Skąd te porażki na olimpiadzie

Kariera w korkociągu
Przegrani nie mają racji. Miesza się ich z błotem, jakby sami się pchali na ostatnie miejsca. Ale każda porażka ma drugie dno.
Jurkiewicz nie ma złudzeń, że ostatnia będzie kiedyś pierwszą
UPI/Brian Kersey/BEW

Jurkiewicz nie ma złudzeń, że ostatnia będzie kiedyś pierwszą

Ty taka, owaka, daj sobie spokój ze sportem i nie rób nam więcej wstydu – komentowali, gdzie się dało. Anonimowość dodawała odwagi, więc walili z grubej rury. Na lawinę krytyki Anna Jurkiewicz była przygotowana, na zaciekłość ataków – mniej. Więc najpierw było jej przykro, potem się uodporniła, wreszcie dość już miała tego błota i ze swojej strony internetowej usunęła wszystkie wpisy z wyzwiskami.

Ale ludzie mają prawo się czepiać. W końcu jazda figurowa na łyżwach to jej zawód, wykonuje go od kilkunastu lat. Igrzyska olimpijskie to nie mistrzostwa powiatu, jak coś nie pójdzie, echo klęski nie cichnie. A jej nie poszło, i to bardzo.

Łyżwiarka na równi pochyłej

W programie obowiązkowym w Vancouver nie wykonała żadnego z zaplanowanych skoków. Zamiast trzech obrotów, były dwa, zamiast dwóch – jeden. Oceny były jak wyrok. Nie wyprzedziła żadnej rywalki, czyli, mówiąc dosadniej: była ostatnia. Gdy skończyła program, kibice bili brawo. Niedzielni, pomyślała, doceniają, że ani razu się nie wywróciła. Trener Iwona Mydlarz-Chruścińska uważa, że to właśnie strach przed upadkiem okazał się złym doradcą i Anka nie skakała zgodnie z planem, tylko asekuracyjnie, byle wylądować. – Wstydziłam się, jak nigdy w karierze trenera. Przecież to ja ją przygotowywałam – nie ukrywa. Jurkiewicz też nie szuka argumentów na swoje usprawiedliwienie. – Najbardziej boli mnie to, że odpuściłam. Wolałabym trzy razy leżeć, ale przynajmniej kręcić skoki do końca – mówi.

Teraz, po szkodzie, wszyscy są mądrzy i powtarzają, że trzeba było nie pchać się na igrzyska. Bo Jurkiewicz nie była w formie. Rok temu na mistrzostwach świata w Los Angeles zajęła 19 miejsce, najlepsze w karierze. Przy okazji wywalczyła prawo startu na igrzyskach. I wtedy wpadła na równię pochyłą. Przybyło jej kilogramów. – Od lat ma problem z wagą. Duży. Raz 10 w górę, raz 10 w dół. Na ogół w porę gubiła kilogramy, ale tym razem się nie udało – mówi trener Chruścińska. Nie było odważnych, którzy odradziliby Jurkiewicz start w Vancouver. Prezes łyżwiarskiego związku Zenon Dagiel mówi, że polegał na zdaniu Chruścińskiej, a ona wierzyła zapewnieniom Anki, że będzie dobrze.

– Była przeszczęśliwa, że jedzie. Dziennikarze ustawiali się w kolejce do rozmów z nią, pozowała w strojach, w Oświęcimiu mówiło się „nasza reprezentantka” – opowiada trener. Nie miała sumienia, by zabrać Ance marzenie, a teraz musi wysłuchiwać, że wysłała na igrzyska zawodniczkę bez formy, bo sama chciała się załapać na wycieczkę.
Gdy Jurkiewicz znikła na zapleczu olimpijskiego lodowiska, zalała się łzami, przepłakała resztę dnia i pół nocy, aż wreszcie zebrała myśli i doszła do wniosku, że trzeba dać sobie spokój z łyżwami. Ale nieumiarkowani krytycy zagrali jej na ambicji. – Nie chcę zostawiać po sobie takiego wrażenia. Ofermy, nieudacznika. Pozbędę się problemów z wagą i wrócę – obiecuje. Łatwo jej nie będzie. W łyżwiarstwie figurowym wszystko zależy od sędziów, a oni doceniają tylko zawodników, których wcześniej poznali z dobrej strony. Medale rozdawane są wśród tych o największych umiejętnościach, ale i najlepszej reputacji, budowanej latami. Zawodników z ostatnich miejsc arbitrzy też jednak pamiętają i szufladkują.

Powrót po upadku to dla Jurkiewicz akurat nie pierwszyzna. Miała już trzy lata przerwy, spowodowanej ciężką kontuzją kolana, a potem śmiercią mamy. O medalach na wielkich imprezach marzyła jako dziecko, zresztą świetnie się zapowiadała, jako 11-latka skakała potrójne skoki na zawołanie, a gdy pojechała wtedy do Kanady, uchodziła za fenomen i tamtejsi fachowcy, cmokając nad jej talentem, przestrzegali trenerów z Oświęcimia: nie zmarnujcie jej. Ale potem przyszły problemy z wagą, życiowe zakręty, może trochę za długo chciała pociągnąć na kredycie pochlebstw z dzieciństwa, może za mało było godzin na lodzie, bo lodowisko trzeba dzielić z hokeistami miejscowej Unii i amatorami, dzięki którym hala trochę zarabia.

Jurkiewicz nie ma złudzeń, że ostatnia będzie kiedyś pierwszą. – Wrócę, by odzyskać tytuł mistrzyni Polski i poprawić wynik z mistrzostw świata. Ktoś powie: niczego nie osiągnęła, co to za miejsce, pod koniec drugiej dziesiątki. Ale ja nigdy nie uważałam tych lat za zmarnowane. Znów mam cel. Mały, ale jednak – mówi.

Biathlonista bez planu

Dla biathlonisty Łukasza Szczurka, 22-latka z Iwonicza Zdroju, igrzyska w Vancouver też były pierwszymi. Nominacja spadła na niego nieoczekiwanie, kilka dni po tym, jak w zawodach Pucharu Świata w Anterselvie zajął 28 miejsce, najlepsze w karierze. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski miał gest i uznał, że warto, by Szczurek, choć nie spełnił krajowych kryteriów, zobaczył na własne oczy, co to za impreza te igrzyska. – Miałem mieszane uczucia. Cieszyłem się, ale wiedziałem, że o miejsce w czołowej trzydziestce będzie ciężko – przyznaje Szczurek. Ucieczka z pola widzenia dziennikarzy i kibiców nie wchodziła w grę, bo męska reprezentacja biathlonistów składa się tylko ze Szczurka i Tomasza Sikory.

W pierwszym starcie – sprincie – Łukasz był 85, trzeci od końca. Wyprzedził reprezentanta Grenlandii (rocznik 1967), Greka (rocznik 1965) i Rosjanina startującego w barwach Australii (rocznik 1990). – Podczas biegu miałem wrażenie, że dobrze mi idzie. A kiedy na mecie zobaczyłem, który jestem, zdębiałem. Prawie pięć minut straty na dystansie 10 km to klęska – mówi. Wtedy też zrozumiał, co kryje się za wyświechtaną formułką, że igrzyska to „impreza jedyna w swoim rodzaju”. Już na starcie zauważył, że wszyscy rywale są strasznie przejęci, wyglądali, jakby ruszali na misję swojego życia, nie było luzu ani żartów, wcale nie tak rzadkich przy okazji innych zawodów. Wyciągnął wnioski i w biegu pościgowym, w porównaniu ze sprintem, awansował o 26 miejsc.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj