Dolny Śląsk się stroi

Ubiór zdobi Dolnoślązaka
Na Dolnym Śląsku prawie wszyscy są imigrantami. Z Kresów, centralnej Polski, Bośni, Grecji, Francji. To ludzie bardzo wygłodniali tradycji. Ale czy warto lepić jedną, wspólną dla wszystkich?
Bystrzyca Dolna, kobiety w strojach uszytych na wzór niemieckich ubiorów noszonych na Dolnym Śląsku od XIV w
Natalia Gańko-Laska/Materiały prywatne

Bystrzyca Dolna, kobiety w strojach uszytych na wzór niemieckich ubiorów noszonych na Dolnym Śląsku od XIV w

O głodzie folkloru na Dolnym Śląsku świadczą telefony do Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu: Jak wygląda pisanka dolnośląska? W co ubrać dziecko na szkolne występy w stylu ludowym? Dlatego w pracowni Janusza Motylskiego, artysty plastyka w Karpaczu, na zamówienie władz i branży turystycznej powstaje nowy dolnośląski strój regionalny. Dla pań: zielona spódnica, długa albo mini, przepasana krajką. Dla panów: katany ze stójkami i uszaty kapelusz. Rozważa się półpończe z haftem goryczki, karkonoskiego kwiatka, endemitu.

Obecnie w stosownej potrzebie w ruch idą czerwone spódnice i białe bluzki, a jak gmina bogata, to trochę haftu i cekin na gorsecie. Coraz częściej jednak z bezradności wkłada się po prostu koronkowe czepce i kubraki. Tyle że dla psychicznej higieny nie wspomina się, że taki strój dolnośląski przed wojną nosili Niemcy. Elżbieta Berendt z muzeum załamuje ręce: – Co ja mam powiedzieć? Wybierajcie sobie? Może folklor tarnopolski, lwowski, kielecki, łemkowski, wileński, a może ten od przybyłych z Rumunii albo z bałkańskiej Bośni?

Henryk Dumin, etnograf z Jeleniej Góry: – Błagam, grzebmy we własnej pamięci, nie twórzmy sztucznych bytów. Tu przez pół wieku wmawiano ludziom sztuczną rewię na ludowo w tak zwanym stroju dolnośląskim, który – o ironio – przypominał tanią wersję stroju ziomkostw niemieckich. A przecież mimo urabiania homogenicznej ludności z tych, co na Dolny Śląsk sprowadzono w miejsce wysiedlonych Niemców, ciągle mamy skarb: przekrój przez całą Polskę w granicach przedrozbiorowych i przechowane w głowach autentyczne tradycje.

Etnografów zatkało. We wsi Dobków koło Świeżawy ludność pamięta pieśni z Inflant. Jeszcze dalszą drogę pokonały teksty, które migrowały jak geny przez pokolenia polskich kolonistów z Galicji, którzy za cesarstwa austro-węgierskiego znaleźli się w Bośni, gdzie karczowali lasy. Tam, izolowani żywiołem gór, byli jak kulturowy przetrwalnik, który w stanie nienaruszonym po drugiej wojnie z transportem osadników trafił na Dolny Śląsk. Cymesem dla badaczy jest więc np. „Sioła jelinia…”, śpiewana przez pół wsi Zbylutów w archaicznym korowodzie, który rusza w każdy wtorek przed Środą Popielcową, żeby wywołać wiosnę sposobem starszym niż polska państwowość.

Michalina Mrozik spod Bolesławca, urodzona w 1932 r. w Slawonii (kraina w byłej Jugosławii, dziś w granicach Chorwacji), potrafi przy obieraniu ziemniaków zanucić jedną z najstarszych w polskiej kulturze wersji „Pieśni o żołnierzu tułaczu” z czasów Jana III Sobieskiego. Albo długie jak litania ballady rekruckie z powstania styczniowego i historie o dzieciobójstwie, wpisujące polskie wieśniaczki w grecki archetyp Medei. Rodzina Dymitraków, Romów-Galicjaków spod Lwowa przyjechała do Legnicy, gdzie na zawsze porzuciła tabor. Ale nie zapomniała pieśni – są jak cygańskie mapy Karpat nieznane kartografom.

Tu się tego nie docenia – mówi Henryk Dumin. – Ale w latach 90. znalazłem pieniądze i udało się wywieźć reprezentację dolnośląską na Llangollen Festival Eisteddfod (wybrzeże Szkocji). Etnomuzykologów z Oxfordu i Cambridge zatkało. Druga nagroda, zaraz po Baskach. Festival International de Folklore d’Issoire we Francji. Pokazujemy „Wesele lwowskie”, inscenizację ze śpiewami, strojami odtworzonymi z pamięci przez panią z ukraińskiej Wołczuchy. Jury – wzruszone. Pokonujemy zespół z Meksyku, te ich gorące rytmy, falbany, nutą lwowską.

Osadnicy

W 1946 r. rodzina Zawieruchów jest już w Polsce, ale mówi po francusku. Jej męska część nosi kolorowe szaliki, a damska namiętnie gra w bule. Zostawiają pracę w górnictwie w Pas-de-Calais na północy Francji. Zaproszeni przez ojczyznę na bogate ziemie zachodnie, razem z 50 tys. reemigrantów z Francji i Belgii, rozmyją się w masie osadniczej Wałbrzycha i Nowej Rudy. Ich „Marsylianka” śpiewana na ludową nutę trafi do muzeum etnografii. Nowy Dolnoślązak dostaje mit założycielski o Piastach, dynastii Słowian, zamieszkujących Śląsk w średniowieczu. Dlatego wagony z osadnikami mają napis: „Wracamy”.

Polscy pionierzy z terytoriów świeżo włączonych do ZSSR to oficjalnie repatrianci, chociaż wcale nie wracają zza granicy. Na miejscu Państwowy Urząd Repatriacji programowo rozrzuca ludność. Manipulację węszą górale czadeccy, 4 tys. osób, potomkowie polskich chłopów, od XIX w. zamieszkujących Bukowinę w Rumunii. Zanim wybiorą dla siebie poniemiecką wieś, wysyłają emisariusza, który sprawdza, czy da się osiedlić całą kupą. Pilnują siebie nawzajem, jak wysokogatunkowego szczepu winorośli. Zresztą na ścianach niemieckich domów, które zajęli m.in. w Dzierżoniowie i Raciborowicach, od razu puszczają wino.

Rozdzielać nie dają się też imigranci z Jugosławii (prawie 3 tys. rodzin). Józef Jasiński, urodzony w bośniackiej wsi Odpoczywalka, zajmuje Nowogrodziec, gdzie nowi sąsiedzi to krewni. W Bośni byli Polakami, tu woła się na nich pogardliwie: Serby.

W 1949 r. Polska udziela azylu greckim uchodźcom politycznym wojny domowej 1946–49 r. 14 tys. Greków przyjeżdża do pustego Zgorzelca. – Wierzą w równość, więc zamiast do poniemieckich willi wprowadzają się do koszar, a potem do bloków – mówi Joannis Buras, 55 lat, dziś mieszkaniec Zawidowa, gdzie założył rodzinę i kilka greckich zespołów muzycznych. Mimo że zamykają się w swoim gronie – ich kobiety długo noszą się tradycyjnie, wyłącznie na czarno, i radzą córkom wychodzić za swoich (– Nawet z jednym okiem, aby Grek) – z czasem stają się w Zgorzelcu forpocztą biznesu. Mają smykałkę, prowadzą sklepy, kawiarnie. W 1950 r. pod Wrocławiem w rodzinie greckich imigrantów przychodzi na świat Eleni, przyszła gwiazda polskiej sceny muzycznej. Gdy greckie obywatelstwa zostaną im przywrócone w latach 80., większość wróci do Grecji.

Jak siano rozrzuca się ludzi z Kresów: z Wileńszczyzny, Nowogródczyzny, ziemi lwowskiej (wśród nich są Żydzi, Litwini, Tatarzy i Karaimi). Po tygodniach w wagonach bydlęcych zajmują domy po Niemcach. Z łazienkami, z których nie wszyscy wiedzą, jak korzystać. Jest kanalizacja, kaflowe piece, elektryczność, woda z kranu, bite drogi i motocykle. Drewniana brona niepotrzebna, jest żelazna; tak samo cep – skoro działa niemiecka młocarnia. Nagonka na prymitywne narzędzia obejmuje też stare wierzenia. Znikają stroje ludowe, ludzie wstydzą się swojej prowincjonalności.

Moment zastąpienia wierzbowych łapci tenisówkami pamięta Alicja Zabawa, sołtysowa z Rakowic Małych, córka imigrantki z Polesia. – My nawet na wesele szły w tych nowoczesnych tenisówkach, bielonych pastą do zębów, włosy – tapir, miastowe sukienki na karczkach, a obok teściowa Polesiaczka szyje jeszcze spódnicę z dwóch metrów sukna i na to kładzie zapaskę.

Głowy i serca młodych są już otwarte na nową tożsamość. – Wtedy w etnograficznych pracach królował postulat adaptacji i integracji – wspomina Elżbieta Berendt, etnograf z Wrocławia.

Schyłek lat 40. Akcja Wisła: wysiedlenie Łemków i Bojków z terenów pogranicza polsko-ukraińskiego. Z etykietką „bandyci z UPA” osiedla się ich między świeżo upieczonymi Dolnoślązakami. A i bez tego ludzie gryzą się jak psy o podwórko. W lokalu nocnym w Bolesławcu dochodzi do regularnych bitew. Wilniaki tłuką Iwanów, czyli tych zza Buga. Centralniaki dostają od Serbów, którym często wystają noże zza paska. Łemków nie widać. Uchodzą za element niebezpieczny. Jak chcą wyjść z domu, muszą się meldować u wioskowych ubeków.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną