Kluby i klubokawiarnie, czyli nocne Polaków zabawy

Clubbing po polsku
Życie nocne i wieczorne kwitnie, zwłaszcza latem. Wciąż powstają nowe strefy imprezowe w miastach, nowe kluby i klubokawiarnie. W co i gdzie się najlepiej bawić?
Opera Club w Warszawie
Paweł Załecki/Materiały prywatne

Opera Club w Warszawie

Krakowski klub Stalowe Magnolie
materiały prasowe

Krakowski klub Stalowe Magnolie

Klubokawiarnia Warszawa Powiśle
Tadeusz Późniak/Polityka

Klubokawiarnia Warszawa Powiśle

Najmodniejszą formą clubbingu w tym sezonie jest antyclubbing. Zamiast wypasionego klubu wybieramy rozpadający się budynek, który przypomina wszystko z wyjątkiem lokalu przeznaczonego na imprezy. Nie wchodzimy do środka, tylko oblegamy okoliczny placyk, podwórko, murek albo krawężnik. Nie tańczymy, tylko rozmawiamy. Szykownie jest też rozsiąść się ze znajomymi na kupie piasku, pomoczyć nogi w brodziku, rzucać freesbee albo zagrać w badmintona, jak w dzieciństwie przed blokiem. Atmosfera jak na rodzinnym pikniku albo na koloniach w Juracie. Z tą różnicą, że w centrum miasta, o drugiej w nocy i z butelką lokalnego browaru albo Club-mate w ręce.

Przez placyk przed najmodniejszym tego lata lokalem stolicy, urządzoną w dawnej kasie dworca Szybkiej Kolei Miejskiej klubokawiarnią Warszawa Powiśle, co weekend przewija się kilka tysięcy ludzi. W rozgadanym tłumie można rozpoznać przedstawicieli lokalnej bohemy: artystów, dziennikarzy, ludzi z branży reklamowej. Stoją, piją i rozmawiają. Gdzieś w tle słychać muzykę, ale rola didżeja polega raczej na dyskretnym akompaniowaniu rozmowom niż rozpalaniu zmysłów. Znawcy mówią, że jest jak w prawdziwym Berlinie. A to teraz największy komplement.

W tym samym czasie pobliskim Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem suną tłumki zupełnie innych imprezowiczów. Odpicowani, w małych czarnych i garniturach, 13-centymetrowych szpilkach i butach trumienkach, z fryzurami prosto od fryzjera kokietują selekcjonerów ekskluzywnych klubów na Mazowieckiej, przy placu Piłsudskiego albo na Kredytowej. Gardzący selekcją idą się bawić do któregoś z klubów studenckich. A hiphopowa młodzież w spodniach z krokiem spuszczonym do pół uda zmierza na Kolejową, do Harlemu.

Podobne szlaki imprezowe istnieją w każdym polskim większym mieście. Ludzie chcą się bawić. Czynsze uiszczane przez restauracje, kawiarnie, bary i lokale rozrywkowe są ważnym punktem w budżetach miast, a te miejsca stały się ich wizytówką. Trend jest na tyle silny, że radni Gdańska i Katowic zastanawiają się nad wyznaczeniem w centrum swoich miast specjalnych stref rozrywki, w których czasowo zawieszana byłaby cisza nocna po 22.00.

Małolaty rządzą

Za początek clubbingu – stylu życia podporządkowanego weekendowym wyjściom do klubów, w których się tańczy, często podnosząc temperaturę zabawy rozmaitymi bardziej lub mniej dozwolonymi wspomagaczami, pije i podrywa – przyjmuje się lata 80. Wtedy młodzi ludzie w odruchu buntu wobec kultury night-clubów i sceny disco, z ich ekskluzywnością, blichtrem i drogimi drinkami, zaczęli organizować w opuszczonych halach i magazynach na przedmieściach nielegalne imprezy z muzyką techno. Wszystko zwykle kończył nalot policji i ucieczka uczestników.

„Głównym celem clubbingu jest oderwanie się od codzienności” – tłumaczy Novika, wokalistka związana z polską sceną klubową, której początki sięgają lat 90. – Chodziło się na konkretnych didżejów i muzykę. Na Burakowską – na drum’n’bass, do Piekarni na house. Ówczesna klubowa średnia wieku oscylowała wokół 25 lat – wspomina fotografik Bobrowiec. – Nie było wtedy dostępu do muzyki przez Internet – dodaje Simon S., w tamtych czasach didżej związany z klubem Piekarnia, dziś jeden z jej menedżerów. – Aby posłuchać rytmów 4/4, trzeba było iść do klubu albo włączyć w odpowiednim czasie Radiostację, gdzie bywały klubowe audycje. Imprezy w tamtych latach charakteryzowały się dużym wkładem w dekoracje i atrakcje towarzyszące występom artystycznym. W klubie można było spotkać ludzi przebranych za anioły, postacie z bajek, tancerzy, tancerki itp.

Dziś większość ówczesnych klubów już nie istnieje. A drogę, jaką przebył polski clubbing, dobrze ilustrują losy Piekarni. Przed laty w ścisłej czołówce, dziś odwiedzana sporadycznie, raczej z sentymentu, za to świetnie znana milionom widzów telenoweli „M jak miłość”, gdzie wciela się w rolę Oazy, baru, w którym pracuje bohater grany przez jednego z braci Mroczków. Nestorzy clubbingu mocno zwolnili tempo życia. Robią kariery albo bawią w domach dzieci, muzyki zaś słuchają z płyt kupowanych w Internecie.

Równocześnie polska wersja clubbingu zyskała lokalny rys – podczas gdy na świecie noc spędza się zwykle w jednym klubie, u nas w zwyczaju jest zmienianie lokali. (– Nigdy dość powtarzania, że clubbing to chodzenie do klubu, a nie po klubach – irytuje się Oskar Stelągowski, didżej z kolektywu V/A Team, współorganizator cyklu kultowych warszawskich imprez God Save The Queen). Zaś samo zjawisko stało się domeną małolatów. Nikogo już nie dziwią kiwające się w klubach siedemnastolatki z tzw. asfaltową twarzą – ostrym wielowarstwowym makijażem, pod którym skrywają prawdziwy wiek, z drinkiem w ręku, zakupionym przez tzw. łosia – dobrego „wujka” lub starszego kolegę szczęśliwie posiadającego dowód osobisty. Tę widownię, podróżującą po świecie i masowo ściągającą muzykę z Internetu, bardzo trudno czymś zaskoczyć. – Są miejsca i imprezy, na których didżejowi nie wypada puścić „starego” kawałka, bo sala buczy, że się skończył i nie jest na czasie – opowiada ilustratorka Olka Osadzińska. – Wielu z popularnych niegdyś didżejów dziś gra w sylwestra gdzieś w Radomiu, a w największych warszawskich klubach dla dzieciaków grają ich rówieśnicy. Nie używają winyli, grają z mp3 ściągniętych z Internetu, a niektórzy grają prosto z iTunesa nie przejmując się 15-sekundowymi przerwami między kawałkami.

Scena klubowa podzieliła się na nisze. Swoje imprezy mają fani muzyki reggae, funku, disco, melodyjnych lat 80. i 90., miłośnicy rytmów latynoskich i arabskich, hinduskiego Bollywoodu, a także drum&bassu, 2stepu, deep house’u... – Sytuacje sprzed kilku lat z Jadłodajni Filozoficznej, gdy supermodna panienka tańczyła obok punka, a metr dalej bawił się dresiarz z dziewczyną i nikomu nic nie przeszkadzało, są dzisiaj nie do pomyślenia – wspomina Stelągowski.

Ja zapłacę

Większość klubów, najbardziej prestiżowych nie wyłączając, gra to, co ma szansę się spodobać największym rzeszom gości. A stara prawda głosi, że najbardziej podobają się te piosenki, które już znamy, czyli głównie hity wylansowane przez komercyjne radiostacje. Powszechnym zwyczajem stało się też zapraszanie na wieczór żywych muzyków, którzy nadadzą muzyce puszczanej z płyt walor oryginalności i niepowtarzalności. Saksofoniści, bębniarze czy skrzypkowie cieszą się wśród klubowej publiczności wielkim powodzeniem. Podobnie jak pokazy tańców, występy rodzimych striptizerów podczas Lady’s Nights, performance’y drag queens, które jakiś czas temu z małych klubików skupiających mniejszości seksualne i bohemę artystyczną przeniosły się do mainstreamu. A także pokazy mody, bielizny, promocje alkoholi, warsztaty bodypaintingu i inne imprezy towarzyszące, którymi menedżerowie klubów wabią gości.

Badanie przeprowadzone w ubiegłym roku dla UPC wykazało, że niemal połowa (47 proc.) Polaków przejęła się informacjami o kryzysie ekonomicznym i w związku z tym ograniczyła wyjścia do restauracji i barów. Również z badań przeprowadzonych w 2009 r. na zlecenie MasterCard wynika, że przedstawiciele polskiej nowej klasy średniej odczuwają skutki globalnej recesji i co trzeci z nich zaczął przywiązywać większą wagę do tego, na co wydaje pieniądze, a aż siedmiu na dziesięciu badanych zadeklarowało, że przygotowuje i jada posiłki w domu. Właściciele części klubów zareagowali bardziej elastyczną selekcją imprezowiczów, kategoria „elity” mogącej bawić się w ekskluzywnych klubach znacznie się poszerzyła. Podobnie jak zakres usług. Wiele klubów, wzorem swoich zachodnich odpowiedników, w dzień działa jako restauracje lub puby, wieczorami – jako nocne kluby. Organizują rozmaite imprezy okolicznościowe, od pokazów mody po wieczorki kawalerskie i wesela. W rozmowach właściciele klubów i klubokawiarni deklarują, że kryzys ich nie dotyka. – Nie narzekamy na brak gości, jesteśmy oblegani – stwierdza Urszula Wojciechewicz, menedżerka warszawskiego Opera Club mieszczącego się w podziemiach Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. – Nie odczuwamy kryzysu ani w liczbie gości, ani w sprzedaży alkoholu. Właściciel Opera Club, posiadający także sieć restauracji w całej Polsce, niedawno otworzył bliźniaczy klub w Łodzi.

Jesteśmy lepiej ubrani, częściej wychodzimy. Dorasta wyż lat 80., to widać w klubach: lubią się bawić, wychodzić – opisuje gości Opery Wojciechewicz. Jej obserwacje potwierdza Magdalena Kordas, założycielka Agencji Turystyki Rozrywkowej Night Guides – Nocni Przewodnicy, zajmującej się wprowadzaniem przyjezdnych w tajniki życia klubowego stolicy: – Lepiej się ubieramy i więcej wydajemy. Wielu gości bierze otwarty rachunek i często można usłyszeć znudzonym głosem wygłoszone: ja zapłacę. Obcokrajowcom, których oprowadza po nocnym mieście, bardzo podoba się polska wersja clubbingu: – To nasze zmienianie klubów: „before” w pubie albo restauracji, gdzieś między 23 a północą pierwszy klub, koło trzeciej – drugi, a na koniec, między piątą a szóstą, śniadanie w jednej z działających 24 godziny na dobę knajpek w Centrum, które nad ranem pękają w szwach. Wkurza ich za to selekcja – nie mogą zrozumieć, dlaczego ktoś ma decydować o tym, czy mogą wejść do klubu, czy nie.

Tylko dla wybrańców

Na świecie selekcja w klubach została w większości zastąpiona przez wysokie opłaty przy wejściu. – Najpopularniejsze kluby, np. w Brukseli, wprowadzają jednakową opłatę dla wszystkich gości – opowiada Kamil Bulonis, wieloletni selekcjoner w warszawskich klubach. – W cenie biletu znajduje się open bar na podstawowe alkohole. Gdybyśmy dzisiaj w Polsce zrezygnowali z selekcji i wprowadzili podobne zasady, podejrzewam, że najpopularniejsze kluby w Warszawie zbankrutowałyby w ciągu miesiąca. Polacy, niezależnie od wieku, w klubie lubią czuć się gośćmi właściciela, a nie klientami płacącymi za wstęp. Na tej samej nucie elitarności grają kluby: – Bilety kojarzą mi się z dyskoteką, z miejscem, gdzie każdy może wejść i się bawić. My jesteśmy klubem – zrzeszającym pewną wybraną, wyselekcjonowaną grupę ludzi. Dbamy o dobre imię i klimat – tłumaczy menedżerka Opera Club.

Przepustką do wejścia jest uroda, luz, markowe ciuchy i błysk luksusu: – Selekcjoner musi tak dobrać gości, by w środku nie wyczuwało się drętwoty: piękne kobiety, uśmiechnięte twarze, oryginalność pod każdą postacią, trochę mody, ludzi z inwencją, no i osób z szerszym zasobem gotówki – opisuje idealny zestaw klubowiczów Bulonis. W rzeczywistości bywa różnie i czasem żeby wejść, wystarczy tylko codzienne adidasy zamienić na nieco bardziej eleganckie pantofle, a szorty – na dżinsy. Tym, którym ta sztuka się nie udała, mówi się grzecznie, że „dzisiaj impreza zamknięta”, „tylko dla klubowiczów”, „members only”.

Najbardziej oblegane kluby to te, do których najtrudniej się dostać. Zaś ci, którzy dostali się do środka, marzą o awansie ze strefy dla „zwykłych” gości do przestrzeni dostępnych posiadaczom kart klubowych: loży, VIP-roomów i private space’ów. Najczęściej takie miejsca są po prostu przytulniejszą wersją sali głównej, z własnym barkiem i skórzanymi kanapami. Ale są kluby, które skrywają darkroomy, a w krakowskich Stalowych Magnoliach, klubie o wystroju rodem z fin de sičcle’u, wstawiono łoża z baldachimami.

Kiedyś najmodniej było bawić się w klubach typu „gay and les friendly” – przyjaznych mniejszościom seksualnym. Dziś są stałą częścią nocnego życia miast i tym samym nieco straciły na ekskluzywności. Wśród młodszej części stołecznych imprezowiczów największą popularnością cieszą się kluby przy Sienkiewicza i Mazowieckiej. Koło północy zmieniane na lokale przy placu Piłsudskiego: The Eve – klub w czerni rozjaśnianej tylko przez kryształowe żyrandole, Opera Club lub Platinium, gdzie wpuszcza się od 21 roku życia, towarzystwo jest mieszane, z przewagą starszych.

O lokalach przy pobliskiej Kredytowej mówi się na mieście gentelmen’s clubs; tamtejsza klientela dzieli się, zgodnie z nazwą jednej z cyklicznych imprez „So Rich, So Pretty”, na bogatych „krawaciarzy”, czyli facetów w wieku 40–50 lat, i młode, piękne dziewczyny w sukienkach wybieranych kilka dni i z fryzurami prosto od fryzjera. „Jednym z sekretów naszego klubu jest to, że wszystko, co wydarzy się w Nine, zostaje wyłącznie w Nine” – zachwala swoje usługi jeden z tamtejszych klubów.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną