Społeczeństwo

Kobiety z porcelany

Ćmielów - made in Poland

Monika Pietruszka, nakłada kalkę na ceramikę. Monika Pietruszka, nakłada kalkę na ceramikę. Anna Musiałówna / Polityka
Wszystko w Ćmielowie sięga daleko w przeszłość. To firma kultowa, srebro nasze rodowe, choć już sprzedane. Ile fabryk może pochwalić się 220 latami istnienia? Ćmielów to świat kobiet.

Halina maluje linijki i obwódki na serwisie Feston. Stoi przed nią obracający się dookoła przedmiot, coś na kształt koła garncarskiego. Halina macza w platynowej farbie pędzelek zwany miotłą, przyciska do brzegu wirującego na krążku spodka i nanosi równo srebrne obramowanie.

Feston zachwalany jest za „szlachetną prostotę kształtu” oraz „wysoką dozę artystycznego szyku”. Ma pofałdowane brzegi i solidne uchwyty na wazach. Owszem, ładny. Pochodzi z PRL, spod ręki Wincentego Potackiego, jednego z legendarnych projektantów. Feston bywa w kwiatki i ruską dekorację z kobaltem. Ten serwis z kobaltowym szlaczkiem, zdobiony złotym ornamentem, kupował wagonami ZSRR. Robiono go pełną parą, a jak wieść gminna niesie, władze w Warszawie dopłacały do każdej sztuki, żeby i Rosjan zadowolić, i fabryka wyszła na swoje. Feston z ruskim ornamentem robi się i dziś, choć w ilościach daleko nie wagonowych, lecz wciąż z głębokim kobaltem, który wszedł do dekoracji w 1936 r. i ocalał tylko w tym zdobieniu.

Przez prawie dwa wieki fabryka przechodziła od właściciela do właściciela, od hrabiego Hiacynta Małachowskiego, kanclerza wielkiego koronnego, poczynając. Rodzina Weissów w 1838 r. rozpoczęła tu produkcję porcelany, miast, jak dotąd, fajansu. Później w długim szeregu posiadaczy byli – z przerwami – m.in. książęta Druccy-Lubeccy, aż do 1920 r., kiedy jeden z nich sprzedał fabrykę lwowskiemu bankowi, a w nazwie pojawiły się litery SA.

Po każdym kataklizmie Ćmielów rozkwitał. Tak też było w międzywojniu. Pojawiła się wtedy plejada wybitnych projektantów. Bombonierki, popielniczki, figurki, a wśród nich Piłsudski, Magdusia, Kazicha, Upadła, Twardowski, Krupka, Nafciarz, Zadumana. Jedne ocalały, po innych ślad zaginął.

Dorobiono się też garniturów kawowych Dorota i Ina, uznanych także za granicą za rewelacyjne, zestawów obiadowych, owocowych, do ciast. Wypuszczano wazony, świeczniki, rzeźby kameralne, które dziś można znaleźć w serwantkach u babć. No i Empire, serwis mistrza Wysockiego, duma Ćmielowa, wykonany w 1934 r. dla prezydenta Polski, z filiżankami na nóżkach i z orłem inkrustowanym „na brzuścach naczyń wgłębnych i skrzydłach naczyń płaskich”.

Maciej Stefański, mistrz projektant, twierdzi, że kto wypił herbatę z filiżanki na nóżce z porcelany tak cienkiej, że można przez nią zobaczyć sąsiada zza stołu, temu herbata beznożna już nie zasmakuje. Cóż, kiedy nóżki są pracochłonne i podrażają produkcję.

Teraz Empire jest rekonstruowany. To żmudny proces. Najpierw z rysunków plastyka robi się projekt, powiększony o skurczanie się materiału. Później wytacza się go z gipsu, robi się formę modelową również z gipsu, aż wreszcie formę matkę do wykonania form produkcyjnych.

Halina od Festonu

Mężczyźni pracują przy najcięższych zajęciach – w transporcie, w szlamowni, w której przygotowuje się masy do produkcji. Lejnych używa się na imbryki, wazy, półmiski, cukierniczki, mas plastycznych – na kubki, filiżanki. I granulat – na talerze, salaterki, półmiski. Masy mieszane maszynowo wyrabiali kiedyś mężczyźni ręcznie ubijakami, stojąc w kadziach w gumowych butach, a potem nieśli masy na plecach na piętra, do dalszego przetwarzania. Ale 70 proc. załogi to kobiety.

Halina, która maluje obwódki na talerzykach Feston, pracuje w Ćmielowie od 30 lat. Dziadek męża spędził tu zawodowe życie. Ćmielów żywił całe rodziny. Syn uczył się fachu od ojca, córka od matki. Dziadek Andrzeja Kądzieli, pracownika transportu, był w porcelanie elektrykiem, pracowała żona, cztery córki, zięciowie, synowie, wnuki. Także żona, siostra i szwagier Andrzeja. Ale jego córka pracuje już w banku.

Młode pokolenie z porcelany wyrywa na studia albo za granicę. Córka i syn Haliny, którzy podjęli pracę w Ćmielowie, wyjechali do Anglii. Córka, absolwentka politechniki, została tam stewardesą, niedługo wychodzi za mąż za Polaka, stewarda. Ślub odbędzie się na rodzinnej ziemi, wszystkie angielskie tu są zawierane, a potem wraca się tam, gdzie łatwiej żyć. Marzenia kobiet są teraz takie: związać koniec z końcem i żeby dzieci skończyły wyższe uczelnie.Studia są po to, żeby nie być nigdzie zakleszczonym.

Ewa od Rokoka

Ewa, malarka, maluje ręcznie zdobienia na spodeczkach do bulionówek w serwisie Rokoko. To serwis wczesnodziewiętnastowieczny, odtworzony z pietyzmem jeszcze w PRL. To na Rokoku Ewa najczęściej kaligrafuje pędzelkiem kunsztowne zamówione monogramy przyszłych właścicieli. Albo napisy „Kochanym dzieciom w dniu ślubu”, życzenia, dedykacje. Na spodeczkach Ewa maluje purpurowe zakola, które zostaną wypalone w piecu, a z zakoli wysypują się ku środkowi złote rzęsy, które muszą być wypalone po raz drugi. Trzeba mieć czucie w palcach, żeby nałożyć pędzelkiem odpowiednią grubość farby w cieniutkich kreseczkach. Zbyt grube spalą się podczas wypalania albo odcień wyjdzie nie ten, którego Rokoko wymaga.

Ewa skończyła – jak wszystkie malarki ręczne – szkołę ceramiczną przy Ćmielowie; każda szanująca się fabryka w PRL taką zawodową miała. W latach 70. założono najpierw zasadniczą, a później 5-letnie technikum ceramiczne. Skończyć technikum to było wtedy coś. Fach w ręku, zapewniona praca, nie rwano się wtedy, kto żyw, na studia jak teraz.

Zaraz po wojnie Ćmielów upaństwowiono. Unowocześnił się, dostał piece do wypalania dekoracji wszkliwnych i naszkliwnych, linię odlewniczą i formierską, obrósł w Hotel Młodego Stażysty, stadion sportowy, socbudynek i w co tam jeszcze.

Święto Matki Boskiej Śnieżnej, patronki ceramików, obchodzone w końcu lipca, zamieniono w Dzień Ceramika z oficjałami i akademiami. Nie było tak źle Ćmielowowi w PRL.

Elżbieta od ogniopęków

Elżbieta skończyła odzieżową zawodówkę, ale osiadła ostatecznie w porcelanie. Dziś wyłapuje wady na szkliwie – muchy, ogniopęki, czarne chmury, nierówno naklejoną lub popsutą kalkę. Odstawia sztuki do ponownego, po usunięciu wad, wypalania. Mąż też robi w porcelanie, w pakowni. Córka w przyszłym roku zamierza po raz drugi zdać maturę, żeby mieć więcej punktów na świadectwie i jeszcze raz spróbować na medycynę.

Elżbieta lubi swoją pracę – lekka, miła i tyle pięknych wzorów. Żeby jeszcze zarobki były większe. Kobiety zarabiają jakieś 1000–1200 zł. Ale nigdzie w okolicy lepiej nie zarobią. I tak szczęście, że w ogóle mają pracę. Na każde wolne miejsce czeka tu po kilka chętnych – praca bądź co bądź siedząca, pod dachem, bez większego dźwigania.

Można się nauczyć żyć za taką pensję. Halina, ta od Festonu, idzie na zakupy dokładnie wiedząc, ile co kosztuje. Mąż na szczęście też pracuje, w Ostrowcu, zarabia podobnie. Jeśli brakuje pieniędzy, bierze się kredyt, ale tak, aby rata miesięczna nie była wyższa niż 100 zł. Kończy się jeden, bierze się następny.

 

Żeby oszczędzić te 100 zł na spłatę, Barbara jeździ do pracy rowerem. 10 km w jedną i tyleż w drugą stronę. Mąż nie pracuje, opiekuje się w domu niepełnosprawnym synem. Drugi syn, licealista, kiedyś pewnie trafiłby do zawodówki, marzy o studiach aktorskich. Na szczęście pomaga im siostra z gospodarstwa. Dostają od niej kartofle, owoce, warzywa. Barbara nakleja kalkomanię na filiżanki serwisu Bolero. Odrywa ochronną taśmę i przylepia do brzegów żółty pasek z kolorowymi kwiatkami i jeżynami. Bolerówki jadą potem do szybkiego wypału we francuskim piecu. Żółte części znikają od gorąca i zostają same kwiatki. Otrzymują następnie obwódki ze złota, a później jadą do kolejnego pieca.

Bolero też jest przywrócone do życia stołowego z międzywojnia. Serwis bardzo romantyczny. Jego złote linie na brzegach płyną falami ponad wzgórza i doliny na bocznych płaszczyznach talerzy, na okrągłościach waz, przy filiżankach zahaczając o uchwyty, zbliżone kształtem do pięknych uszu ludzkich, na których złote paseczki, czego Bolero wymaga, malują już ręcznie malarki.

Barbara mówi, że serwis Bolero jest dla naklejaczek sitodruku opłacalny, choć pracochłonny. Robi się mniej sztuk niż w innych serwisach. Praca idzie na akord. Robota śmiga im w rękach, ale kobieta nie maszyna, kanapkę zjeść musi i na papierosa wyskoczyć też. Barbara na śniadanie przyniosła dziś z domu chleb z kaszanką.

Monika od sitodruku

Tu są twarde baby z życiorysami łapiącymi często za serce. Weźmy Zofię. Urodził się jej zupełnie głuchy syn. Mężowie nie dorastają swym żonom do pięt w takich sprawach, tak też było i w tym przypadku. Została sama. Przeżyli z synem raz takie święta, że mieli tylko jedną konserwę. Nie chciała żyć. Ale podniosła się z depresji.

Logopedzi, którzy Zofię poznali, mówili, że po raz pierwszy mają z kimś takim do czynienia. Sama nauczyła syna mówić i czytać z ust innego mówiącego człowieka. Tysiące ćwiczeń codziennie. – Ta kobieta idzie, powtarzała, rysując synowi na kartce idącą, żeby obserwując ruch jej mówiących warg, umiał skojarzyć ten ruch z kimś, kto idzie. Tysiące rysunków. Kiedy syn zakochał się w dziewczynie, która nie dorastała do jej marzeń o synowej, zapytał: Czy kaleka, mamo, nie ma prawa być szczęśliwy? Marzenia odłożyła na półkę. Syn z żoną mieszkają z dobrymi, zacnymi teściami. Urodziło im się słyszące dziecko. Zofia poznała dobrego człowieka, ale umarł na serce, siedząc obok w pokoju. Jak się nie układa, to na wszystkich polach. Została jej z życia porcelana. Po technikum ceramicznym pracuje już 30 lat.

Monice jeszcze daleko do stażu Zofii. Monika nalepia kalkę – ładny szlaczek, na Lwów. Przed wojną talerze Lwowa były okrągłe, po reaktywacji zrobiono z nich falujące kwadraty. Na czubkach dzbanków i cukiernic leżą, jak niegdyś, uchwyty w kształcie pąka róży. Lwów kochają zwłaszcza importerzy z Turcji. Akcent też jest kwadratowy i też się dobrze sprzedaje, a to z kwiatkiem, a to z palmą, z listkiem, z purpurową plamą w środku. Nie wiadomo, dlaczego jeden serwis ma wzięcie, a inny nie, jedne trwają przez dziesięciolecia, a inne nikną po roku, dwóch. Niezgłębione są gusta kupujących.

Monika wie jedno: jej dziadkowie pracowali całe życie w porcelanie – babcia na formowni, dziadek – jako majster – na szlamowni. Zbudowali dom. Kiedyś z pracy w porcelanie można było śmiało utrzymać całą rodzinę. Rodzice Moniki też zbudowali dla siebie dom. Ona z mężem, stolarzem w fabryce mebli, nie zarobią już nawet na jakiekolwiek lokum. Mieszkają z jej rodzicami i tak już pewnie zostanie. Dwie pensje starczą na jedzenie, podstawowe warunki.

Monika wie, że fabryka dużo płacić nie jest w stanie. I tak dobrze, że dostają wypłaty w terminie.

Mistrzowie od ptasich dziubków

W Europie fabryki porcelany padają jak muchy, w Polsce padły trzy. Najpierw zalały nas ohydne, nietłukące się naczynia, ni to ze szkła, ni to z plastiku. Ćmielów poszedł w kąt, triumfowało paskudztwo. Potem ludzie zauważyli, że używać czegoś takiego to jak kłaść na stół ceratę zamiast obrusa. Ale wtedy porcelanę zaczęła podgryzać następna szarańcza – importowana z Chin, tańsza od rodzimej. Malują ją tam farbami z ołowiem, ich farby nie muszą wytrzymywać europejskich restrykcyjnych norm na metale ciężkie. I ten ołów z chińszczyzny się z jedzeniem spożywa. Napierały Chiny, szły w górę ceny gazu, platyny i złota (to nie są jakieś farbki, ale prawdziwe, karatowe), handel zalegał z przelewami za towar. Od dwóch lat produkuje się 180, zamiast dawnych 240–300 ton, a na kraj idzie 55 proc. produkcji.

W 1997 r. fabrykę kupił prywatny właściciel. W czymś takim, jeśli grozi upadek, nie ma zmiłuj. Zwolniono sto kilkadziesiąt osób w ramach restrukturyzacji, głównie młodych, bo mieli większą szansę na znalezienie innej pracy. Zostało 450. Nie istnieje od dawna szkoła ceramiczna, a fachu nie przekazuje się już w rodzinach sztafetowo. Ale fabryka jest. Daje pracę. Ich dziadkowie i ojcowie w szlamowni, mówi szef malarek i zdobniczek Henryk Piwowarek, pracowali czasami nocami i w święta, kiedy firma tego potrzebowała, a po ucieczce Niemców od pierwszego dnia dźwigali fabrykę z wojennej zapaści: porcelana uczy widać cierpliwości.

Może więc wrócą takie czasy, że będzie opłacalne robienie nawet serwisów przezroczystych jak błona, dziubków w imbrykach jak ptasie, filiżanek na nóżkach jak u baletnic. Maszyny zabiły taką porcelanę. I jest ona nieopłacalna dla fabryki. Jeśli na jednej zmianie robi się 2500 filiżanek, to tych arystokratycznych można nie więcej niż 500. Byłyby za drogie dla masowego odbiorcy.

Ale wciąż można by je robić, są jeszcze mistrzowie pełną gębą w Ćmielowie. I elitarnych klientów też wszakże przybywa. Jest nadzieja, że cienko królewski Empire stanie znów na stołach u wybrednych ludzi, którzy wiedzą – jak mówi piękna dyrektorka generalna i wiceprezeska zarządu Inga Kamińska – że nie jada się z talerzy. Jada się z Ćmielowa.

Polityka 40.2010 (2776) z dnia 02.10.2010; Na własne oczy; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Kobiety z porcelany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną