Społeczeństwo

Przychodzi bobo do lekarza

Dzieci w Polsce są chorowite. Czyja to wina?

Edward Bock / PantherMedia
Krzywe łopatki, alergie, wady serca, popsute zęby – dzieci w Polsce mamy cherlawe, koślawe i chorowite. To wina rodziców czy źle zorganizowanej opieki pediatrycznej?

Stanem zdrowia najmłodsze pokolenie dorównuje 60-latkom. Na długiej liście odchyleń od normy są już nie tylko wady postawy, płaskostopie i próchnica, które zawsze wstydliwie wyróżniały nasze dzieci w międzynarodowych rankingach. Coraz większym problemem stają się kłopoty zupełnie nieprzystające do ich wieku: cukrzyca, głuchota, depresja, choroby oczu.

We Wrocławiu z 6 tys. przebadanych dzieci tylko 3 proc. uznano za całkowicie zdrowe; w województwie łódzkim co czwarte dziecko do 14 roku życia choruje przewlekle na alergię, astmę lub ma wadę wzroku; spośród sopockich 15-latków co trzeci ma nieprawidłowy poziom cholesterolu, 12 proc. – podwyższone ciśnienie, prawie jedna piąta jest już otyła; w Krakowie na depresję cierpi co trzeci nastolatek. W skali kraju co dziesiąty wymaga aparatu słuchowego, okularów lub zaopatrzenia ortopedycznego.

Co doprowadziło do tak katastrofalnego stanu? Prof. Anna Dobrzańska, krajowy konsultant w dziedzinie pediatrii, uważa, że to cena postępu medycyny: – Wiele wcześniaków jeszcze 10 lat temu nie miałoby szans na ocalenie. Heroiczne ratowanie noworodków urodzonych dwa, trzy miesiące przed terminem skutkuje niedojrzałością organizmu, który nie potrafi nadgonić czasu, jaki powinien spędzić w łonie matki – stąd u takich dzieci przewlekłe choroby płuc, zaburzenia wzroku i słuchu.

Minie pięć, sześć lat i w zasięgu dziecka znajdą się zdobycze cywilizacji, które zdrowiu się nie przysłużą: pogorszy mu się wzrok od wielogodzinnego wpatrywania w monitor komputera, popsuje słuch od muzyki z iPoda. Okuliści i laryngolodzy alarmują, że 29 proc. uczniów szkół średnich cierpi na krótkowzroczność, co piąte dziecko kończy szkołę podstawową z zaburzeniami słuchu, ale sami nie wierzą w wiarygodność tych danych, sugerując, że mogą być zaniżone. – Większość nauczycieli i rodziców nie wie, że ich podopieczni mają poważne problemy zdrowotne, bo sami tego nie zauważają, a coraz rzadziej wysyłają ich na badania – ubolewa prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie.

Rozpad systemu

Prawdopodobnie najważniejszy powód fatalnego stanu zdrowia młodego pokolenia to demontaż dobrze kiedyś zorganizowanego systemu opieki pediatrycznej. Po zlikwidowaniu 10 lat temu (wraz z początkiem reformy ochrony zdrowia w 1999 r.) wojewódzkich przychodni matki i dziecka, poradni D monitorujących rozwój dzieci zdrowych, wycofaniu z przedszkoli i szkół lekarzy oraz stomatologów, czyli mówiąc krótko: po zastąpieniu pediatrów – na pierwszej linii frontu opieki zdrowotnej – lekarzami rodzinnymi, odpowiedzialność spadła na zdezorientowanych rodziców. – W społeczeństwie nie brakuje ludzi, którzy o dzieci zupełnie nie dbają – zauważa prof. Alicja Chybicka, szefowa Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. – Są zbyt zapracowani albo należą do marginesu. Matka pijaczka nigdy nie zaprowadzi dziecka do lekarza.

A co robią pozostali rodzice, gdy problem spada na głowę w środku nocy, gdy w najbliższej przychodni nie ma pediatry, bo nie musi go być, zaś do lekarza rodzinnego kolejka emerytów ustawia się od świtu? Szukamy pomocy w poradnikach typu „Mam dziecko”, „Twoje dziecko”, „Zdrowe dziecko” albo zadajemy pytanie na forum internetowym.

– W ciągu godziny otrzymuję kilkadziesiąt odpowiedzi od bardziej doświadczonych kobiet – opowiada Beata z Katowic, matka 3-letniego Adasia. Wcale jej nie peszy, że często zebrane opinie są sprzeczne. – Nauczyłam się wybierać złoty środek. To przytomne nastawienie, bo przy zmieniających się modach, wskazówkach żywieniowych, a nieraz zbiorowej histerii, zdrowy rozsądek bardzo się przydaje.

Skąd jednak rodzice mają wiedzieć, kiedy powinni szukać pomocy lekarza, a kiedy wystarczy polegać na radach internautów, którzy z troską (i przecież całkowicie bezpłatnie) dzielą się na forach swoim doświadczeniem? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, jeśli z jednej strony słyszymy ostrzeżenia, by nie tracić czujności i w porę likwidować każdy objaw choroby, a z drugiej, by nie naciągać opieki medycznej na niepotrzebne koszty.

Byłoby łatwiej, gdyby lekarz był pod ręką. Kiedyś, wraz z pojawieniem się nowego domownika, rodziców odwiedzała pielęgniarka środowiskowa, pomagała kąpać, mówiła, jak karmić, w ślad za nią przychodził pediatra. Z najbliższej przychodni. Dziś nie jest to już regułą, ponieważ NFZ nie kontraktuje osobnych porad pediatrycznych.

Doktor nie ma czasu

Jedyną wizytę domową, która odbyła się bez naszej inicjatywy, mieliśmy pięć lat temu, po narodzinach mojej córki – wspomina Michał Grzegorzewski z Warszawy, ojciec Joasi, 3,5-letniego Mikołaja oraz 2-letniego Wojtka. Młodszych synów zapisał więc sam do przychodni najbliżej domu, co i tak nie zdało egzaminu. Gdy żona chciała wezwać lekarza na wizytę domową, by nie ciągnąć dwójki zdrowych dzieci do przychodni, kiedy zachorowało najmłodsze, usłyszała od rejestratorki: przecież pan doktor nie ma czasu!

Poradnie z oddzielnymi wejściami dla dzieci chorych i zdrowych również okazały się przeżytkiem. Grzegorzewscy w nagłych sytuacjach dzwonią teraz po prywatnego pediatrę.

Iwona Kochanowska nie ma wątpliwości, iż to, że jej syn znalazł się pod opieką endokrynologa, zawdzięcza czujności szkolnego pediatry – było to jeszcze przed reformą. – Oboje z mężem nie zauważyliśmy, że dziecko jest nieco niższe od rówieśników – opowiada. – Okresowe badania w szkole pozwoliły jednak szybko wykryć nieprawidłowości i dostaliśmy skierowanie do specjalisty.

Odkąd w szkołach nie ma lekarzy, rodzice mogą liczyć tylko na własną spostrzegawczość. – W założeniach reformy chodziło o to, aby lekarz rodzinny był jak najbliżej pacjentów i przejął całą profilaktykę oraz podstawowe leczenie – mówi prof. Anna Dobrzańska. – Jeśli rodzice chodzą do przychodni z dzieckiem tylko wtedy, gdy ono wymiotuje lub gorączkuje, to kiedy lekarz ma kontrolować jego rozwój?

Łukasz Malczewski był spostrzegawczy, ale nie dość szybki. Jego trzyletnia córka Nina o mało nie straciła słuchu, ponieważ powtarzające się zapalenia migdałków leczyło kilku pediatrów i każdy robił to po swojemu. Pierwszy kazał czekać i obserwować. Drugi podawał przeciwalergiczny Zyrtec. Trzeci leczył antybiotykami. W końcu zdezorientowani rodzice trafili do lekarza, który uznał, że być może trzeba migdałki usunąć. „Państwo musicie zadecydować, czy warto” – usłyszeli w kolejnym gabinecie. – A ja liczyłem na to, że w końcu lekarz weźmie odpowiedzialność za swoje decyzje i sam powie, jak wyleczyć dziecko – opowiada Malczewski. – Dlaczego w warsztacie samochodowym mechanicy na ogół wiedzą, jak zreperować samochód i nie pytają laików o zdanie?

Pułapki marketingu

Dawniej w rozwiązywaniu zdrowotnych dylematów pomagała cała wielopokoleniowa rodzina. Młode matki i ojcowie są obecnie odcięci od tych naturalnych korzeni, bo uczą się i pracują z dala od domu, gdzie sami dorastali. A kobiety decydujące się na macierzyństwo dopiero w 40 roku życia pozostają bez wsparcia i doświadczenia własnych rodziców, już zbyt sędziwych, by spieszyć z pomocą w każdej potrzebie. Bliski kontakt z zaufanym pediatrą bardzo by się więc przydał, ale tylko niektóre rodziny mają szczęście do takiej opieki; większość czuje się osamotniona.

A pytań nie brakuje: o sens szczepień, podawanie witamin, żywienie. Nawet najbardziej klarowna reguła bywa zakwestionowana w Internecie lub w nieodpowiedzialnych publikacjach prasowych (jak choćby straszenie szczepionkami, które rzekomo doprowadziły do wzrostu zachorowań na autyzm – co już dawno na świecie wykluczono, ale w Polsce wciąż można przeczytać kuriozalne teksty o takim niebezpieczeństwie).

Inna sprawa, że w drażliwych kwestiach, na przykład ochrony dziecka przed chorobami zakaźnymi czy próchnicą zębów, nawet lekarze między sobą nie potrafią uzgodnić poglądów. Jedni zachęcają: podawać fluor od urodzenia, żeby ząbki były zdrowe! Inni ostrzegają: fluor dopiero od 6 miesiąca! Albo: po co dzieci szczepić przeciwko ospie lub grypie? Niech się organizm sam hartuje. Prof. Andrzej Radzikowski, konsultant ds. pediatrii na Mazowszu, nie kryje oburzenia, gdy koledzy po fachu rozpowszechniają niesprawdzone mity. – Zdaję sobie sprawę, że mamy dziś niezwykłą modę na medycynę naturalną, która może być doskonałym remedium na wiele problemów, ale niech jej zwolennicy nie ustawiają się w roli naszych konkurentów. Sam często polecam domowe kuracje, ale trzeba wiedzieć, kiedy je zastąpić klasyczną terapią.

Za żywienie małych dzieci zabierają się spece od marketingu i przekazują w reklamach błędne zalecenia. Udział znanej z TVN superniani Doroty Zawadzkiej w promocji Ramy to nie jedyny przykład tego chaosu. – Psycholog ekspertem od diety? – dziwią się żywieniowcy, a pani Zawadzka na tle pudełka margaryny puszcza oko do rodziców: „Dzieci nie mogą się doczekać, kiedy będą duże... Najlepiej spożywać Ramę jako element zbilansowanej diety i zdrowego stylu życia”. Rodzice nie za bardzo wiedzą, co to znaczy zbilansowana dieta, ale na pewno zauważą: „Codziennie Rama. Codziennie rośnij”.

Doc. dr hab. Halina Weker, kierownik Zakładu Żywienia z Instytutu Matki i Dziecka: – W żadnych naszych rekomendacjach nie było i nie ma zalecenia, by dzieciom podawać wyłącznie margarynę miękką. Można nią smarować pieczywo okazjonalnie, ale do 10 roku życia dzieci powinny jeść także świeże masło, bo to tłuszcz mniej przetworzony, zawierający ok. 400 kwasów tłuszczowych potrzebnych do budowy różnych tkanek.

Sposób odżywiania dzieci w latach powojennych był dużo zdrowszy niż obecnie. Prosta żywność, często racjonowana, dawała maluchom lepszy życiowy start niż obfitująca w sklepowe frykasy dieta ich dzieci i wnuków. Matki musiały polegać na lokalnym zaopatrzeniu, a posiłki, choć monotonne, zapewniały to, co powinny: wapń z mleka i serów, błonnik z jarzyn, węglowodany z ziemniaków. Dzieci nie miały łatwego dostępu do słodyczy i napojów gazowanych, więc nie dokarmiały się cukrem. Nie sięgały po przekąski i przegryzki takie jak chipsy nasiąknięte niezdrowym tłuszczem.

Gdy doc. Weker odpowiada na dotyczące żywienia pytania czytelników pisma „Twoje dziecko”, widzi, jak błądzą po omacku. Zazwyczaj nie mają z kim skonsultować swoich rozterek, bo NFZ nie kontraktuje porad dietetyczno-żywieniowych, a przychodni nie stać na zatrudnianie dietetyków. Lekarze rodzinni mówią, że leczą i nie mają czasu na wskazówki dotyczące żywienia. Paradoksalnie w lepszej sytuacji są więc dzieci z rozpoznaną alergią lub anemią, bo rodzice dostają instrukcje, czym je karmić.

Producenci nie pomagają. Choć coraz więcej firm umieszcza na opakowaniach informacje o zawartości soli czy tłuszczów, na zakupy trzeba by chodzić z lupą, aby odszyfrować niewidoczne gołym okiem liczby. Pewnym ułatwieniem mógłby być program „Wiem, co wybieram”, który zezwala producentom na oznakowanie żywności czytelnym logo, jednak aby przystąpić do programu, trzeba zmodyfikować recepturę pod względem ograniczenia cukru, soli oraz niezdrowych tłuszczów i poddać to szczegółowej weryfikacji. Przez dwa lata przystąpiło do programu zaledwie kilkanaście firm – większość nie chce ulepszać receptur albo nie wierzy, że taki znaczek przyciągnie klientów. Istotnie, wolimy proste, krzyczące hasła: sok wzbogacony witaminami, jogurt wzmacniający odporność. Która matka nie sięgnie po taką żywność, choć na opakowaniu nie ma żadnych dowodów, że hasła te są prawdziwe?

Inna sprawa, że sami eksperci ulegają okresowym modom, a idea przyznawania certyfikatów przez gremia naukowe, choć na pierwszy rzut oka pożyteczna, została w mediach ośmieszona jako łatwy sposób na podreperowanie budżetu szpitala lub towarzystwa medycznego (POLITYKA 10). Konsumenci już wiedzą, że takie logo można po prostu kupić lub otrzymać w dowód wdzięczności za finansowe wsparcie jakiejś fundacji, a polecany serek lub przecier z naklejką to niekoniecznie najzdrowszy na rynku rarytas.

Większość rodziców bardziej się niepokoi, kiedy dziecko nie je, niż gdy za szybko przybiera na wadze. Otyłość uchodzi za oznakę zdrowia, choć to pogląd z gruntu fałszywy, bo właśnie szczupłe dzieci mają przed sobą zdrowszą przyszłość. Już o przedszkolakach mówi się, że są pokoleniem XXL. Winę ponoszą dorośli. – Niektórzy nasi mali pacjenci są karmieni 10–12 razy w ciągu dnia, czyli, o zgrozo, co godzinę – załamuje ręce doc. Weker. Według psycholog Marty Barańskiej z Instytutu Matki i Dziecka, problemy te wynikają często z zaburzonych relacji w rodzinach: – Co z tego, że otyłe dzieci zachęcamy do większej aktywności fizycznej, skoro jeśli chcą pograć w piłkę, to rodzice wyganiają je na podwórko, a sami wolą zostać w domu i oglądać telewizję!

Bez zachęty i przykładu dziecko, zamiast poruszać się na świeżym powietrzu, otworzy kolejną paczkę chipsów. Stąd pomysł miesięcznika „Reader’s Digest” na wakacyjną akcję „Rusz się, rodzino!”, aby dorośli choć przez kwadrans dziennie ćwiczyli wspólnie ze swoimi latoroślami i mobilizowali je do ruchu. Szkoła to marny sojusznik, jeśli nauczycieli cieszy fakt, że nie muszą podczas przerw pilnować uczniów. Dzieci nie biegają ani nie kopią piłki jak dawniej, bo wolą wysyłać esemesy, grać na telefonach komórkowych, albo... jeść.

 

 

Pediatry brak

Wycofanie pediatrów ze szkół i rozmontowanie systemu poradni dla zdrowych i chorych dzieci nałożyło na pracowników przedszkoli i szkół nieznane dotąd obowiązki. Jak opiekować się dziećmi z astmą, padaczką, hemofilią? – Najmłodszy syn ma cukrzycę i posłanie go za rok do przedszkola będzie nie lada wyzwaniem, ponieważ większość placówek nie chce mieć na głowie takich maluchów – żali się Michał Grzegorzewski.

Jego problem doskonale rozumie Marcin Sobiecki, który pięć lat temu założył firmę MEDU i prowadzi warsztaty dla personelu mazowieckich szkół oraz przedszkoli z pierwszej pomocy i ratownictwa medycznego. – Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że nie istnieją przepisy zabraniające nauczycielom podawania leków, natomiast w resorcie edukacji już takiej pewności nikt nie ma – mówi. – Skoro są ustawy i rozporządzenia zabraniające pielęgniarkom i ratownikom medycznym podawania bez zlecenia lekarza np. insuliny, dlaczego może to robić nauczyciel?

To jest zbyt poważna sprawa, by pozostawić ją domysłom – przyznają dyrektorzy. Boją się odpowiedzialności, bo ratowanie dziecka z atakiem hiperglikemii, astmy czy padaczki mogłoby się skończyć nieoczekiwanymi powikłaniami. Rodziców zmusza się więc do podpisywania oświadczeń, że nie będą rościć żadnych pretensji, jeśli w szkole dojdzie do komplikacji. Tylko pod takim warunkiem ich dzieci przyjmowane są do szkół i przedszkoli. W przeciwnym razie trafiają do placówek integracyjnych, co zakrawa na skandal, gdyż cukrzyca, astma ani hemofilia nie powinny być przeciwwskazaniem do nauki w normalnej szkole. Wbrew zapewnieniom ministrów zdrowia i edukacji, dzieci przewlekle chore to wciąż uczniowie niechciani, ich los zależy wyłącznie od dobrej woli (i odwagi) dyrektora szkoły i nauczycieli. Dlaczego właśnie one mają płacić za decyzje, które doprowadziły do zniszczenia medycyny szkolnej?

Nie sądzę, by można ją dziś było szybko odrestaurować – obawia się prof. Marian Krawczyński, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. – A nie ma czasu na kolejną prowizorkę. Łatwiej byłoby zacząć traktować pediatrę jako współpartnera w medycynie rodzinnej. By nie był on jedynie podwykonawcą.

Problem w tym, że pediatrów zaczęło brakować. Średnia wieku lekarzy w tej specjalności to 58 lat. Wiele lekarek pracuje nawet po 70 roku życia, dzięki temu można jeszcze obsadzić dyżury. – W styczniu, ku mojej rozpaczy, zamknięto na Podlasiu dwa oddziały pediatryczne. Myślałam, że z powodów finansowych – opowiada prof. Alicja Chybicka. – Okazuje się, że tam po prostu nie ma kto pracować!

Moda na pediatrię minęła wraz z podporządkowaniem lekarzy tej specjalności gabinetom rodzinnym. – We Wrocławiu mieliśmy co roku kilkanaście wolnych miejsc na etatach rezydenckich, bo nie było na nie chętnych – wspomina profesor Chybicka, która kieruje w tym mieście Kliniką Transplantacji Szpiku, Hematologii i Onkologii Dziecięcej.

W ubiegłym roku minister zdrowia wprowadziła pediatrię na listę tzw. specjalizacji priorytetowych (gdzie luki pokoleniowe są największe), podwyższając pensję młodym lekarzom o kilkaset złotych. – To wystarczyło, by na pediatrię wrócili młodzi lekarze. Ale na odbudowę kadr potrzeba co najmniej sześciu lat – ocenia profesorka, która marzy, by do tej specjalizacji, wciąż bardzo sfeminizowanej, garnęli się też mężczyźni. – Mężczyzna na pediatrii jest ostoją w najtrudniejszych momentach. Nie mówiąc o tym, że weźmie piątkę dzieci na ręce i zaniesie do rentgena, czego żadna z nas nie zrobi.

Powierzenie leczenia i profilaktyki dziecięcej lekarzom rodzinnym miało odciążyć szpitale. – Ale tak się nie stało – mówi prof. Anna Dobrzańska. Z ankiety, którą przeprowadziła wraz z konsultantami wojewódzkimi, wynika, że co trzecia hospitalizacja nadal jest zbędna, bo te same badania można przeprowadzić w podstawowej opiece zdrowotnej.

Ponieważ życie weryfikuje nawet najlepsze idee, o pechu może mówić pani Katarzyna z Warszawy, matka 5-letniej Oli: jej dziecko bez żadnego zrozumienia dla śmiałych rozwiązań systemowych w polskiej służbie zdrowia postanowiło rozchorować się akurat w piątek wieczorem, gdy do przychodni nie można się już dostać. Telefon do lekarza rodzinnego: co robić? Jechać do szpitala na dyżur, bo tylko tam zrobią niezbędne badania – pada odpowiedź, choć to właśnie lekarz rodzinny powinien najpierw zbadać jej córkę.

W tej przepychance między podstawową opieką zdrowotną a szpitalami prawdziwymi ofiarami znów są zdezorientowani rodzice i ich dzieci. Co mają zrobić, jeśli drzwi przychodni są zamknięte na głucho? Czekać do rana, aby usłyszeć, że coś zaniedbali, czy szukać ratunku w przepełnionym szpitalu, byle tylko ktoś im wytłumaczył, dlaczego dziecko gorączkuje?

Zrzutka na szpital

Do fatalnej sytuacji polskiej pediatrii należy dopisać jeszcze jeden słaby punkt: niedoinwestowane szpitale. W niektórych miastach, zwłaszcza w Warszawie, lekarze wstydzą się zapraszać gości z zagranicy, by nie zobaczyli, w jakich warunkach leczy się dzieci w stolicy Polski. Brakuje co najmniej stu łóżek pediatrycznych, a wkrótce trzeba będzie zamknąć dwie główne lecznice dziecięce, przy ul. Litewskiej i Działdowskiej.

Ponadstuletnie budynki powstały jako siedziby urzędów, brakuje w nich wind, przestronnych korytarzy, pokoi z oddzielnymi węzłami sanitarnymi. – Na moim oddziale była do niedawna tylko jedna łazienka, wspólna dla chłopców i dziewcząt. Każdego ranka ustawiała się kolejka do toalety – żali się prof. Tomasz Wolańczyk, kierownik Kliniki Psychiatrii z ul. Litewskiej. Udało się wygospodarować drugą łazienkę, ale łóżek z trzech sześcioosobowych sal już nie ma gdzie rozparcelować, bo oddziału nie można powiększyć o nowe pokoje. Zgodnie z unijnymi normami sanitarnymi klinika powinna więc zredukować liczbę miejsc z osiemnastu do sześciu. Tylko co zrobić z pacjentami?

Ten sam problem ma prof. Marek Kulus, szef Kliniki Pneumonologii i Alergologii w budynku przy ul. Działdowskiej: – Sale chorych są tak małe, że stojąc w środku z wyprostowanymi rękami mogę dotknąć obu ścian, a musi w nich stać łóżko, szafka i jeszcze na podłodze trzeba wygospodarować miejsce na materac dla rodzica. Niedawno poszerzyliśmy drzwi, aby dało się wystawić łóżko na korytarz, żeby dokładnie umyć pokój.

Jesienią i zimą, gdy trwa sezon przeziębień, klinika prof. Kulusa wstrzymuje przyjęcia dzieci z astmą lub innymi przewlekłymi chorobami płuc, ponieważ na oddziale musi być miejsce dla kichających i kaszlących pacjentów. Biegunki wirusowe przenoszące się błyskawicznie z jednego dziecka na drugie, stały się przekleństwem warszawskich szpitali, w których obłożenie wynosi 150 proc. A powinno być – przy zachowaniu właściwych standardów – o połowę mniejsze. Urzędnicy mają pretensję: nie pozwolimy, aby łóżka stały niewykorzystane. Nie wiedzą, o czym mówią. W zachodnich szpitalach pediatrycznych nieraz całe piętro stoi puste na czas dezynfekcji, bo skoro 95 proc. chorób dziecięcych ma podłoże infekcyjne, to po pierwsze – trzeba pozbyć się zarazków, a po drugie – izolować ich nosicieli w jednoosobowych salach. – U nas to niemożliwe – twierdzą pediatrzy, którzy muszą wypisywać do domu niedoleczone dzieci, by nie narażać ich na niebezpieczeństwo infekcji szpitalnej.

Warszawski Uniwersytet Medyczny jest jedyną uczelnią w Polsce, która nie ma nowoczesnego szpitala pediatrycznego z prawdziwego zdarzenia. Prof. Marek Kulus, prorektor WUM, z dumą pokazuje teren na tyłach ulicy Banacha, gdzie dziś rośnie trawa i kilka wysokich topoli: – Tu powstanie nasz nowy szpital. Mam nadzieję, że zgodnie z planem, czyli w 2014 r.

Trzeba mieć tej nadziei sporo, by porywać się na inwestycję szacowaną na 530 mln zł, mając zaledwie 11 mln, które budżet państwa wysupłał na ten cel w tym roku. – Tyle wystarczy na projekt architektoniczny, prace ziemne zaczną się dopiero jesienią – zapewniają władze uczelni, z ulgą doceniając fakt, iż budowę nowej placówki obiecało w całości sfinansować państwo. – Polityków bardziej interesują w medycynie te dziedziny, które są im bliższe z ich osobistego punktu widzenia: urologia, onkologia, kardiologia – zauważa cynicznie prof. Kulus. – A pediatria? Choć chwyta za serce, to każdemu wydaje się, że pomagać nie musi, bo inni zrobią to za niego.

Owszem, działają fundacje z ofiarną Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy na czele. Teraz też można się spodziewać rychłego zawiązania komitetu społecznego i jak kiedyś cała Polska budowała Centrum Zdrowia Dziecka, tak mieszkańcy Warszawy na pewno wesprą budowę szpitala dla swoich maluchów.

Andrew Rafalat, prezes fundacji Przyjaciele Szpitala Dziecięcego przy Litewskiej, zaproponował władzom WUM, by inwestycja powstała w ramach rozwijanego w innych krajach Europy partnerstwa publiczno-prywatnego, czyli mówiąc wprost: zachęca do współpracy z prywatnymi sponsorami, którzy gotowi byliby wesprzeć budowę finansowo. – A potem co w zamian? – pyta retorycznie prorektor Marek Kulus i kategorycznie stwierdza: – Nie chcemy takiej współpracy. Musielibyśmy zadośćuczynić oczekiwaniom prywatnych kontrahentów i spłacać zobowiązania. A to ma być w całości szpital kliniczny, finansowany z pieniędzy publicznych, bez prywatnych oddziałów.

Zdaniem szefowej Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego nasz kraj w latach 70. miał wzorcowy system opieki nad dzieckiem i to bez pomocy prywatnych sponsorów, którzy zawsze na coś liczą. Ale żyliśmy w socjalizmie i z kosztów tej opieki mało kto zdawał sobie sprawę. – Teraz wyrośnie nam stosunkowo wysoka, ładnie wyglądająca, ale jednak chorowita generacja. To pokolenie niesie ze sobą wszystkie defekty, które można by wygasić w zarodku, a które zostają niezauważone – diagnozuje prof. Alicja Chybicka. – Koszty będą więc znacznie większe, niż gdyby zastosować prawidłową opiekę pediatryczną we wczesnym okresie życia.

Najłatwiej oczywiście zrzucić odpowiedzialność na niedouczonych lub wygodnych rodziców. W końcu to oni powinni obserwować swoje dzieci, wiedzieć, kiedy je szczepić, okresowo badać. I jak radzi „Reader’s Digest”: niech ćwiczą regularnie, dbając o zdrową kondycję młodego pokolenia. Ale spodziewamy się rychłego wkroczenia do szkół wyżu demograficznego, powinien więc istnieć sprawny system, który zepnie rodzicielską opiekuńczość z konstytucyjną troską państwa. Obecny system tej roli nie spełnia.

Polityka 22.2010 (2758) z dnia 29.05.2010; Raport; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Przychodzi bobo do lekarza"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną