Społeczeństwo

Za płotem lotniska

Planespotting: polowanie na samoloty

Warszawa, Górka Spoterska, lotnisko Okęcie od strony al.Krakowskiej Warszawa, Górka Spoterska, lotnisko Okęcie od strony al.Krakowskiej Stanisław Ciok / Polityka
Ilekroć pył wulkaniczny lub strajk personelu unieruchamia samoloty, cierpią nie tylko przewoźnicy i pasażerowie. Czarna rozpacz ogarnia planespotterów (ang. plane – samolot, to spot – namierzać), których pasją jest obserwowanie i fotografowanie startujących i lądujących statków powietrznych.

Małżonka jest w ciąży, więc chwilowo jest stracony dla spottingu – martwi się Cezary Zionkowski, lat 37, z zawodu informatyk, z zamiłowania planespotter. Zionkowski czuje się chwilowo stracony, bo planespotting jest hobby czasochłonnym. Najpierw trzeba spędzić kilka godzin przy płocie lotniska, fotografując lądujące lub startujące maszyny. Po powrocie do domu usiąść do komputera i przejrzeć zwykle kilkaset zdjęć. Fotografia cyfrowa bowiem zrewolucjonizowała spotting. Z tych kilkuset ujęć wybrać kilka, kilkanaście i opisać je: jaki jest na zdjęciu samolot (np. Airbus 320), do jakich należy linii (np. Wizz Air), jaki jest jego reg, czyli numer rejestracyjny (np. HA-LWB/4246). Potem data, lotnisko (np. Warszawa – Okęcie – EPWA), kraj i nazwisko autora. Tak opisane zdjęcie można przesłać na którąś z wielu stron internetowych poświęconych lotnictwu i spottingowi. Jej administrator zdecyduje, czy ujęcie nadaje się do umieszczenia w sieci.

Starszym spotterom wystarcza odnotowywanie danych. Inni specjalizują się w obserwacji i fotografowaniu samolotów wojskowych. Jeszcze inni w tzw. przelotówkach (RNAV spotting), czyli robieniu zdjęć maszynom, które są na wysokości przelotowej, 10 tys. m. Do tego potrzebny jest dobry sprzęt; oprócz lustrzanki – teleskop, luneta lub obiektyw astronomiczny.

Co sprawia, że dorośli faceci poświęcają tyle czasu i pieniędzy, żeby zatrzymywać w kadrze samoloty?

Namiastka latania

Michał Dembiński, lat 17, uczeń I klasy liceum z warszawskiego Bemowa, gdy chciał sfotografować największy samolot lądujący regularnie na Okęciu (MD 11 w barwach UPS), musiał nastawić budzik na trzecią w nocy. Kilka łyków gorącej herbaty, plecak z Canonem 50D i obiektywem Sigma 124 mm i na rower. MD miał lądować o 5.30, przyleciał kilkanaście minut wcześniej. – Dojeżdżałem do Cargo, kiedy on siadał. Spóźniłem się dwie minuty – powiada Michał. Tydzień później był na cargo kwadrans wcześniej. Czekał pół godziny, MD przyleciał o czasie. – Ja to lubię, to moja pasja – wyjaśnia. Druga pasja Michała to modelarstwo. Skleja, maluje i kolekcjonuje modele statków powietrznych. Od Messerschmittów po Airbusy.

Planespotting lub aircraftspotting to wynalazek brytyjski. Podobnie jak trainspotting (train – pociąg), czyli obserwacja pociągów, których lokomotywy parowe bywały w XIX w. prawdziwymi dziełami sztuki. Burzliwy rozwój lotnictwa, szczególnie w czasie I wojny światowej, sprawił, że wielu Anglików zaczęło zajmować się planespottingiem. Podczas Bitwy o Anglię hobby to stało się szczególnie przydatne. Dziurawy, jeszcze w powijakach, system radarowy zawodził. Nie zawodzili spotterzy. Szkolili tych, którzy nie mogli służyć w wojsku. Na wybrzeżach stworzono tysiące posterunków. Dyżurujący tam obserwatorzy potrafili we mgle oszacować, ile leci samolotów, jakich, w jakim kierunku. I czy na przykład bombowce mają osłonę myśliwców.

Długo po wojnie obserwacja pociągów stała się zajęciem młodych ludzi z problemami, bezrobotnych, wykluczonych, narkomanów (Taki też tytuł, „Trainspotting”, nosił kultowy film Danny’ego Boyle’a z 1996 r.).

W Polsce w latach 30. co drugi chłopiec chciał zostać lotnikiem. Zostawali nieliczni. Asy przestworzy – polscy piloci odnosili wiele międzynarodowych sukcesów – byli podziwiani jak dzisiejsi kosmonauci. W czasach, gdy nie było telewizji i Internetu, a radio nadawało jeden program, egzemplarz „Skrzydlatej Polski” czytało kilkanaście osób. Na zawody o Puchar Jamesa Gordon Benneta zjeżdżało po 100 tys. ludzi. Nieliczni z aparatami fotograficznymi.

– Zainteresowanie lotnictwem i fotografowanie to dla niespełnionych pilotów była namiastka latania – twierdzi Bernard Koszewski, lat 85, nestor polskiej fotografii lotniczej. W latach 40., gdy zaczynał, nie mówiono o spottingu. – Obowiązywał zakaz fotografowania obiektów lotniczych, a jednak pasjonaci robili zdjęcia.

Janusz Górecki, 61 l., nauczyciel, w latach 70. i 80. fotografował samoloty małoobrazkową Exactą. Milicjanci kilkakrotnie zabierali mu filmy. Pamięta, jak gliniarze gonili go Borewiczem przy działkach na Paluchu. Borewiczem, czyli Polonezem, bo takim jeździł bohater serialu „07 zgłoś się”. – W starej hali odlotowej Okęcia obserwowałem przechodzące załogi i pasażerów. Myślałem sobie: za dwie, trzy godziny oni będą w Paryżu, Londynie czy Rzymie. Strasznie im zazdrościłem. Lotnisko to był przedsionek do lepszego, żeby nie powiedzieć – wolnego świata. Jego zainteresowanie planespottingiem osłabło na początku lat 90., od kiedy ma paszport w domu. – Teraz wolę fotografować wnuka, podpatrywać, jak się zmienia i rozwija.

Ale Sławomirowi Gackowskiemu, nauczycielowi z Technikum Fotograficznego przy ul. Spokojnej w Warszawie, z trudem udało się ostatnio zebrać 10-osobową grupę na pokazy lotnicze w Dęblinie: – Młodzi wolą fotografować modę i tak zwane gwiazdy. 15–16-latki sprzedają swe fotki brukowcom, to ich kręci. Lotnictwo, które w fotografii daje trzeci wymiar, ich nie wciąga.

Sklep z cukierkami

Jacek Waszczuk, 47 l., budowlaniec z Wrocławia, moderator na forum lotniczym spotter.pl, wspomina, jak w 1973 r. wyrzucono go, dziesięciolatka, z aparatem Smiena z aeroklubowego lotniska. Mieszkał obok i w lotnictwie zakochany był od małego. Wychowywała go samotna mama i po podstawówce musiał szybko zdobyć zawód i iść do pracy. Mimo że w szkole latał trochę na lotni, latanie to jego niespełnione marzenie. Czyta o nim wszystko, co wpadnie mu w ręce. – Bo oglądanie i fotografowanie samolotów to tylko wisienka na torcie – twierdzi. Pamięta, jak pierwszy raz pojechał na Zachód, do Berlina, na salon lotniczy. Było tam ok. 400 samolotów: – Poczułem się jak dziecko zamknięte na noc w sklepie z cukierkami.

Miał wtedy ze sobą pięć czy sześć filmów, na każdym po 36 klatek. Od 6 lat używa cyfrówki i z dwudniowego air-show przywozi 2–3 tys. zdjęć. W swoim archiwum, czyli zapasowych pamięciach komputera, może mieć (może, bo nigdy nie liczył) do 150 tys. fotografii.

Czasem znajomi proszą: zrobiłbyś parę zdjęć dzieciakowi z Pierwszej Komunii. Nie da rady, odpowiada, bo obiektywy mam do fotografowania na odległość 200–400 m. – Do przelotówek mam jednak za krótki sprzęt – wyjaśnia. U kolegi, który ma sprzężony z lustrzanką teleskop Sky Watcher, widział foty stacji kosmicznej zdjętej na wysokości 300 km. – Piękne – zachwyca się. – Po prostu piękne.

 

Ostatnio Waszczuk zainteresował się akrobacją lotniczą i zaprzyjaźnił się z członkami grupy Żelazny. Fotografuje ewolucje z ziemi i powietrza.

Cezary Zionkowski (ten chwilowo stracony dla spottingu, bo żona w ciąży) cały wolny czas poświęcał dotąd swojej pasji. Nawet samochód kupił pod kątem spotterki. Landrovera z napędem na cztery koła, żeby można było dojechać w trudniej dostępne miejsca. Na szczęście żona także zajmuje się fotografią, tyle że przyrody; a zawodowo fotografowaniem wnętrz, współpracuje z magazynem „Świat kominków”. W 2009 r. z dwudniowych pokazów w Austrii Zionkowski przywiózł prawie 4 tys. zdjęć. – Tam pokazy dla spotterów są świetnie zorganizowane. Książeczka informacyjna, transport między punktami do fotografowania, bufety, ciekawe maszyny – mówi.

Zionkowski, informatyk, tworzy właśnie stronę Stowarzyszenie spotters.pl, która powstanie, jak mówi, bez zbędnej zwłoki. Od 2007 r. prowadzi forum. spotter.pl, na którym zarejestrowało się dotąd prawie 3 tys. osób, z czego ok. 10 proc. to panie.

Stowarzyszenie to próba stworzenia ogólnopolskiej reprezentacji, bo jak dotąd spotterzy organizują się w grupy związane z najbliższymi lotniskami. W 2005 r. Warszawskie Stowarzyszenie Entuzjastów Lotnictwa Warsaw-Spotters podpisało porozumienie z Polskimi Portami Lotniczymi (PPL). Kilkudziesięciu członków dostało kamizelki odblaskowe i identyfikatory, dzięki którym Straż Ochrony Lotniska nie wypytuje ich, co robią przy płocie, nie żąda okazania dowodu. Setki kolejnych chętnych złożyły podania, ale pozostały one bez odpowiedzi. PPL miały większe zmartwienia, m.in. dokończenie budowy terminalu II. We Wrocławiu podobne porozumienie działa do dzisiaj. Członkowie w zorganizowanych grupach mają prawo wstępu nawet na płytę lotniska. W zamian zobowiązali się udostępniać swoje fotografie działowi marketingu, który wykorzystuje je do druku materiałów reklamowych.

Na większości lotnisk na świecie spotterów traktuje się jako pierwszą linię ochrony, a nie zagrożenie. Kiedy widzimy na przykład dziurę w siatce płotu, zaraz dzwonimy do ochrony – mówi Konrad Rudnicki, 19 lat, tegoroczny maturzysta. A także współzałożyciel portalu EPWA Spotters. EPWA to w nomenklaturze Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego lotnisko Okęcie.

Trzymać stery

Konrad pierwszy raz leciał samolotem 5 lat temu, z tatą, do Anglii. – Uczucie nie do opisania. Cały świat pod tobą, wszystko, co złe, na dole – wspomina. – Czułem, że więcej muszę się dowiedzieć o lataniu i samolotach.

Z balkonu (mieszka niemal na przedłużeniu linii lądowania na pasie 29 warszawskiego Okęcia) oglądał samoloty. Od dziadka dostał starą, ale solidną lunetę i obserwował statki powietrzne na wysokości przelotowej (– Dźwięk silników docierał po paru sekundach). Uzbierał sobie na grę komputerową (symulator lotu Boeingiem 737). Było to jednak pilotowanie uproszczone. Zdobył więc program wiernie odwzorowujący czynności pilota, gdzie lot i prowadzenie samolotu są jak prawdziwe. Z Damianem, przyjacielem z klasy, jeździli rowerami na Okęcie pooglądać samoloty. Tam spotykali spotterów. Lustrzanki z długimi obiektywami, skanery, przez które płynęły rozmowy wieży z nadlatującymi lub startującymi samolotami (– Pierwszy spotting zrobiłem cyfrówką taty). Babcia, starająca się rozumieć pasję wnuka, patrząc na Konrada wsłuchującego się w szum podchodzących do lądowania maszyn, pyta czasem: – Konradku, czy to czterosilnikowiec?

Tak jak inni wyczekują osiemnastki, on nie mógł się doczekać szesnastych urodzin. Bo dopiero po ukończeniu 16 lat można było zapisać się w aeroklubie na kurs pilota szybowcowego III klasy. Dzisiaj wystarczy już 15 lat. Zrobił badania. Szkolenie trwało 3 miesiące. W każdą sobotę 8 godzin wykładów (– Wiedziałem, że mogę stać się częścią tego wszystkiego, trzymać prawdziwe stery, być odpowiedzialnym). Po egzaminach i teście kompetencji pojechał na obóz szybowcowy. Pobudka o 4.40, mycie, śniadanie, odprawa i sprawdzanie sprzętu. Potem loty. Na koniec egzamin: dwa loty z instruktorami. – Pierwszy samodzielny lot odbyłem 10 lipca 2007 r. Trwał osiem minut, ale nie zapomnę go do końca życia – mówi.

Maciej Serafin, 18 lat, kolega Konrada, także tegoroczny maturzysta, pierwszy raz leciał samolotem w 2004 r. na wakacje do Bułgarii. Po powrocie, jak Konrad; rowerem na lotnisko, popatrzeć. Internet, symulator, lektury na temat. Pierwszy kompakt w 2006 r., lustrzanka od 2008 r. W kwietniu 2009 r. zapisał się na kurs na licencję pilota turystycznego II klasy. (– Rodzice nie protestowali, bo mają do mnie zaufanie. Wspierają mnie. Sam kurs kosztował 22 tys. zł). Teoria, potem praktyka w Mielcu. Przed egzaminem trzeba było wylatać 45 godzin. – Pierwszy samodzielny lot odbyłem 17 lipca 2009 r. jako dowódca statku powietrznego – mówi. Zrobił wtedy trzy kręgi nad lotniskiem. Leciał Cessną 152 z regiem SP-KMG. SP – to samolot polski. KMG przetłumaczył sobie na „Kocham moją Gosię”, bo jego dziewczyna ma na imię Małgorzata. Wylatał dotąd 49 godzin i 15 minut, w tym 10 godzin i 15 minut jako dowódca.

Mama, notariusz, chce, żeby Maciek studiował prawo na UW. Ale dla niego latanie, jak mówi, jest sprawą numer jeden. Dlatego jeszcze nie wie, czy pójdzie na prawo, czy też może do Szkoły Orląt w Dęblinie, gdzie od niedawna jest możliwość studiów cywilnych. Plan B to zostać kontrolerem ruchu lotniczego.

Latanie nie osłabiło zainteresowania spottingiem ani u Konrada, ani u Michała. Po pewnym czasie z Damianem i Michałem założyli stronę EPWA Spotters, gdzie publikują nie tylko zdjęcia, ale i teksty – najświeższe wiadomości z dziedziny latania i opisy spotterskich wypraw. Tanimi liniami, na przykład na londyńskie lotnisko Heathrow, największe w Europie; w 2007 r. 66 mln pasażerów, 466 tys. startów i lądowań. Albo relacje z salonu lotniczego w Paryżu. Żywiej biją im serca, gdy 400 ton masy startowej wolno, majestatycznie wzbija się w powietrze, czy kiedy An-124 Rusłan ma usiąść z ładunkiem 170 ton. – Wtedy cała spotterska Polska jedzie na Rusłana – zapewnia Maciek.

Bernard Koszewski, mówiąc o pięknie lotnictwa, przytacza zdanie Pelagii Majewskiej, szybowniczki i pilotki, zdobywczyni Medalu Lilienthala, najwyższego światowego odznaczenia szybowcowego. Majewska wylatała 8,1 tys. godzin, w tym 3,6 tys. na szybowcach, a zginęła w katastrofie lotniczej w 1988 r.: „Każdy lot szybowcem jest inny, ale każdy to rozmowa z ptakami”.

Konrad Rudnicki o swoim pierwszym samodzielnym locie mówi tak: – Wyczepiłem hol i nagle wspaniała cisza. Jakby o północy wyjść z dyskoteki na pustą ulicę.

Inny opis, ale zachwyt ten sam. A często zaczyna się przy płocie lotniska...

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną