Dlaczego seks dla dziecka to trauma

Demony piwniczne
Sprawa Romana Polańskiego­ wywołała spekulacje całkiem poważnych wydawałoby się osób, że po 30 latach Samantha Gailey pewnie krzywdy już nie odczuwa. Że seks dla dorastającego dziecka w ogóle żadną krzywdą być nie musi.

72 lata temu angielscy naukowcy Bender i Brown opisali historię uwiedzenia 40-letniego żonatego mężczyzny przez młodego chłopca. Mężczyzna pętał się po boisku szkolnym w pobliżu grających w piłkę dzieci. Pewnego dnia spuścił spodnie, bo zaswędziało go udo. Na widok genitaliów chłopak podszedł do niego i okazał zainteresowanie nagością. Dorosły zaczął go obmacywać, a na osobności – nie tylko. Naukowcy nie mieli wątpliwości, że mężczyzna został przez dziecko uwiedziony, jego dostojna dorosła niewinność legła w gruzach przez czyn małego niegodziwca.

Opisano także przypadek Doris, którą od piątego roku życia gwałcił dopochwowo ojciec. Ta mała kurewka, słodka i uśmiechająca się zalotnie, uwodziła ojca, który zasadnie zasługiwał na współczucie – stwierdzili naukowcy.

Do niemal połowy ubiegłego wieku i często później, pisze Anna Salter w książce „Pokonywanie traumy”, takie przypadki nazywano seksualnymi przewinieniami dzieci, które nie tylko im nie szkodzą (kazirodztwo też nie), lecz, przeciwnie, kojąc i uspokajając, są dla nich prawdziwym dobrodziejstwem.

Dopiero wraz z rewolucją feministyczną poczęto uświadamiać sobie oczywisty zdawałoby się fakt, że od najmłodszych lat dziecko istotnie stara się „uwieść” swych najbliższych nieporadnością, uśmiechem, słodkimi minkami. Lecz myśl, że zachęca ono w ten sposób do gwałcenia siebie, dziś niepojęta i przerażająca, była wcale przecież nie tak dawno całkowicie uprawniona naukowo. I podzielana przez społeczeństwo.

Największą tragedią wieku dziecięcego, pisze prof. Kazimierz Pospiszyl, psycholog, bywa taka sytuacja, kiedy dziecko nie ma kogo uwodzić, aby po skutecznym uwiedzeniu móc przywiązać się do dorosłego z całą mocą pierwszych najtrwalszych więzi, stanowiących matrycę późniejszych kontaktów z innymi ludźmi, nawiązywanych przez całe życie.

Przez dziesiątki lat działała jednak specyficzna cenzura. Nie wiedzieć, nie słyszeć, udawać, że takich rzeczy nie ma. Najważniejszy był bowiem komfort dorosłych. Echa tej postawy przetrwały do dziś. Powiada się o przesadzie w upatrywaniu potwora w każdym kącie przedszkola i domowej sypialni, o polowaniach na sprawców i rosnącej liczbie ofiar. Bo czyż nie ma małych prostytutek? Takich, które same pchają się do łóżka? Salter przytacza wykręty pewnego sprawcy w sądzie: nie powiedziała mi nie. A w jaki sposób, spytał sędzia, powiedziała ci tak? Dziś mocno nie dowierza się uszkodzeniom, które seks powoduje w dziecku, tak jak kiedyś wierzono, że jest on dla dziecka korzystny, a przynajmniej zupełnie nieszkodliwy.

Nie wierzy się zwłaszcza w skutki krzywdy wyrządzonej kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat wstecz, w myśl zasady: czas jest najlepszym lekarstwem. Otóż, dramatycznie często nie jest. Wskazują na to setki już badań (choć na dobre ruszyły one od lat 70.) i szeroko rozwijająca się praktyka kliniczna. Co więcej, wiadomo już, że napaść seksualna, np. gwałt, na osobę dorosłą, choć wiąże się z definicji z większą fizyczną przemocą i jest świeżej natury, wpływa na ofiarę mniej destrukcyjnie niż trauma z dzieciństwa w dorosłym już życiu.

Być może, jak pisze Piotr Kiembłowski z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w publikacji „Dziecko krzywdzone” (Fundacja Dzieci Niczyje), dorośli przeżywają przemoc seksualną z większą świadomością roli, jaką odgrywają zachowania seksualne, mają też większą odporność psychiczną i większą wiedzę o tym, gdzie szukać pomocy. Dziecko, nastolatka, ma mniejsze szanse odreagowania traumy, nie mając często komu opowiedzieć o zdarzeniu, a kiedy to zrobią, narażają się na negatywną reakcję najbliższych. Każde z tych skrzywdzonych kiedyś dzieci, dziś dorosłych, odczuwa jakieś skutki tamtych przeżyć i każde inaczej odczuwa, które z następstw jest najgorsze.

Zdrada

Seksowi z dziećmi rzadko towarzyszy fizyczna przemoc, tej używają pedofile sadyści – jeśli zgwałcić, to na zimnym betonie. Są na szczęście w mniejszości. Gwałciciele i molestownicy „zwyczajni” objawiają się w rodzinach, wśród przyjaciół domu, nauczycieli, wychowawców, księży. Oni często obmyślają strategię. Zabiera taki na lody, kupuje zabawki, jest jak kumpel, jak tata, którego często nie ma w domu, bo pracuje albo pije z kolegami.

Dziecko ma wreszcie to, czego pragnie: ciepło, uwagę, zrozumienie. Idzie z nim ufnie do szkolnej kotłowni albo w krzaki, bo tam siedzi mały piesek. Dziecko odbiera wówczas seks jako zdradę, odkrywa bowiem, że osoba, od której jest życiowo zależne, albo ktoś serdeczny krzywdzi je i zawodzi zaufanie.

Zdrada taka wtrąca je w stałą, alergiczną nieufność do bliskości. Sceptycy będą, także dziś, drwiąco się uśmiechać: tę 13-letnią kurewkę-galeriankę? Skąd pewność, że taka mała, jeśli nie zostanie w dorosłości prostytutką, nie wyrośnie na dorosłą kobietę, która nie będzie umiała przytulić swego dziecka inaczej niż w rękawiczkach, tłumacząc: nie umiem nikomu pozwolić na taką bliskość, bo bliskość jest dla niej jak pokrzywa – parzy. Terapeuci i niektórzy mężowie o tym wiedzą. Ci, których żony nie potrzebują rękawiczek, niech przynajmniej zachowają milczenie.

Lekarstwem na niemożność intymności jest kolejna plaga dla postronnych niepojęta.

Dysocjacja

To zjawisko, które można nazwać odłączaniem się od siebie. Pewnej małej dziewczynce ojciec przed seksem mówił: aż się o to prosisz, suko, kładź się tu, szmato; podobne czułości go widocznie podniecały. Dziewczynka patrzyła przez okno. Wylatywała przez szybę. Ojciec obchodził się z jakimś innym ciałkiem, nie jej. Przejrzał córkę. Zasuwał firanki: masz być tutaj, suko.

Dysocjacja jest ostatnią obroną, gdy traumy ani nie można uniknąć, ani jej znieść. Ciało zostaje, umysł i dusza uciekają za okno, pod sufit.

Z czasem dysocjacja może się przerodzić w nawykowe patrzenie na siebie niejako z sufitu, nie ze swojej własnej perspektywy. Odcina ona ofiarę od traumy, ale bywa – także od życia. Znacie te kobiety bluszcze, zdane na innych, bez inicjatywy, z trudnością w skupianiu się, lękliwe, ale też bagatelizujące zagrożenia, bo w niebezpieczeństwie można wszak uciec pod sufit? Mąż takiego bluszcza może nie mieć pojęcia, kiedy chce się z nią kochać, że ona ma w kieszeni pidżamy zbawczą psychiczną morfinę, znieczulenie na zawołanie.

Bo dysocjacja, pisze Salter, rozciąga się czasem tylko na seks, czynność, jak kiedyś nie do zniesienia. Często przybiera inną formę, występującą zwłaszcza u prostytutek, obdarzanych przez ojca seksem w dzieciństwie.

Anaglezja

Czyli brak czucia. Milton Erikson, cierpiący na paraliż dziecięcy, nauczył się wprowadzać w stan znieczulenia. Po obudzeniu potrzebuję – mówił – godziny, żeby pozbyć się cierpienia. Lecz w przypadku osób z traumą anaglezja nie jest rozmyślną techniką likwidowania bólu, lecz zabiegiem nieświadomym: coś w nas, bez naszej woli buduje blokadę przed cierpieniem.

Albo przed przyjemnością. Gdy „szmata” i „suka” odczuwa fizjologiczną seksualną przyjemność z powodu działań tatusia, jej mózg w zamęcie między odrazą a rozkoszą wyłącza tę drugą, trudniejszą do zniesienia. Ofiary w dorosłości zostają często osobnikami aseksualnymi (patrz POLITYKA 39). Asy – oziębli, jak myślą o nich mężowie i żony. Wszystko byle nie seks, a jeśli nie chcą lub nie mogą odmawiać go partnerowi – odrętwienie, drewno, styropian.

Albo samotność jako wybór. Lecz ani w związku, ani w życiu w pojedynkę trauma nie znika, jak blizna po oparzeniu zostająca na całe życie. Singielka szuka więc innego pudru do jej przykrywania. I to może być gorączka.

Gorączka

Gorączkowe czynności, jak palenie u nałogowców: od jednego papierosa zapalają następnego. Zdumiewałam się zawsze, że znajoma architektka, sterylnie samotna, bez trosk materialnych, nigdy nie miała na nic czasu, a na emeryturze – jeszcze mniej. Gorączkowe projekty robione po nocach, biegania za określonym gatunkiem masła (dla zdrowia oczu), wykaz filmów do obejrzenia, imienin do zatelefonowania, wiecznie z histeryczną zadyszką, z lękiem, że nie sprosta i nie udźwignie. Nie dziubdziaj, mówiłam, dziubdziasz po nic. Dowiedziałam się, nie od niej, że gwałcił ją systematycznie ksiądz (bądź cicho, bo oddam cię Niemcom) w sierocińcu u sióstr, które ją w wojnę przechowywały.

Potrzeba unikania przestojów wiąże się u takich ofiar z niemożnością bycia w zupełnej samotności. Tylko gdy są z kimś, odczuwają swoje istnienie, tracą poczucie zawieszenia, pustki, grobowej, głuchej dokoła nich ciszy. Jeśli nie ma nikogo, włączają telewizor; nieważne, o czym ktoś gada, ważne, że gada i jest.

Można wierzyć – nie wierzyć, ale praktyka kliniczna, wiarygodniejsza dla wielu od badań ankietowych, zaświadcza, że ofiary seksu w dzieciństwie częściej się tną, uszkadzają, wpadają w anoreksję, narkomanię i trapią je inne plagi częściej od tych, które przeżyły tylko rozwód rodziców czy tylko same czyste bicie, choć i te skutkują potem nieudanym często życiem. Ich dolą jest bowiem lęk i naznaczenie.

Naznaczenie

To coś dotkliwszego niż te plagi powszechne. Tym, co nadaje traumie seksualnej wyjątkowe znaczenie, jest właśnie kontekst seksualny, pisze Kiembłowski. Jest on nieobecny w innych sytuacjach.

Dzieci stają się naznaczone. „Suka” i „szmata” zapadają w podświadomość tak skutecznie, że przyjmuje się na resztę życia rolę ofiary, wracając jakby do wzorca z przeszłości. To te kobiety żyjące z syndromem: powinnam. Czyż nie powinna była uciec z łazienki przed ojcem? Powinna się domyślić, że z nauczycielem sprawdzającym, czy dziewczynkom nie rosną już piersi, nie powinna iść po mapy do magazynku, powinna wybaczyć ojcu, bratu, sąsiadowi. Powinna zająć się wreszcie na serio sobą, bo inni mówią, że nie powinna być wiecznie służącą i podnóżkiem dla męża, dzieci, ale także tego ojca, tego brata. Ale tego nie zrobi, bo to jej wina.

A z nią samą nic przecież się nie dzieje. Cóż on właściwie takiego zrobił ten wujek, sąsiad, brat, nie zabił przecież. Więc własne dzieci powierzy z ufnością pod opiekę, gdy musi iść na zakupy, wujowi, bratu. Bo tamtego zdarzenia w dzieciństwie jakby nie było, nie ma, nieważne.

Jeżeli dorosła ofiara zaprzecza wykorzystywaniu, pisze Anna Salter, przekazuje często taką postawę swoim dzieciom. Wujek się ze mną bawił w schowku w kotka i myszkę – powie córeczka. Nic się nie stało, skwituje matka.

Zdanie wytrych: nic się nie stało. Przywoływane na ratunek. Głupie, podłe, egoistyczne zdanie również tych, którzy nie wiedzą, co naprawdę oznacza oparzenie w dzieciństwie.

Lęk

Ofiary to także te wiecznie bojaźliwe, że coś się zdarzy złego, nie dziś to jutro, bo nie może tak być, żeby się nie zdarzyło. Naturalną opcją człowieka w życiu jest optymizm. Wierzymy, że świat jest sprawiedliwy, przewidywalny i nie ma powodu sądzić, że nie będziemy szczęśliwi. Choć serwują nam wciąż wiadomości o pożarach, powodziach, rakach i hivach, nas to jednak ominie. Takie nierealistyczne przeświadczenie, niezbędne, by nie zrezygnować z życia, podpowiadane jest nam przez rozum i podświadomość. Podświadomość jak twierdził Erikson, kształtuje się na podstawie zbieranych doświadczeń. Trauma zaburza optymizm i nadzieję. Rozwala poczucie bezpieczeństwa, wiarę w przewidywalność zdarzeń, w skuteczność działania. Coś, co w ofierze siedzi – nawet zasypane, zaklepane, piwniczne – każe myśleć: cokolwiek byś zrobiła, to i tak obróci się na twoją szkodę.

Ten piwniczny demon objawia się czasem w sposób niepojęty. Kobieta okrutnie zdeflorowana przez nauczyciela nie może pracować wszędzie tam, gdzie widzi palce – na klawiaturze komputera, w okienku kasowym. Ręce to dla niej sygnał do natychmiastowego odwrócenia oczu.

To te kobiety, które budzą się nagle rano z uczuciem, że duszą się leżąc na betonie. Albo dostają prawie zapaści, gdy poczują zapach pewnej wody kolońskiej. Zapach stamtąd. Nie rozumieją, skąd w nich takie reakcje. Odcięły tamto z pamięci, to się małym dzieciom udaje.

Lecz nic, co nas spotyka, jeśli nawet od lat jest w hibernacji, nie wietrzeje bez śladu. Bessel van der Kolk, psycholog, jest zdania, że dorosła ofiara ma skłonność do reagowania na powracające bodaj strzępy traumy tak, jakby była ona dokładnym powtórzeniem. Nie umiem tego pojąć: nagle dopadło mnie cierpienie nie do wytrzymania i tylko śmierć i czarna dziura – mówi amerykańskiej terapeutce jedna z pacjentek, która nie rozumie, co ją tak straszliwie zdemolowało. Nie wiąże kształtu darowanego jej długopisu z tamtym, używanym przez sąsiada – sadystę. Nawet jeśli pamięta zdarzenie w drewutni i zdołała je jakoś oswoić. Kwiatów na tamtym dywanie, skrzypienia drzwi, których nie pamięta.

*

Niektórzy dotknięci w dzieciństwie seksem racjonalizują tę traumę, włączają oparzenie w system życiowych doświadczeń. Lecz zapewne nikt nie jest w stanie zrobić tego dobrze sam, bez pomocy. Jeśli ofiara ma wspierającą matkę, jeśli ma ojca, który rozumie, dlaczego dziewczynka w panice od niego odskakuje, jeśli znajdzie chłopaka, który zrozumie, że nie powinien pchać się z łapami, ale czekać na nią cierpliwie i delikatnie, można traumę plastrem zakleić. Lecz nikt nie może wyrokować – jest ten plaster czy go nie ma.

Barbara Pietkiewicz

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj