Życie seksualne Polski Ludowej
Na socjalistyczną moralność, która miała obowiązywać masy pracujące, artystyczna bohema odpowiadała ostentacyjną rozwiązłością. Okresy erotycznego wzmożenia towarzyszyły też politycznym przełomom.
Striptiserka 'Chanel', Warszawa, 1975 r.
Janusz Sobolewski/Forum

Striptiserka "Chanel", Warszawa, 1975 r.

Teatr Telewizji 1965: 'Piekna Helena', reż. Jerzy Gruza. Na zdjęciu na pierwszym planie Kalina Jędrusik.
Zygmunt Januszewski/ PAT/EAST NEWS

Teatr Telewizji 1965: "Piekna Helena", reż. Jerzy Gruza. Na zdjęciu na pierwszym planie Kalina Jędrusik.

Warszawa, 1974 prywatka na Starym Mieście z Janem Himilsbachem
Bohdan Majewski/Forum

Warszawa, 1974 prywatka na Starym Mieście z Janem Himilsbachem

Przed Październikiem 1956 seks to był zgniły Zachód. Seks odciągał młodzież od walki klas, mącił podniosłą atmosferę wieczornic i akademii. Nie licował, więc wymagał regulacji. Przepisowa odległość między tańczącą parą wynosiła 20 cm (mierzone drewnianą linijką), a publiczne pocałunki piętnowano przed sądami koleżeńskimi.

Było zgrzebnie i szaro, duszno i sztywno jak w gorsecie. Sznurówki puściły z trzaskiem, kiedy w 1955 r. w Warszawie odbył się Festiwal Młodzieży. Na ulicach tańczyli w kolorowych ciuchach młodzi z całego świata. Wielu Polaków po raz pierwszy zobaczyło wtedy Murzyna (podobno dziewięć miesięcy później w warszawskich szpitalach przyszło na świat sporo czekoladowych dzieci). To było jak powiew wolnego świata, jak karnawał. Potem odbyła się dyskusja z Ireną Krzywicką na Uniwersytecie, czy wolno uprawiać seks przed ślubem. Zrobił się z tego pierwszy odwilżowy wiec. Jacek Kuroń przekonywał, że rozumie wierzących, dla których ważny jest sakrament, ale co innych może obchodzić papierek z urzędu. Dostał gigantyczną owację. Potem zorganizowano pierwsze wybory Miss Polonia i pierwszy striptiz w klubie Stodoła. I tak to się zaczęło.

Playboye i proletki

Dziewczyny farbowały spódnice i przerabiały pepegi na czarne baleriny, faceci rozpinali koszule do pępka i kupowali dżinsy na ciuchach. Bywało lirycznie i romantycznie, ale modny był pewien cynizm. Playboy przełomu lat 50. i 60. miał palić, trzymając papierosa między kciukiem a palcem środkowym, pić wódkę, najlepiej straceńczo, dyskutować o wielkiej sztuce i nie traktować kobiet całkiem serio. Inteligentne kobiety też rzadko myliły małżeństwo z romansem, bo, szczerze mówiąc, co innego miały zrobić. „Młode czytelniczki poinformowano, że jestem cynikiem. Zrozumiały, że nie będę chciał ich skrzywdzić, to znaczy żenić się albo zaprzyjaźniać, a jedynie iść z nimi do łóżka, i zaczęły masowo się do mnie garnąć” – wspomina Janusz Głowacki czasy po swoim debiucie.

W erotycznej hierarchii absolutną potęgą byli filmowcy. Wydawało się, że mogą wszystko. Co wieczór w Hybrydach, w SPATiF, w SDP reżyserzy, fotograficy, aktorzy dokonywali „przeglądu towaru”, tak zwanych proletek – dziewczyn, które przyjeżdżały z prowincji do stolicy z parą majtek na zmianę i twardym postanowieniem, żeby się tu utrzymać. Piękne dziewczyny dość szybko orientowały się, co kto naprawdę może, i gdy po paru setkach filmowiec proponował im główną rolę, dopytywały: Jaki tytuł? „Popiół i diament”? A, w tym to ja już sześć razy grałam. Uczyły się taksować i polować. Wiedziały, że aby coś osiągnąć, należy przespać się z nazwiskiem.

Wysoko w hierarchii byli jazzmani. Półprzytomni pianiści, ekstatyczni saksofoniści po całonocnych piwnicznych jam sessions łatwo podrywali zaczadzone muzyką i dymem, wpatrzone w nich dziewczyny. Liczyli się też młodzi gniewni pisarze i reszta artystycznych branż. Ta hierarchia utrzymała się jeszcze przez całe lata 70. Hanna Bakuła, studentka warszawskiej ASP, pamięta koleżankę, która miesiącami ukrywała, że ma narzeczonego inżyniera. Studenci Uniwersytetu czy Politechniki reprezentujący styl pieszego turysty z klubu PTTK nie wchodzili w grę. Jeszcze jako uczennica Bakuła zakochała się w Januszu Głowackim. Wdarła się nawet na plan „Polowania na muchy”, żeby mu powiedzieć, że powinien się z nią ożenić. Niestety, strażnicy ją wynieśli.

Głównym rozgrywającym na boisku gier wieczorowych od Października 1956 r. aż do Marca 1968 r. był zapomniany już dziś aktor Adam Pawlikowski, Duduś; ten, który grał z Cybulskim w słynnej scenie z płonącymi kieliszkami w „Popiele i diamencie”. „Genialny nierób, od którego biło osobliwe, czarne światło”, jak opisywała go Agnieszka Osiecka. Inteligentny erudyta, mistrz paradoksu, esteta. Mówił o sobie Książę, co miało tłumaczyć, dlaczego nic nie robi. Bezbłędnie wyławiał najpiękniejsze dziewczyny i wprowadzał w świat. Pisywał im prace magisterskie, czasem swatał z obcokrajowcami.

Lubił się przy nim kręcić Wujo – numer jeden na nieoficjalnej liście najbogatszych Polaków. Nikt nie wiedział, skąd bierze pieniądze, plotkowano coś o handlu narkotykami. Miał czerwonego Forda z otwieranym dachem i kierowcą – ochroniarzem, ksywka Cegła. Wujo nie podrywał dziewczyn, Wujo je kupował. Był gruby i brzydki, więc żeby dziewczyna nie uciekła przed czasem, przedzierał banknot na pół; drugą połówkę obiecywał rano. Podobny numer stosował z pantoflami – jeden przed, drugi po konsumpcji. Pójść z Wujem to był dla kobiety niehonor. Można się było narazić na opinię „sprzedajnego kocmołucha” albo pytanie: z kim masz ten sweterek? Duduś i Wujo, arystokrata ducha i plebejski szejk, skończyli podobnie. Pawlikowski niespodziewanie wystąpił jako świadek oskarżenia na procesie Janusza Szpotańskiego i uznany został za ubeckiego kapusia. To oznaczało banicję towarzyską. Wuja aresztowano; znów nikt nie wiedział, za co. Gdy wyszedł, wychudły i zbiedniały, już się nie liczył. Zamieszkali razem w bloku, samotni, odsunięci na margines. W 1976 r. obaj popełnili samobójstwo, skacząc z okna.

Panny, madonny, legendy tych lat

Ewy się nie podrywało. To ona decydowała z kim, kiedy i gdzie. Wszystko robiła jawnie i bezczelnie, nie przejmując się nikim i niczym – wspomina Marek Piwowski. Ewa to pierwsza żona producenta Wojciecha Frykowskiego. Gwiazda przełomu lat 50. i 60. Mówiono, że jest ładniejsza nawet od Bardotki. Przebierała w mężczyznach. Założyła się o litr wódki, że zaliczy Polańskiego, i wygrała. Poderwała cygańskiego pieśniarza Burano i przejechała się po Europie z cygańskim taborem. Słynnego kulomiota odstąpiła koleżance za parę czarnych rajstop z Baltony. „Nienawidząc adorujących mnie mężczyzn, stałam się symbolem seksu. To była ironia losu. Jednak w tym wcieleniu łatwiej było im przypierdalać” – pisze we wspomnieniach. Pod cynizmem Ewy kryła się – jak to zwykle bywa – zawiedziona miłość do męża, który zdradzał i bił.

Marek Hłasko zakochany był w innej legendzie tych lat – Hance Golde. Piękna, inteligentna, perfekcyjnie elegancka. Nazywano ją Królową. Nawet inwigilujący środowisko ubecy się w niej kochali. Stała się pierwowzorem kilku postaci literackich, m.in. u Adolfa Rudnickiego, który był jej kochankiem, i oczywiście u Hłaski. Bohater opowiadania „Najświętsze słowa naszego życia” orientuje się, że z jego dziewczyną spali wszyscy kumple, gdy słyszy w ich ustach zdanie, którym pożegnała go rano. Tak jak Hanka. Mówił, że była jedyną miłością jego życia. Potem już zazwyczaj romansował z kilkoma kobietami jednocześnie, wszystkim oczywiście obiecując małżeństwo.

Chwytu „na małżeństwo” używano stosunkowo rzadko. Buty w szpic, krawat w skośny pasek i trzy tysiące w kieszeni powinno wystarczyć – mawiał Miecio Mazur, birbant i przyjaciel Wojtka Frykowskiego. Kto nie miał trzech tysięcy, stosował bajerę, na przykład na zagładę atomową, czyli że już i tak wszystko jedno. Kolega Marka Piwowskiego wymyślił patent z galaretką na spirytusie, stosowany, gdy dziewczyna odporna była na argumenty werbalne. Inny z playboyów podrywał wyłącznie dziewczyny w okularach. Okulary były w tych czasach brzydkie, więc nosili je ci, którzy naprawdę mieli słaby wzrok. Wystarczyło już w drzwiach zdjąć dziewczynie okulary i poprowadzić bezbronną ofiarę w stronę kanapy. Olek Naleśnik, ratownik z Legii, rwał na muskulaturę.

Seks traktowaliśmy sportowo, ale też jako pewien przymus – wspomina Marek Piwowski. – Przecież to w gruncie rzeczy jest ciężka harówa, ale co zrobić, gdy natura wyposażyła człowieka w popęd. Czuł się w obowiązku iść wieczorem do Ścieku albo Hybryd, żeby się narąbać i upodlić.

W trójkątach

Hybrydy stanowiły jeden z wierzchołków tzw. trójkąta bermudzkiego. Jak wspomina Janusz Głowacki, na ścianie szaletu kopiowym ołówkiem wypisywano tam spostrzeżenia o prowadzeniu się i stanie zdrowia koleżanek, filmowych gwiazdek i panienek z miasta; np. Paszcza dodatnia, Dolores niepewna. Drugim wierzchołkiem trójkąta był Bar Przechodni, gdzie szło się na wódkę przed Hybrydami, a trzecim przychodnia skórno-weneryczna, gdzie nierzadko trafiało się po Hybrydach. Głowacki poznał tam Jana Himilsbacha, którego panienka ostrzegała nawet, żeby nie posuwał się za daleko, bo ona ma syfa, ale odpowiedział: nic nie szkodzi, jestem mężczyzną.

Przepełnione gomułkowskie mieszkania, w których gnieździły się wielopokoleniowe rodziny, hotele tylko dla małżeństw, w akademikach wojskowy rygor. Nie było gdzie się kochać. Książki nawet o tym pisano. – Zabrałem kiedyś dziewczynę kajakiem nad Wisłę, w pobliże fabryki Wedla – wspomina Marek Piwowski. – Podnosimy się z trawy, a tu robotnicy w oknach biją nam brawo. Ukłoniłem się i postanowiłem zostać artystą.

Brak pruderii wynikał po części właśnie z braków lokalowych. Nie sposób było nie wiedzieć, kto z kim śpi, bo wszystko działo się niejako publicznie. Działał system pożyczania mieszkań i pokoi. W latach 70. sytuacja lokalowa trochę się rozładowała, ale młody człowiek z własnym mieszkaniem to była jednak duża rzadkość.

Braliśmy wtedy dużo ślubów – wspomina Hanna Bakuła. – Mieszkań od tego nie przybywało, ale można było legalnie spać razem u rodziców. Matka nie wpadała już jak kukułka tyrolska, żeby powiedzieć, że jest późno i kolega powinien iść do domu. Dzieci nie mieściły się w tej konwencji. Używało się prezerwatyw grubości abażuru, jakichś globulek z piekła rodem albo kupowało spiralę w Peweksie. W razie wpadki aborcja była powszechnie dostępna.

Rotacja małżeńska była w środowisku spora, co powodowało pewien zamęt. Drugie żony zdradzano z pierwszymi, pierwszego męża radzono się, czy nie rozstać się z trzecim. Jednym z małżeńskich rekordzistów był minister kultury i prezes Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski, który dość regularnie żenił się z 18-latkami. Gdy zrobił to po raz kolejny w wieku lat 60, ktoś go spytał: co będzie za 20 lat? – A co ma być? Rozwiodę się i wezmę młodszą – odpowiedział. Ale z wymianą żon na młodsze łatwo było przeholować. Pewien reżyser przyjechał na festiwal filmowy do Łagowa z nową małżonką; różnica wieku circa 50 lat. Koledzy łakomie łypali, więc trzymał ją cały dzień zamkniętą w pokoju, ale na kolację zejść było trzeba. Wodził dokoła morderczym wzrokiem, gdy podszedł Himilsbach i spytał: można panią prosić do tańca? Oczywiście, jeśli babcia pozwoli.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną