Karolina Woźniacka: sukces polsko-duński

Dunka na dwa serca
Nawet Duńczycy przyznają, że Karolinie Woźniackiej w dojściu na tenisowy szczyt pomógł polski charakter.
Cynthia Lum/Iconsmi/Newspix.pl

Pierwsi odezwali się malkontenci. Gdy w połowie października Woźniacka została liderką światowego rankingu, zaczęło się wyliczanie: że bez tytułu wielkoszlemowego, raptem z jednym finałem (w ubiegłym roku w Nowym Jorku), że gra tenis prosty, przebija piłki cierpiętniczo. Realiści zauważyli: takie czasy, że nie finezją się wygrywa, ale siłą i bieganiem do utraty tchu. A siły i ambicji Karolinie odmówić nie można.

Urodziła się 20 lat temu w Odense, rodzice wyemigrowali z szaroburej Polski jeszcze w latach 80. Najpierw ojciec, Piotr. Pojechał na wycieczkę w jedną stronę do Szwecji. Gdy w Göteborgu trafił na komisariat, wymyślił na tyle przekonującą bajkę, że deportowano go do Danii. Tam był najpierw obóz dla uchodźców – a wtedy, tuż po stanie wojennym, wszyscy z Polski byli polityczni – potem, zanim stanął na nogi, poznał, co w praktyce znaczy państwo opiekuńcze. Ściągnął z Białej Podlaskiej Anię, pobrali się. Piotr grał w piłkę, Ania w siatkówkę, w ich domu sportem się żyło.

Sportowy charakter

Karolina w wywiadach: kocham to, co robię, tenis to moje życie. Pierwszy raz wzięła rakietę do ręki w wieku siedmiu lat. Rodzina Woźniackich była akurat w Göteborgu u przyjaciela Darka Magiera. Zabrał ich do tenisowej hali i wytłumaczył: to jest forhend, to jest bekhend, tak się trzyma rakietę, a tak się liczy punkty.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną