Nowy mistrz futbolu

Mały książę
Cały piłkarski świat zachwyca się Leo Messim. Poza jego ojczystą Argentyną.
Atlas Photography/BEW

Fotel króla futbolu jest zajęty od lat, właściwie obowiązuje dwuwładza, bo spór o to, czy większy był Pele, czy Diego Maradona, jest nie do rozstrzygnięcia. Z dogmatem pierwszeństwa Pelego i Maradony się nie dyskutuje – trochę ze szkodą dla innych znakomitych piłkarzy, od Alfredo di Stefano, przez Johana Cruyffa, po Ronaldo – ale pojawienie się potencjalnego dziedzica zawsze wywołuje poruszenie. Kandydat do tronu musi mieć to coś – geniusz, szósty zmysł, uwodzicielską lekkość ruchów. I musi z tego robić użytek na co dzień.

Pokłonom przed Messim nie ma końca. Dziennikarze w Hiszpanii przyznają, że brakuje im przymiotników, by opisać wyczyny Argentyńczyka. Napastnikom zawsze najbliżej do miejsca w historii i sercach kibiców, a Messi gra romantycznie, pięknie dla oka, ale jednocześnie ma w sobie coś ze świetnie zaprogramowanego automatu – jest efektywny, metodyczny, precyzyjny do bólu. Zdobył już w tym sezonie 40 goli, same ważne, bo Barcelona nie gra meczów o nic. Tak jak rozpływano się nad nim, gdy wbijał rywalom po trzy, cztery bramki, tak teraz, gdy nie jest tak skuteczny, mało kto ośmiela się go skrytykować, bo cisza w jego wykonaniu na ogół zwiastuje burzę.

Taniec z piłką

Piłka jest jego najlepszą przyjaciółką. Dbał o tę przyjaźń od małego, bo nigdy się z nią nie rozstawał. Kopał ją na podwórku, na szkolnym korytarzu i w czasie obiadu pod stołem, aż zrósł się z nią w jedną całość. Były trener reprezentacji Argentyny Carlos Bilardo powiedział, że po zrobieniu Messiemu zdjęcia rentgenowskiego okazałoby się, że jego lewa stopa zakończona jest okrągłym przedmiotem. Dobrze, że telewizja powtarza akcje w zwolnionym tempie, bo dopiero wtedy można zobaczyć, jakim cudem mija wyrastających mu na drodze rywali. Jego dryblingi między nogami przeciwników to małe dzieła sztuki. Na taki taniec z piłką Argentyńczycy mówią gambetta. To boiskowe tango. Pokaz umiejętności, opanowania piłki, a jednocześnie balansu ciała, zmiany tempa biegu, uników, które mają przyprawić rywala o zawrót głowy. Z jednej strony trzeba się popisać, a z drugiej oszukać przeciwnika – najlepiej tak, by upadł potykając się o własne nogi.

Więc to jest jeden Messi – dla miłośników futbolowej poezji. Ale zwolennicy prozy też mają go za co cenić. Napastnicy to bardzo często wielcy indywidualiści, niewidzący niczego poza czubkiem własnego buta. Argentyńczyk gra z zespołem i dla zespołu. Ma oczy dookoła głowy, jeśli oddaje partnerowi piłkę, to nie zawsze po to, by dostać ją z powrotem. Nie przypadkiem w tym sezonie prowadzi w lidze hiszpańskiej nie tylko w klasyfikacji goli, ale również asyst. Poza tym miło się go ogląda, bo na boisku nie robi z siebie pierwszego pokrzywdzonego. Tarzanie się po murawie w wyimaginowanym bólu nie jest w jego stylu. Z byle powodu nie biega z pretensjami do sędziego, nie wznosi załzawionych oczu ku niebu, nie obraża się na rywala za to, że ten ośmielił się go tknąć. Gdy straci piłkę (rzadko), nie marnuje czasu na puste gesty, tylko zrywa się do pogoni za przeciwnikiem. Zdarzały się mecze, w których był najczęściej faulującym piłkarzem Barcelony.

Ale najbardziej wyraźnym stemplem, jaki stawia na swojej karierze, są oczywiście bramki. Umie je zdobyć na sto sposobów – sprytem, finezją albo siłą. W lewej nodze ma dynamit, więc jak tylko jest okazja, to się nie zastanawia i kropi zza pola karnego. Jak przystało na napastnika, nie odpuszcza. Po przegranym ćwierćfinale Ligi Mistrzów trener Arsenalu Arsene Wenger powiedział, że Messi jest jak piłkarz z gry komputerowej – wykorzysta każdy błąd. Wszystko umie, a że jego słabych stron nie warto szukać, przekonali się niecały rok temu angielscy dziennikarze. Przed finałem Ligi Mistrzów z Manchesterem United wytykali, że Argentyńczyk nie potrafi grać głową, więc Messi w drugiej połowie strzelił gola główką i było po meczu.

Wodzirej zespołu

Do Barcelony trafił jako trzynastolatek raczej z rozsądku niż głosu serca. W samej Argentynie o nastolatku strzelającym po kilka goli w każdym meczu było co prawda głośno, ale żaden klub z elity nie chciał go przygarnąć. Wszystko przez chorobę Leo. Zawsze odstawał wzrostem od rówieśników, ale gdy zaniepokojeni rodzice wysłali go na szczegółowe badania, okazało się, że problem jest poważny – deficyt hormonu wzrostu. Konieczna była kuracja kosztująca 900 dol. miesięcznie. W domu się nie przelewało – ojciec Jorge pracował na trzech etatach, mama Celia dorabiała od czasu do czasu jako pomoc domowa; oprócz Leo mieli na utrzymaniu jeszcze troje dzieci.

Zastrzyki hormonalne finansował jeden z największych argentyńskich klubów – River Plate Buenos Aires, ale to były akurat czasy kryzysu, spadającego na łeb na szyję kursu peso, więc pomoc dla Leo skreślono z listy klubowych wydatków. Kuracji nie można było przerwać, zatem Jorge załatwił rodzinie przeprowadzkę do stolicy Katalonii.

FC Barcelona to futbolowe imperium, więc sprawa małego Argentyńczyka utonęła w morzu innych, ważniejszych. Po kilku tygodniach mama i rodzeństwo wrócili do domu w Rosario, bo nie mogli się odnaleźć na nowej ziemi. Klub finansował leczenie Leo, ale nie było pewności, czy znajdzie się dla niego miejsce w słynnej akademii piłkarskiej La Masia.

Jorge zaczynał tracić cierpliwość. Jeszcze w Argentynie po godzinach pracował jako trener, więc zdawał sobie sprawę, że Leo nie jest pierwszym lepszych dzieciakiem ze smykałką do piłki. Podczas jednej z rozmów z ówczesnym dyrektorem sportowym klubu Carlosem Rexachem postawił sprawę na ostrzu noża: albo zapewnicie mojemu synowi spokojną przyszłość, albo poszukamy pomocy gdzie indziej. Przyparty do muru Rexach spisał prowizoryczną umowę na podsuniętej mu przez kelnera serwetce. Tak został dopięty najlepszy interes w historii klubu.

Do akademii Barcy trafiają tylko wybrani z wybranych, w ostatnim czasie La Masia jest zresztą kuźnią kadr pierwszego zespołu (w wygranym niedawno meczu z Realem Madryt aż 8 z 13 piłkarzy Barcelony, którzy pojawiali się na boisku, to absolwenci szkółki). Messi znalazł się między innymi małymi czarodziejami piłki, ale tak jak na podwórku w Rosario czy argentyńskich drużynach młodzieżowych strzelał bramki hurtem. Na boisku błyszczał, poza nim chował się po kątach i bał odezwać. Cesc Fabregas, jego kolega z akademii, dziś najważniejszy zawodnik Arsenalu, wyznał kiedyś, że przez długi czas panowało przekonanie, że Messi jest głuchoniemy. Dopiero gdy koledzy zaprosili go do gry na Play Station, przekonali się, że jednak umie mówić.

Zastrzyki z hormonów odniosły skutek – w ciągu dwóch lat Messi podrósł o ponad 30 cm, dziś mierzy 169 cm. Rósł dosłownie i jako piłkarz, szybko stał się dla Barcelony niezastąpiony. Gdy klub pozbył się Ronaldinho, Leo przejął po nim koszulkę z numerem 10 – symbolem wodzireja zespołu. W czerwcu skończy 23 lata, jest najlepiej opłacanym zawodnikiem w historii Barcelony (10,5 mln euro rocznie), z kontraktów reklamowych wyciąga dwa razy tyle, ale fortuna nie przewróciła mu w głowie. Łowcy sensacji już dawno postawili na nim krzyżyk – ma dziewczynę z sąsiedztwa w Rosario, jeździ samochodem zapewnionym przez klub, żadnych kolczyków, tatuaży, ekstrawaganckich ciuchów..

Ten obcy

W nowym kontrakcie ma zapisaną klauzulę, że za ćwierć miliarda euro jest do wzięcia. I choć na pewno znaleźliby się chętni do wyłożenia za niego takiej sumy, Leo deklaruje, że nigdzie się z Barcy nie ruszy, bo to ona wyciągnęła do niego rękę i dała szansę przeżycia wspaniałej przygody. Z Barceloną zdobył wszystko, co w klubowej piłce się liczy, jest w tej chwili najlepszy na świecie, ale jedno z futbolowych przykazań mówi, że o wielkości piłkarza przesądza to, co zdziała z reprezentacją.

Dla Barcelony Messi strzela gole na zawołanie, po trzy, cztery w meczu. Łatwo wtedy powiedzieć: wygrał mecz w pojedynkę. Więc kiedy zjawia się na zgrupowaniu przed meczem reprezentacji, oczekiwania są podobne: rób to samo co dla klubu. Jeśli się nie udaje (a choćby w ostatnich eliminacjach do mistrzostw świata w RPA Argentyna męczyła się niemiłosiernie, a Messi razem z nią), żadne tłumaczenie nie pomagają. Więc rodacy nie podzielają zachwytów nad Messim. To, jak gra w Barcelonie, nic ich nie obchodzi. Wytykają mu, że przed meczami reprezentacji nie śpiewa hymnu, że w głębi duszy czuje się Hiszpanem (kilka lat temu z powodów formalnych zdecydował się na przyjęcie obywatelstwa hiszpańskiego, ale odrzucił propozycję gry w barwach drugiej ojczyzny), że nie pamięta o swoich korzeniach. Ktoś kiedyś powiedział o nim „Katalończyk”, przydomek się przyjął. Nie trzeba dodawać: ten obcy.

Messi na swoją obronę ma wiele argumentów. W 2005 r. poprowadził drużynę młodzieżową do mistrzostwa świata, gdy debiutował w pierwszej reprezentacji w meczu z Węgrami, tak bardzo chciał pokazać, że w narodowej koszulce pójdzie na każdą wojnę, że po niecałej minucie wyleciał z boiska z czerwoną kartką. Przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie wykłócał się z klubowymi prezesami, którzy zakazali mu udziału w imprezie, ale w końcu postawił na swoim i razem z kolegami zdobył złoto. Już za niecałe dwa miesiące na mundialu w RPA będzie miał znakomitą okazję, by przekonać do siebie niedowiarków.

Problem Messiego nazywa się Maradona i to wcale nie dlatego, że cień rzucany przez boskiego Diego jest za długi. W sensie umiejętności piłkarskich Messi chyba nawet przerósł Maradonę, choć w Argentynie nikt nie powie tego głośno. Argentyna z urzędu traktowana jest jako jeden z faworytów mundialu, ale odkąd Maradona trenuje reprezentację, jest faworytem pisanym palcem na wodzie. Diego przyszedł jesienią 2008 r., wydawało mu się, że na chwilę, ale nowa rola i władza tak mu się spodobały, że już nikt nie śmiał podnieść na niego ręki, nawet gdy reprezentacja kompromitowała się w eliminacjach. Awans wisiał na włosku, w końcu się udało, wielu twierdzi, że z udziałem sił nadprzyrodzonych, co Maradona oczywiście wziął do siebie i mówił: Bóg nie opuścił mnie, gdy byłem piłkarzem, nie opuści i teraz.

Więc Diego wierzy w swoją gwiazdę, nie wiadomo, czy czas przed mundialem poświęci na odrobienie lekcji z taktyki i organizacji gry, czy – jak w eliminacjach – zda się na wielką improwizację. Messi w bałaganie autorstwa Maradony do tej pory nie mógł się odnaleźć, a selekcjoner jest wymagający. Mówi, że Leo gra w reprezentacji z dziesiątką i chyba dobrze wie dlaczego.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną