Rozterki mieszkańców przedmieść

Płacz nad rozlanym mlekiem
Idylla życia na przedmieściu to w Polsce pojęcie o krótkim terminie ważności. Marząc o domku na obrzeżach miasta, trzeba mieć świadomość, że miasto i tak nas tu dopadnie. I pokaże swoją najgorszą twarz.
Poznań Strzeszyn - daleko od centrum, ale modnie
Filip Springer/Visavis.pl

Poznań Strzeszyn - daleko od centrum, ale modnie

Aby zdążyć na uczelnię, Kasia Pietrasik, mieszkanka warszawskich Bielan, musi wyruszyć z domu półtorej godziny przed rozpoczęciem zajęć. W drodze na przystanek autobusowy minie kilka luksusowych osiedli domków jednorodzinnych. Każde z nich jest strzeżone i otoczone wysokim płotem. Na jedno z tych osiedli Kasia mówi Motyl. Deweloper postawił je kilka lat temu w miejscu, w którym według tego, co mówiła pani od biologii, znajdowało się siedlisko rzadkiego gatunku motyli. Będąc uczennicą szkoły podstawowej Kasia najpierw chodziła po tej łące i wypatrywała barwnych owadów, a potem pisała długie listy do ministra środowiska w obronie tych motyli. Bez skutku. Teraz, biegnąc na przystanek autobusowy, może sobie tylko wspominać łąkę, która tu była.

Może też Kasia kląć, na czym świat stoi, tkwiąc w autobusie, który znów ugrzązł w korku. Wszystkie jej problemy z dojazdem na uczelnię zaczęły się mniej więcej wtedy, gdy na Motylu urodziły się pierwsze dzieci, a w okolicy aż zaroiło się od podobnych osiedli. A apogeum przyszło, gdy uruchomiono najdalej na północ wysuniętą stację warszawskiego metra.

Metro ułatwiło dojazd do centrum ludziom, którzy mieszkali w jego okolicy. Zlikwidowano jednak połączenia autobusowe najdalszych części miasta ze Śródmieściem. Teraz dojeżdżają one tylko do Młocin. Uruchomienie metra wydłużyło mój dojazd na uczelnię. Taki paradoks – uśmiecha się. Potem wysiada z autobusu i wraz z tłumem lekko już podenerwowanych podróżnych biegnie do metra. I jeszcze się nie zastanawia nad tym, jak wróci do domu. Nie myśli o tym, że jeśli późnym wieczorem ucieknie jej autobus, następny będzie miała za pół godziny. Nie myśli sobie „czas to pieniądz” tylko dlatego, że jeszcze studiuje i do zagadnienia rozwoju wielkiego miasta może podejść na luzie.

Nie jest też jednak tak, że Kasia nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje wokół niej. W końcu studiuje geografię i wie, że to wszystko – osiedle na jej ukochanej łące, korek na wąskiej drodze, zapchany autobus i tłok w metrze – jest częścią większego zjawiska. Nazywa się je urban sprawl, czyli w wolnym tłumaczeniu: rozlewanie się miasta – i dotyka już wszystkich większych ośrodków w Polsce. Od kilku lat płaczą nad nim urbaniści, ale mało kto chce ich słuchać. A to niedobrze, bo wkrótce zaczniemy płakać wszyscy.

Sprawl po polsku

Mechanizm jest dość prosty. Boom gospodarczy powoduje bogacenie się społeczeństwa. Coraz więcej rodzin myśli o kupnie własnego „m”, najlepiej na cichych i spokojnych przedmieściach. Zresztą w centrach miast zaczyna brakować działek pod budownictwo mieszkaniowe, deweloperzy zaczynają więc rozglądać się po obrzeżach. Szybko powstają idylliczne osiedla, bardziej z nazwy niż lokalizacji. Idylla trwa dwa, trzy lata. Bo na przedmieściach mieszkać chcą kolejni. Buduje się więc kolejne osiedla, trochę dalej, bardziej na obrzeżach.

Pojawiają się pierwsze problemy – bo z tych obrzeży trzeba dojechać, infrastruktura rozwija się jednak wolniej niż budownictwo. Komunikacji miejskiej brak, więc rodziny kupują samochody, samochody grzęzną w korkach, mieszkańcy zaczynają protestować. Zwłaszcza ci, którzy sprowadzili się tutaj pierwsi. Ich ciche osiedla przestały być ciche. Władze w końcu poszerzają drogę, deweloperzy wykupują grunty wzdłuż niej, reklamując swoje inwestycje jako doskonale skomunikowane z centrum. Wprowadzają się nowe rodziny, kupują kolejne samochody, grzęzną w jeszcze dłuższych korkach. Kolejne protesty, kolejne osiedla. Oto urban sprawl po polsku.

Samo pojęcie powstało w Stanach Zjednoczonych i właściwie tylko tam mamy do czynienia z jego klasyczną odmianą – wyjaśnia dr Michał Beim, specjalista od urbanizacji z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – W Polsce rozlewanie się miast określamy raczej jako suburbanizację. Mechanizmy są jednak dość podobne.

Problem dotyczy przede wszystkim Warszawy. Z badań dr Doroty Mantey z Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że jednym z najbardziej ekspansywnych kierunków rozwoju stolicy jest południe. Piaseczno, Lesznowola, Grodzisk Mazowiecki i okalające je miejscowości przeżywają od kilku lat prawdziwy najazd osadników. – Swoje badania prowadziłam w 2006 r. Od tego czasu sytuacja wielu osiedli, położonych wtedy na uboczu, znacząco się zmieniła. Docierają do mnie sygnały, że na przykład mieszkańcy warszawskiego Józefosławia, uchodzącego niedawno za cichą ostoję, zmęczeni tłokiem i hałasem wyruszają na południe, w kierunku Piaseczna i Ustanowa – wyjaśnia dr Mantey.

Zdaniem Michała Beima, w najbardziej niepokojący sposób rozlewa się także Poznań. – I tu suburbanizacja już dawno wymknęła się spod kontroli i biegnie swoim torem. W Poznaniu, zwłaszcza wieczorami, już widać wyludnienie centrum miasta, ludziom nie chce się tutaj przyjeżdżać z odległych i źle skomunikowanych przedmieść – wyjaśnia. – Sprawl dotknął też aglomerację śląską, Wrocław, Kraków, Szczecin. Dość skutecznie opiera mu się chyba tylko Łódź, ale tylko dlatego, że ma dość sporo rezerw lokalowych wewnątrz miasta.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną