Społeczeństwo

Gorzkie jabłka

Los sadownika

Stanisław Ciok / Polityka
Kto uprawia jabłka, kto je zbiera i dlaczego za śmierć 18 mieszkańców Drzewicy obwiniani są sadownicy.
Wojciech Kot z Uleńca zatrudnia Ukrainców. Polskim bezrobotnym nie chciało się pracować.Stanisław Ciok/Polityka Wojciech Kot z Uleńca zatrudnia Ukrainców. Polskim bezrobotnym nie chciało się pracować.
Krzysztof Czarnecki, posiadacz 30-ha sadu położonego na terenie dwóch gmin: pniewskiej i mszczonowskiej.Stanisław Ciok/Polityka Krzysztof Czarnecki, posiadacz 30-ha sadu położonego na terenie dwóch gmin: pniewskiej i mszczonowskiej.

Kiedy 18 minut po szóstej rano na drodze wojewódzkiej 707 bus marki Volkswagen Transporter wbijał się w szoferkę ciężarowego Volvo, nad sadami w okolicy Białej Rawskiej panowała jeszcze noc. Grzegorz Majewski, właściciel 10 ha obsadzonych drzewkami czereśni, gruszy i jabłek, nerwowo spoglądał w niebo. Wystarczy kilka kropel deszczu – i nici ze zbierania owoców, cały dzień pójdzie na straty. Ale tamtego ranka niebo, choć ukryte za mgłą, było pogodne. O siódmej przyjechali ludzie do roboty. Majewski nie wie, skąd konkretnie. Prawdopodobnie także spod Opoczna; to okolica, gdzie tradycyjnie werbuje się sezonowych robotników do zbioru owoców.

Do którego sadu zmierzali zbieracze jabłek z Drzewicy, wiedział tylko pan Mirek, który wiózł ich swoim busem. To on umawiał się z właścicielami sadów, ile osób przywiezie, o której i gdzie. Był kimś w rodzaju pośrednika. Zgłaszali się ludzie, prosili, aby ich zabrał. Nie odmawiał, brał wszystkich. W okresie zbioru jabłek to robota czeka na chętnych, a nie odwrotnie. Drzewica, Żardki i okoliczne wioski wyspecjalizowały się w takich zajęciach. Sezonowa praca trwa od lipca do listopada. Zbiera się czereśnie, wiśnie, gruszki, śliwki, jabłka, porzeczki, truskawki, maliny, borówki amerykańskie, ziemniaki, marchew, cebulę, kalafiory, kapustę.

18 zbieraczy, którzy swoją ostatnią podróż zakończyli pod Nowym Miastem, już uroczyście pożegnano. Długi rząd trumien, bijące dzwony, wicepremier niekryjący wzruszenia. – Ładny był pogrzeb – mówi łykając łzy mieszkanka Drzewicy. Ma kłopot, planowała, że w poniedziałek pojedzie busem pana Mirka na jabłka pod Błędów. – Z kimś innym się zabiorę, ale to już nie to samo, z Mirkiem czułam się bezpiecznie.

Obfitość to przekleństwo

Znakiem firmowym polskiego sadownictwa jest jabłko. W tym roku – roku nieurodzaju – zbierze się ich u nas 1,5 mln ton (w 2009 r. 2,6 mln ton). Holandia, do niedawna jabłkowa potęga, zeszła już do poziomu 100 tys. ton, Niemcy ledwo przekraczają pół miliona. Więcej od Polski produkują Włochy – 2 mln ton. – Wygrywamy z nimi niskimi kosztami pracy, tam zbieracz bierze 6 euro za godzinę – mówi Grzegorz Majewski.

Prezes Związku Sadowników RP z siedzibą w Grójcu Mirosław Maliszewski (poseł z ramienia PSL) mówi, że ekipy zbieraczy dzielą się na polskie i ukraińskie. Krajowi robotnicy z roku na rok się wykruszają, praca przy zbieraniu owoców to ciężka harówka, a przy niskich stawkach nie każdemu kalkuluje się włóczyć po sadach. Ukraińcom jeszcze się opłaca. W tym roku sadownicy płacą polskim zbieraczom po 8 zł za godzinę (zbiór jabłek), Ukraińcy dostają 5–7 zł, ale mieszkają u sadownika za darmo, korzystają z prądu i wody. Przyjeżdżają na kilkutygodniowe turnusy, przez miesiąc zarabiają równowartość 600–700 dol., to dwa razy więcej niż średnia płaca w ojczyźnie. Polscy robotnicy sezonowi przeważają w okolicach Białej Rawskiej i Błędowa – dojeżdżają głównie z dotkniętego bezrobociem pobliskiego rejonu Opoczna. Ukraińcy zaś opanowali sady w pobliżu Grójca i Warki.

Pierwsze komentarze po strasznym wypadku, w którym straciła życie ekipa z Drzewicy, budowane były na prostym kontraście. Z jednej strony ludzka bieda, która sprawia, że zbieracze owoców o świcie gnają stłoczeni jak szprotki w puszce i giną w katastrofie drogowej. Z drugiej zaś – bogaci sadownicy wykorzystujący pracę sezonowych robotników do powiększania zysków. Gazety cytowały wypowiedzi urzędnika z Państwowej Inspekcji Pracy: skontrolujemy sadowników, każdy zatrudniający ludzi bez zezwolenia będzie ukarany mandatem do 30 tys. zł. – A przecież praca w sadzie to możliwość zarobku dla ludzi – mówi Maliszewski. – Ci rzekomo ociekający bogactwem sadownicy z roku na rok walczą o przetrwanie.

Dwa lata temu sadownicy strajkowali, bo przetwórnie owocowe obniżyły ceny skupu. Rok temu obrodziły wiśnie i jabłka, więc była nadprodukcja i cena znów poleciała w dół. Na tyle, że wiśnie pozostały na drzewach, nie opłacało się ich zrywać. W tym roku wiosną falami nadciągały przymrozki, a potem rozhulały się deszcze. Padły czereśnie, 70 proc. owoców zniszczyły siły przyrody, straty w jabłkach szacuje się na 50 proc. Ale taki nieurodzaj na przykład dla Wojciecha Kota z Uleńca, właściciela 10-ha sadu jabłkowego, to prawdziwe zbawienie. Bo przetwórnie biją się o owoce, już nie stawiają sadowników pod ścianą płaczu. Cena skupu jabłek deserowych sięga 1,60 zł za kilogram (w 2009 r. 40–60 gr), jabłek przemysłowych na moszcz do produkcji soków 60 gr (było 6–10 gr). – Jestem wygrany – stwierdza Kot z zadowoleniem. – Na spłatę kredytów chyba mi wystarczy. Przez kilka poprzednich lat dokładałem, sprzedawałem znacznie poniżej kosztów produkcji, w tym roku trochę się odkuję.

Przyzwyczaił się już, że żyje w świecie paradoksów, bo dla branży sadowniczej obfitość owoców to przekleństwo, a klęska nieurodzaju oznacza sukces.

Przerażająca paszcza przędziorka

Producenci owoców miewają nocne koszmary jak z thrillera Alfreda Hitchcocka „Ptaki”. Ptasia nawałnica hula w okresie dojrzewania czereśni, chmary niedużych, acz żywotnych szpaków nie znają litości. Nie pomagają żadne metody. Strachy na wróble jedynie wprowadzają żarłoczne ptactwo w dobry nastrój. Do łopoczących na wietrze kolorowych szmatek, przyczepianych do drzew płyt CD albo dziecięcych misiów z błyszczącymi ślepiami ptaki szybko się przyzwyczajają. Kiedyś odstraszały je brygady tzw. kołatkowych – po sadzie krążyli ludzie z grzechotkami, ale sposób okazał się nieopłacalny. Teraz od lipca do połowy sierpnia z sadów czereśniowych dobiega nieustanna kanonada. Strzelają armatki połączone z butlami gazowymi. Metoda jest niebezpieczna i uciążliwa dla mieszkańców, ale szpaki i bomb gazowych też już się nie boją. Armaty grają jak pod Stoczkiem, a szpaki potrafią i tak zniszczyć nawet połowę plonów.

 

 

Sadownikom śnią się po nocach także przędziorki, mszyce, mączniki, gąsienice. Całe armie insektów, z którymi toczą niekończące się wojny. I niewidoczne gołym okiem grzyby atakujące po każdym, nawet najmniejszym deszczu. To one powodują gumozę, zgorzel kory, raka drzew, brunatną zgniliznę, dziurkowatość liści i najgroźniejszą przypadłość jabłoni – parcha.

W tym sezonie deszcze w połączeniu z wysoką temperaturą stworzyły znakomite warunki dla rozwoju parcha – mówi Ireneusz Czuj z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach. – Sadownicy musieli wykonać 25 zabiegów, aby ratować się przed zarazą.

Zabieg – czyli oprysk chemiczny. Naukowcy z Instytutu wyliczyli, że opryski hektara sadu kosztują średnio w sezonie ok. 5 tys. zł. W tym roku były droższe. Dr Beata Meszka, specjalistka od ochrony roślin w Instytucie Sadownictwa, mówi o nowych zagrożeniach nadciągających z zagranicy. Z Holandii przywędrowała zaraza powodująca zgniliznę truskawek, z Hiszpanii bardzo groźna antraknoza truskawki.

Parchy jabłoni stają się niepodatne na używane środki chemiczne, grzyby wciąż się mutują – ostrzega dr Meszka. – Było pięć ras powodującego parcha jabłoni grzyba venturia inaegualis, teraz jest siedem. Niektóre z owadów i część grzybów mogą pustoszyć sady całkowicie bezkarnie, bo zgodnie z ekologicznymi wymogami Unii Europejskiej wycofano z obiegu kilka preparatów służących do ich zwalczania. Na zmutowane odmiany grzybów nie skomponowano jeszcze nowych środków chemicznych.

Zbieracze, czyli od sadu do sadu

Więc kiedy już uda się ochronić owoce przed ptakami, owadami, grzybami, to trzeba znaleźć ludzi do ich zrywania. – Mam trochę szczęścia, bo w pobliskich wsiach mieszkają małorolni, którzy chętnie dorabiają w sadzie – mówi Krzysztof Czarnecki, posiadacz 30-ha sadu położonego na terenie dwóch gmin: pniewskiej i mszczonowskiej. – Korzystam też z ekip ukraińskich.

Wojciech Kot z Uleńca w pobliżu Grójca wspomina, że kilka lat temu Związek Sadowników rozesłał po całej Polsce zaproszenia do pracy przy zbieraniu owoców. – I wie pan, ilu chętnych zgłosiło się z terenów zagrożonych strukturalnym bezrobociem? Nikt!

W pobliżu jego domu mieszkają byli pracownicy upadłego PGR. Od lat bezrobotni, ale sezonowymi zajęciami w sadzie nie są zainteresowani. – Jednego już prawie zwerbowałem – opowiada sadownik. – Kilka miesięcy wytrzymał, ale kiedy zaproponowałem mu pracę etatową, oświadczył, że to nie dla niego, i odszedł.

Dlatego dzisiaj w jego sadzie krzątają się zbieracze z Ukrainy. Pracują szybko, nie narzekają. Zatrudnia ich całkowicie legalnie. Do Polski przyjeżdżają z wizami zezwalającymi na podejmowanie pracy sezonowej w rolnictwie. – Podpisuję z nimi umowy o dzieło, odprowadzam podatki i składki ubezpieczeniowe – mówi Wojciech Kot.

Sadownicy, do których trafiają polscy robotnicy z rejonu Opoczna, nawet gdyby chcieli podpisać umowy, mają kłopot. Skład pracowników zmienia się codziennie. – To mobilni ludzie, wciąż przemieszczają się za robotą – ocenia sadownik spod Białej Rawskiej. – Jednego dnia zrywa moje jabłka, drugiego już 20 km dalej. Nawet gdybym chciał, nie mam jak z takim zbieraczem dopełnić wymaganych formalności. Płacę człowiekowi dniówkę i nigdy nie wiem, czy kolejnego dnia stawi się on, czy ktoś inny.

Mirosław Maliszewski, szef Związku Sadowników, mówi, że od kilku lat trwają negocjacje zmierzające do uproszczenia procedury zatrudniania sezonowych pracowników w branży owocowej i warzywnej: – Proponujemy, aby sadownik opłacał podatki i składki za zatrudnianych ryczałtem. Nie spisywałby umowy osobno z każdym, ale opłacał koszty w zależności od liczby zatrudnianych pracowników. Na razie nie możemy się z tym przebić, bo podobno to zbyt skomplikowane rozwiązanie dla systemu informatycznego ZUS. Groźba kar nakładanych przez Państwową Inspekcję Pracy jest realna, bo większość polskich zbieraczy jabłek pracuje u sadowników na czarno, bez umowy.

Koniec owocowej sztafety

Tragedia na szosie pod Nowym Miastem poruszyła wszystkich, także sadowników. – Wystąpiliśmy o zgodę na prowadzenie w gminach zagłębia owocowego zbiórki pieniężnej pod kościołami po niedzielnych mszach – mówi prezes Mirosław Maliszewski. Właściciele sadów chcą pokazać swoją solidarność ze zbieraczami owoców. Mają jednak świadomość, że zyskowne lata w tej branży zdarzają się coraz rzadziej. Wojciech Kot przewiduje, że w ciągu kilku najbliższych lat połowa polskich sadowników splajtuje. – Mam trzech synów – mówi sadownik Krzysztof Czarnecki. – Coraz częściej myślę, że w sadzie nie ma dla nich przyszłości.

Polityka 43.2010 (2779) z dnia 23.10.2010; Coś z życia; s. 115
Oryginalny tytuł tekstu: "Gorzkie jabłka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wybuchowe wesele. Zostali bez domu i z kredytem na całe życie

W jednej chwili wesele Wawrzyniaków zamieniło się w koszmar. Każdego dnia nurtuje ich pytanie: jak tu obchodzić rocznicę?

Norbert Frątczak
18.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną