Nowe życie starych filmów

Cerowanie na ekranie
Zajmują się przenoszeniem starego polskiego kina do świata współczesnych technologii. Jak sami mówią, dają tym filmom drugie życie.
Prace rekonstrukcyjne przy 'Krzyżakach' Aleksandra Forda w studiu TPS.
Anna Musiałówna/Polityka

Prace rekonstrukcyjne przy "Krzyżakach" Aleksandra Forda w studiu TPS.

Gdy scenę ogląda się zza pleców Maćka Chełmickiego, to widać dokładnie mistyfikację. Maciek wyjmuje pistolet zza koszuli, obraca się i idzie w kierunku towarzysza Szczuki. Potem unosi broń, ale nim zdąży pociągnąć za cyngiel, pierś sekretarza eksploduje i tryska krwią.

– Wygląda na to, że pirotechnik zbyt wcześnie odpalił ładunek – mówi Dariusz Jankowski, współwłaściciel studia TPS, który obliczył, że kula przeszywa serce Szczuki dokładnie o pięć klatek za wcześnie. Przez pięćdziesiąt lat od nakręcenia „Popiołu i diamentu” nie dało się tego naprawić i dopiero Jankowski postanowił ten błąd wyeliminować. – Trzeba było wystrzał opóźnić, a potem zsynchronizować go z wybuchem pirotechnicznym – tłumaczy. To duże wyzwanie. Zwłaszcza że po tylu latach nie można nakręcić dubla. Jankowski odtworzył tę scenę w komputerze. Podzielił obraz, dorobił brakujące klatki, dopasował obie części tak, by widz nie odczuwał dyskomfortu. Praca nad 5 klatkami, które na ekranie pojawiają się na 1/5 sekundy, zajęła studiu TPS trzy dni.

Po takiej operacji sadza się reżysera przed ekranem i pokazuje dwie różne wersje tej samej sceny: tak pół wieku temu zostało to sfilmowane, a tak dzisiaj zostało naprawione. – Staramy się twórcom niczego nie narzucać, ale pokazać różnicę, by mogli sami zdecydować, co im się bardziej podoba – mówi Jankowski, dodając, że twórcy zwykle nie mają żadnych wątpliwości. Nawet Andrzej Wajda uznał, że śmierć towarzysza Szczuki lepiej wygląda po rekonstrukcji cyfrowej. A to tylko ułamek z ponad 139 tys. klatek filmowych, które przy tej okazji zostały naprawione i przeniesione do świata cyfrowego.

Jak daleko można się posunąć w tej rekonstrukcji? Co usunąć ze starych filmów? Co zostawić? Czy powinno się usunąć z kadru koniuszego, który niespodziewanie pojawia się w zielonym mundurze u boku króla Władysława Jagiełły zmierzającego na pola Grunwaldu w drugim akcie „Krzyżaków”? Czy Zbigniewowi Cybulskiemu, grającemu hiszpańskiego kapitana gwardii królewskiej, który przypadkowo w jednej ze scen „Rękopisu znalezionego w Saragossie” został sfilmowany w dżinsach, należy je dzisiaj wyretuszować? Technicznie jest to możliwe, ale czy to etyczne?

Nie chcemy tego robić przez szacunek dla twórców – mówi Jędrzej Sabliński ze studia Chimney Pot, zajmującego się cyfrową obróbką obrazu. – Chyba że sami taką zmianę zaakceptują.

Na razie w rekonstrukcji filmowej obowiązuje zasada: nikt nie ma prawa samowolnie zmieniać filmu. – Usuwamy głównie to, co znalazło się na taśmie w wyniku jej zużycia – dodaje Sabliński.

Cyfrowy wehikuł

Projekt KinoRP, w ramach którego restaurowane są stare polskie filmy, wymyślił Grzegorz Molewski – założyciel i pierwszy prezes kanału filmowego Kino Polska – jedynej telewizji nadającej, z powodzeniem, od siedmiu lat wyłącznie polskie filmy. – Dlaczego ludzie lubią te stare filmy? – zastanawia się Molewski. – Pewnie chcą się zanurzyć w tamtym klimacie, by oglądać swoją przeszłość. Nie przeszkadza im nawet to, że obiektyw w kamerze czasem zawodzi i taśma jest marnej jakości.

Inspiracją dla Molewskiego był film „Kanał” Andrzeja Wajdy, który w jednym z wydań DVD składa się głównie z ciemności, od czasu do czasu przerywanych dialogami. Przez pół wieku obrazy kręcone w warszawskich kanałach sczerniały tak, że trudno w nich rozróżnić twarz Tadeusza Janczara od twarzy Stanisława Mikulskiego. – Wszyscy powtarzają, że to arcydzieło, ale dysonans polega na tym, że tego nie widać – mówi Grzegorz Molewski.

Marny obraz nie przeszkadzał zbytnio w epoce analogowej, magnetycznej taśmy VHS. Znacznie gorzej było w epoce cyfrowej, DVD, gdzie kiepska jakość kadrów rzucała się już w oczy. Rewolucja technologiczna IT spowodowała, że żaden starszy polski film nie mógłby być wyświetlany w telewizji wysokiej rozdzielczości HD. Filmu takiego jak „Kanał” nie można też już zobaczyć w nowoczesnym kinie, bo nie do zniesienia byłby skaczący, falujący i migający obraz oraz chrypienie wydobywające się z głośników. Zresztą tradycyjne projektory wypierane są z kin przez cyfrowe, w których zamiast rolek z taśmą filmową wykorzystuje się gigantycznej pojemności przenośne dyski pamięci. – Jeśli nie chcemy, by stare polskie filmy stały się ramotami i trafiły jedynie do muzeum kinematografii, to i tak musimy przenieść je w świat cyfrowy – mówi Molewski, który namówił do współpracy dwa warszawskie studia filmowe – Chimney Pot i TPS.

Jędrzej Sabliński, szef Chimney Pot, przyznaje, że początki przejścia do świata cyfrowego nie wyglądały obiecująco. W 2007 r., na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, studio to pokazało swój pierwszy zremasterowany cyfrowo obraz, czyli „Sanatorium pod klepsydrą”. Film wyświetlany na wielkim 70-calowym monitorze w hotelu Gdynia przyszło zobaczyć zaledwie 8 osób. – Czyli na każdego widza poświęciliśmy pół miesiąca zespołowej pracy – wspomina Sabliński.

Wtedy Grzegorz Molewski uznał, że filmy muszą wrócić do kina, gdyż tylko wielki ekran jest w stanie pokazać możliwości rekonstrukcji cyfrowej. – Zacząłem się zastanawiać, kogo do tego pomysłu przekonać?

Przekonał najbardziej prężne polskie studio filmowe – Kadr, w którym swoje filmy robili m.in. Andrzej Wajda, Andrzej Munk, Kazimierz Kutz i Janusz Morgenstern. Kadr postawił na filmy Jerzego Kawalerowicza, którym chciał przywrócić cyfrowe życie. Drugim partnerem projektu KinoRP stało się studio filmowe OKO, mające w swej filmografii prace Wojciecha Hasa. Pierwszy w Polsce kinowy seans zrekonstruowanego cyfrowo filmu odbył się podczas kolejnego festiwalu w Gdyni. Pokaz filmu „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza z 1959 r. zapowiedziano jako niespotykane wydarzenie. Zamiast cieni, błysków i trzasków widzowie zobaczyli obraz ostry jak brzytwa; a zamiast szumów i trzasków usłyszeli krystalicznie czyste głosy aktorów. Widzowie mogli odnieść wrażenie, jakby podróż Lucyny Winnickiej z Leonem Niemczykiem na trasie Warszawa–Hel została sfilmowana wczoraj, a nie dziesiątki lat temu. Jakość obrazu była tak doskonała, że w błyszczącym lakierze wagonów można było dostrzec odbicia sylwetek ekipy filmowej.

– Okazało się, że pod warstwą kurzu, pyłów i ziaren jest coś jeszcze, czego do tej pory nie udało się dostrzec, bo przesłaniały to śmieci – mówi Dariusz Jankowski, który trzy lata temu rozpoczął pracę nad przeniesieniem „Pociągu” w świat cyfrowy. – Te subtelności zobaczyliśmy dopiero po odfiltrowaniu zanieczyszczeń.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną