Społeczeństwo

Kielich i kieliszek

Rozmowa o specyfice alkoholizmu księży

Ks. Paweł Rogowski Ks. Paweł Rogowski Tadeusz Późniak / Polityka
Czy ksiądz to zawód podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o uzależnienie od alkoholu? Na to i wiele innych pytań odpowiada ks. Paweł Rogowski z Ośrodka Terapii Uzależnień.
Pulse/Corbis

Joanna Podgórska: – Czy ksiądz to zawód podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o uzależnienie od alkoholu?

Paweł Rogowski: – Jest cała grupa zawodów, które wiążą się ze stresem. Wszyscy, którzy pracują z ludźmi, są bardziej narażeni. Księża wysłuchują mnóstwo ludzkich historii, często tragicznych, dramatycznych. Na początku w człowieku to wszystko bardzo rezonuje, później się trochę uodparniamy, ale nie możemy zobojętnieć. Trzeba to wszystko dźwignąć, przerobić. To obciąża psychicznie. W parafiach ludzie są różni, spotykamy się z pretensjami, roszczeniami. Dla młodych księży trudną sytuacją jest szkolna katecheza. Praca w szkole jest w ogóle trudna, a ksiądz szczególnie nie ma tam łatwego życia, bo nastawienie do niego jest, najogólniej mówiąc, nieprzychylne. Sam spotykałem się z przejawami wrogości ze strony uczniów. Dla kogoś słabego psychicznie to jest bardzo stresogenne.

A samotność parafialnych księży, którzy wieczorami nie bardzo mają co ze sobą zrobić i zaczynają wypełniać tę samotność alkoholem?

To nie jest decydujący czynnik. Samotność jest czymś wewnętrznym. Można być samotnym w małżeństwie i pójść w alkohol, można się czuć samotnie, będąc otoczonym ludźmi. Ksiądz jest w relacji z Bogiem i problem zaczyna się, gdy coś w tej relacji pęka. Choć trzeba pamiętać, że alkoholizm jest chorobą i zdarza się, że człowiek jest w relacji z Bogiem, a choroba i tak przychodzi. Ma w sobie jakiś defekt i szuka ratunku w alkoholu, a nie w tym, co naprawdę daje moc. Czasem zaczyna się niewinnie, od zwykłego picia towarzyskiego. Są przypadki, gdy człowiek uzależnia się już po pierwszym upiciu. To bardzo indywidualne sprawy.

Terapeuci mówią, że alkoholizm księży często przypomina alkoholizm kobiet: samotne, ciche picie do lustra.

Sposób picia faktycznie jest zbliżony, ale on nie wynika z tego, że człowiek żyje samotnie. To może wynikać ze wstydu. Kobiety i księża bardziej się wstydzą tego, że piją. Nie wypada im iść w Polskę czy upijać się po lokalach, więc robią to w ukryciu.

A czy czynnikiem ryzyka nie jest popularny zwłaszcza na wsiach zwyczaj goszczenia księdza? W każdym domu choć jeden kieliszeczek.

Choroba alkoholowa dotyka 20 proc. populacji. W tych 20 proc. są i księża, przecież to też normalni ludzie. Człowiek, który ma liczną rodzinę i ciągle chodzi na przyjęcia, może się uzależnić tak samo jak ksiądz, którego często się gdzieś zaprasza. Statystyki nie pokazują, że księża to grupa jakoś szczególnie dotknięta chorobą. Wśród uzależnionych jest tyle samo aktorów, tyle samo lekarzy, tyle samo księży. Z tym że dla księży ochroną może być silne zaplecze duchowe, które mamy czy powinniśmy mieć.

Według amerykańskich badań zawód księdza i psychologa wybierają często chłopcy o specyficznym typie wrażliwości, ukształtowanym przez brak ojca, który pije bądź jest nieobecny – stąd wyższy stopień ryzyka.

Nie znam tych badań. Ale typ wrażliwości księży z pewnością jest nieco inny, bo tego wymaga powołanie. Pan Bóg, wybierając sobie ludzi, bazuje na naturalnym wyposażeniu człowieka. Księża powinni być ludźmi wrażliwszymi od innych. To oczywiście może działać obosiecznie, bo alkoholizm jest chorobą ludzi wrażliwych, nadwrażliwych, nieradzących sobie z pewnymi rzeczami. Czy wrażliwość księży wynika z pochodzenia z domów alkoholowych? Nie sądzę. Takie pochodzenie może zostawiać defekt psychiczny, a młodzi ludzie przyjmowani do seminariów są badani psychologicznie, by takie rzeczy wykluczyć.

Czy w przypadku księży opór przed przyznaniem się do problemu jest większy?

Zdecydowanie. To się bierze z przeświadczenia popularnego wśród księży i wśród wiernych, że ksiądz musi być człowiekiem lepszym, niemal nieskazitelnym. Przyznanie się do czegoś, co w Polsce nadal nie jest postrzegane jako choroba, ale słabość, wada, budzi opór. Alkoholików uważa się za coś gorszego, strasznego. Ciągle funkcjonuje skojarzenie z człowiekiem o sinej twarzy, w łachmanach, leżącego na ławce. Ludzie mówią: przecież nikt ich do picia nie zmusza. Dlatego, gdy ksiądz powie otwarcie: jestem alkoholikiem, może się spotkać z różnym odbiorem wiernych.

 

 

Jak reagują?

To zależy, jak dany ksiądz się wśród nich prezentował. Czy miał problem ukryty. Wtedy są zaskoczeni, nie dowierzają, ale mówią: każdy ma jakieś słabości, fajny facet, to dobrze, że idzie się leczyć. Ale jeśli problem był widoczny i długo nie reagowała żadna ze stron, takiej akceptacji nie ma. Wierni, widząc wiecznie pijanego księdza, są zgorszeni, bo przecież pijany ksiądz przy ołtarzu to straszny widok. Gdy podejmie w końcu decyzję o leczeniu, mówią: nareszcie, dawno trzeba było coś z tym zrobić.

A jak reagują przełożeni?

Ze zrozumieniem. Jeszcze kilkanaście lat temu była taka metoda, że jak ksiądz ma kłopot z alkoholem, to trzeba go zarzucić pracą, bo pewnie się nudzi i stąd mu głupoty do głowy przychodzą. To oczywiście było nieporozumienie. Dziś wzrosła wiedza o leczeniu, o ośrodkach. Biskupi kierują podwładnych na terapię. Nie ma tendencji do zamiatania spraw pod dywan. Ale dopóki coś się nie stanie albo sam zainteresowany nie przyzna, że ma problem, trudno coś zrobić. Bo przełożony może dostrzegać, że coś się dzieje, próbuje rozmawiać z księdzem, a on może tłumaczyć, ot, zdarzyło się parę razy, bo miałem trudne dni. W mojej diecezji, warszawsko-praskiej, biskup reaguje szybko, jest przecież lekarzem i zna problem od strony fachowej.

Czy istnieje specjalna ścieżka terapii dla księży? Mają własne ośrodki czy leczą się tak jak wszyscy?

I tak, i tak. Najstarszy ośrodek dla księży funkcjonuje od 1994 r. w Kowalewie, w diecezji kaliskiej. Wcześniej księża leczyli się w zwykłych świeckich ośrodkach. Dziś świeckie ośrodki są nadal dla nich otwarte tak jak dla wszystkich innych ludzi. Księża są przecież ubezpieczeni i mają prawo do takich świadczeń. I wielu tak właśnie się leczy. Ale powstają też specjalistyczne ośrodki dla duchownych, w których realizuje się ten sam program terapeutyczny Minessota, oparty na 12 krokach AA, a oprócz tego program formacji kapłańsko-religijnej. Księża uczestniczą w życiu parafii, spowiadają, odprawiają mszę świętą.

Wierni oczywiście wiedzą, z kim mają do czynienia. W ten sposób księża się odbudowują, bo u alkoholików drogi kapłańskie bywają mocno pogmatwane. Poznałem raz księdza, którego przywieziono do ośrodka z dworca. Był już bezdomny.

Ale specjaliści twierdzą, że terapia polega na tym, że wszyscy są w niej równi. Do księdza w czasie leczenia nie mówi się: proszę księdza, nie może być świętą krową i absolutnie nie powinien sprawować funkcji kapłańskich.

To pozorna rozbieżność. Jeżeli ksiądz przychodzi do ośrodka świeckiego, oczywiście nie wypełnia żadnych funkcji kapłańskich. Jest pacjentem jak wszyscy. W ośrodku, gdzie są sami księża, też traktowany jest tak samo jak wszyscy, bez względu na to, czy jest proboszczem, prałatem, biskupem, mnichem czy zwykłym wikarym. I żeby odbudowywać swoje powołanie, uczestniczy w życiu parafii. Kiedy wychodzi się do ołtarza, do wiernych, którzy wiedzą, że ten tu delikwent ma problem alkoholowy, człowiek wcale nie czuje się kimś wyjątkowym, lepszym. To poważne zmaganie, ale i przygotowanie do normalnej pracy, wśród ludzi, którzy będą wiedzieć. Bo często wraca się do tej samej parafii.

Czy księżom po terapii trudno wrócić do pracy duszpasterskiej?

Opowiadał mi pewien ksiądz, że po terapii, którą zresztą poprzedził skandal, wypadek samochodowy opisany przez lokalne media, wrócił do parafii w pierwszy piątek miesiąca. I proboszcz mówi do niego: idź do konfesjonału. Miał olbrzymi opór, bo myślał, że ludzie potraktują go jak trędowatego i nikt do niego nie przyjdzie do spowiedzi. Zdumiony zobaczył, że ustawiła się do niego najdłuższa kolejka. Tak jakby wierni chcieli mu powiedzieć: akceptujemy to, kim jesteś.

Trzeźwiejący alkoholik nie ma prawa wypić ani kropli. A co z mszalnym winem?

Pacjenci zawsze o to pytają. Jest możliwość uzyskania pozwolenia od biskupa, by odprawiać mszę świętą nie winem, ale sokiem z winogron. Jest specjalny rodzaj soku, czysty, bez żadnych dodatków, konserwantów. Najczęściej księża alkoholicy funkcjonują w taki sposób. Albo używają tak minimalnej ilości wina, dosłownie kropli, potrzebnej do ważności mszy świętej, że to im nie szkodzi.

Jeśli dla kogoś sam kielich mszalny jest wyzwalaczem, czymś, co go nakręca do picia, to problem staje się poważny. Ale ja się nie spotkałem z takim przypadkiem. Z tego, co mówią księża alkoholicy, ani kielich, ani wino podczas mszy świętej nie kojarzą im się z piciem. To wprawdzie alkohol, ale ma zupełnie inne konotacje w świadomości. Możemy uznać, że to cud. Świeckim alkoholikom nie polecałbym jednak tej drogi.

 

Ks. Paweł Rogowski, wikariusz parafii Miłosierdzia Bożego w Warszawie, od dwóch lat prowadzi grupę rozwoju duchowego w Ośrodku Terapii Uzależnień w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Polityka 39.2010 (2775) z dnia 25.09.2010; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Kielich i kieliszek"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Czekoladowa dynastia Wedlów

Z okazji Międzynarodowego Dnia Czekolady obchodzonego we wrześniu przypominamy Emila Wedla, któremu ziarna kakaowca przyniosły fortunę i potęgę.

Piotr Korczyński
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną