Rozmowa z Kordianem Tarasiewiczem, stulatkiem

Sto lat niezłomności
Mój ojciec 1 stycznia 1919 r. późnym wieczorem zabrał mnie, ośmiolatka, na skrzyżowanie Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich, gdzie mieścił się Dworzec Główny. Przyjechał do Polski Ignacy Paderewski - mówi Kordian Tarasiewicz.
Leszek Zych/Polityka

Barbara Pietkiewicz: – Pański dziadek Tadeusz Tarasiewicz w 1882 r. otworzył w Polsce pierwszą palarnię kawy. To kawę trzeba było jakoś palić?

Kordian Tarasiewicz: – W miastach, w zamożniejszych warstwach, kawa była popularna. Kupowano ją w stanie surowym. Służba paliła ją na patelniach, czasem z resztkami tłuszczu. Zamożniejsi mieli specjalne przyrządy z nakrywką i korbką do przesuwania ziaren. Po podwórkach chodzili też Żydzi – palacze kawy na otwartym ogniu. Kiedy mój dziadek otworzył palarnię, konsumenci nie chcieli się przekonać do kawy palonej przemysłowo i droższej od surowej. Trzeba było przeprowadzić kampanię reklamową.

Na wsi też palono?

Dla chłopów kawa była za droga. Cukier także. Pijano ją tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc i traktowano jak rarytas. Jeśli zostały jakieś resztki, skrzętnie chowano je na następne święta.

Pański ojciec, Michał, syn Tadeusza, był znanym aktorem. Nie był chyba zachwycony, że po śmierci ojca musiał się zająć handlem kawą.

Nie miał innego wyjścia, choć z kariery artystycznej nie zrezygnował. Rodzinna firma musiała przetrwać. Była spółką akcyjną, udziały w niej mieli pracownicy, co w owych czasach było ewenementem. Niezwykły czyn obywatelski – pisała prasa – o decyzji właścicieli Plutona. Ojciec czuł się odpowiedzialny za pracowników. Chcieliśmy być firmą wielopokoleniową.

Honoru takich firm broni już tylko Blikle.

Brak mi bardzo Fukierów, Pakulskich, Fuschów, Brunów – wyliczać można by bez końca. Zginęła część tkanki miasta, jego historii. Szkoda.

Imię Kordian to ze Słowackiego?

W 1899 r. odbyła się w Krakowie premiera „Kordiana”. Stała się manifestacją patriotyczną. Ojciec grał główną rolę. Imię otrzymałem na pamiątkę tego wydarzenia. Ludwik Solski przesłał wówczas gratulacje ojcu: „Wiwat! Wiwat! Matka mała, bo się dzielnie spisała. Wiwat, wiwat dwa Michały, ojciec wielki i syn mały”.

No proszę, wielki Solski. Podobno pana ojciec wygłosił mowę nad grobem Heleny Modrzejewskiej?

Do pamiętników Modrzejewskiej, które jej synowa przesłała memu ojcu z wyrazami uznania dla jego talentu, dołączone zostało to przemówienie.

Można powiedzieć, że obok pana, dziecka wówczas, przewinęła się galeria ludzi tworzących historię teatru.

Byłem za mały, żeby zdawać sobie wtedy z tego sprawę, ale proszę, tu mam album rodzinny z setką wpisów skierowanych głównie do mojej matki Janiny.

Kogóż tu nie ma! Dygas, Kasprowicz, Przybyszewski, Sieroszewski, Rydel. Jak wpisał się np. Kornel Makuszyński: „Oto ci piszę, o, pani Janino, że ludzkie serce jest jakby amfora…”. Ten piękny portret na ścianie to pana matka, wówczas jedna z najpiękniejszych warszawianek.

Konrad Krzyżanowski namalował portret matki, który zabrano na prośbę malarza do zbioru muzeum, w zamian zaczął malować drugi, ale śmierć przerwała nagle tę pracę. I widzi pani, ręce nie są dokończone.

Przez 100 lat mieszkał pan w stolicy. Pańska książka nosi tytuł „Cały wiek w Warszawie”.

Z małymi przerwami. Gdy wybuchła I wojna światowa, rodziców i mnie Rosjanie wywieźli do Riazania, bo ojciec był obywatelem austriackim, czyli ich wrogiem. Mieszkaliśmy też w Moskwie i Kijowie, gdzie ojciec grał w teatrze polskim, m.in. z Osterwą i Jaraczem.

Ale zawsze wracaliście do Warszawy?

Jak napisał Wincenty Pol: „Jeśli poznać chcesz zabawy/serca niewiast, świat ochoczy/gładkie słówka, piękne oczy,/to jedź bracie do Warszawy”. No cóż, od przyjazdu pradziadka Tadeusza z Galicji moja rodzina jest organicznie związana z Warszawą. Po podpisaniu z Rosją pokoju z Niemcami przyjechaliśmy po tygodniu męczącej jazdy pociągiem PCK do Lwowa, a potem do siebie, do naszego miasta.

Pamięta pan Warszawę z tamtych lat?

To było miasto z gazowymi latarniami. Szpitalną, Piękną, Trębacką pokrywała drewniana kostka, impregnowana specjalnym płynem, żeby jeżdżące po niej konne dorożki mniej hałasowały. Pierwsze taksówki pokazały się w 1923 r., w specjalnym konkursie proponowano nazwy dla nich – np. mknice. Nie było reklam świetlnych, wystawy sklepów nie były oświetlone.

Firma Pluton w międzywojniu niesłychanie się rozwinęła. Mieliście ponad 30 sklepów w całej Polsce. No i kawę, i herbatę przedniego gatunku. Zachowała się jakaś kawa z przedwojennych złotych czasów?

Po wydaniu w 1971 r. mojej książki „Kawa po warszawsku” zatelefonowała do mnie Irena Górecka. Jej matka w przededniu wybuchu wojny, kiedy ludzie w panice zaczęli robić zakupy, nabyła paczuszkę kawy ze znakiem firmowym Plutona i plombą. Kawa miała być na czarną godzinę. W powstaniu były same czarne, ale przechowywano ją na jeszcze czarniejszą. Kiedy po powstaniu ludność musiała opuścić miasto, paczka została zabrana, znów na czarną godzinę. Ale godzina ta, widać, nigdy nie nadeszła. Teraz paczka stanowi cenną pamiątkę w moich zbiorach.

Kończy pan niedługo sto lat. Szczupły, sylwetka wyprostowana, niebywała pamięć, mózg jak brzytwa. Kiedy telefonowałam do pana, córka powiedziała: Ojciec poszedł do miasta. Pan sobie chodzi po mieście jak niewiekowy.

Jak się pan w takiej zupełnie niestuletniej formie utrzymuje?

Grałem w tenisa.

Wiem, jest pan pasjonatem i znawcą tej dyscypliny. Konfraternia tenisowa, datująca się od tamtych lat, istnieje w Warszawie do dziś.

Jeszcze w późnym wieku grałem. No i nie palę papierosów, to bardzo ważne. Przeżyłem żonę, syna, który umarł na raka. W moim życiu było wiele trudności i dramatów, ale zawsze starałem się zachować pogodę ducha.

A najstraszniejsze przeżycie?

Powstanie Warszawskie, prawdziwe piekło.

Był pan w Muzeum Powstania Warszawskiego?

Nie. Uważam, że ta ekspozycja pokazuje tylko bohaterstwo, a pomija cierpienia ludności cywilnej. Powstanie rozdzieliło mnie z rodziną. Dopiero potem dowiedziałem się, że moja żona i teść z grupą innych osób byli prowadzeni przez ludzi z RONA, Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej, słynącej z okrucieństwa, prawdopodobnie na rozstrzelanie. W tej grupie był hr. Stefan Tarnowski, który poprosił oficera niemieckiego o pomoc. Mówił znakomitym niemieckim w trzech dialektach – berlińskim, hamburskim i austriackim. Hrabia oczarował oficera do tego stopnia, że zaopiekował się grupą i wyprowadził ją z Warszawy.

Co pan myśli o powstaniu?

To było szaleństwo paru oficerów. Korespondent francuski z tamtych czasów napisał książkę „Warszawa 1944”, w której ci ludzie mówili bez ogródek: musimy coś zrobić, żeby świat nam współczuł. Straszne!

Przez całą okupację prowadził pan firmę, dając utrzymanie stu pracownikom. Starał się pan ze wszystkich sił, żeby Pluton ocalał.

Pod koniec 1943 r. zatrudnialiśmy już 250 osób. Pracownikom dostarczaliśmy bezpłatnie pożywną zupę. Szkoliliśmy młodych ludzi. Wspieraliśmy chorego na gruźlicę Stefana Jaracza, pomagaliśmy żonom oficerów przebywających w oflagach, setce dzieci Zamojszczyzny. 20 pracowników zatrudnialiśmy w firmie fikcyjnie, m.in. Tadeusza Brezę. Firma stała się magazynem, sprzedawaliśmy na kartki produkty spożywcze warszawiakom za pozwoleniem Niemców. Żeby się utrzymać, rozpoczęliśmy współpracę przy produkcji marmolady i cukierków.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną