodu: trzeba być dla siebie atrakcyjnym, troszczyć się o partnera, walczyć z rutyną. To doskonały czas na podróże, spacery, korzystanie z kultury. W Polsce to nie jest zbyt powszechne, ale uczestnictwo w działaniach różnego typu organizacji pożytku społecznego może przynieść równie wiele satysfakcji co niegdyś wychowywanie dzieci. Warto zaangażować swój czas w pomoc innym, gdyż wtedy pomagamy również sobie.

Alain Braconnier, autor książki „Córki i ich ojcowie”, uważa, że do odejścia dzieci w świat należy przygotować się podobnie jak do emerytury. Nie ma innej drogi: trzeba odbyć żałobę po swoim rodzicielstwie i odnowić więzi ze współmałżonkiem.

A w końcu: przecież gdy dzieci wyszły z rodzinnych pieleszy, nie oznacza to, że zerwały z rodzicami. Według badań przeprowadzonych we Francji 43 proc. dzieci, które wyprowadziły się od rodziców, spotyka się z nimi co tydzień. W grupie tych, które mieszkają bardzo blisko nich, odsetek wynosi aż 85 proc.

Dzieci wcale nie uciekają od tego, co je łączy z rodziną. Odcinając się na pewnym etapie, próbują zbudować swoją niezależność, iść swoją ścieżką.

Agnieszka Paczkowska

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną