Repatrianci wrócili do domu... opieki społecznej

Repatrianci
Długo czekali. Długo jechali z Kazachstanu. Ich nowy polski dom to dom opieki społecznej.
Eugenia Macedon i jej matka Wiera Gawłowska
Paweł Ulatowski/PAP

Eugenia Macedon i jej matka Wiera Gawłowska

Jan Sidorski
Paweł Ulatowski/Materiały prywatne

Jan Sidorski

Anna Olejnik
Paweł Ulatowski/PAP

Anna Olejnik

Po Marii Murawickiej, która prawie całe życie spędziła w Kazachstanie, pozostał grób na cmentarzu i róże przed Domem Pomocy Społecznej im. Władysława Godynia w Krakowie. Bo Maria kochała róże. – Nieszczęsna ta kobieta, oj, nieszczęsna – opowiada Jan Sidorski. – Mąż jej umarł i córka, i syn, a ona chora do Polski przyjechała. Dla niej było ważne, żeby umrzeć na swojej ziemi.

Sidorski był w Kazachstanie dyrektorem przedsiębiorstwa. Murawicka dyrektorką przedszkola. W dzieciństwie mieszkali w tej samej wsi – Kamiennym Majdanie na Ukrainie. Ona – rocznik 1930, on 8 lat starszy. W 1936 r. zostali deportowani do Kazachstanu w różne miejsca. Spotkali się dopiero w 2002 r. w Syrkowicach koło Kołobrzegu. On już nie widział, był przed operacją zaćmy, ale od razu poznał jej głos. Nie chcieli się rozstawać, lecz Jan miał skierowanie do Krakowa, a Maria do Syrkowic. Oboje już owdowieli. Miejscowy poseł wpadł na pomysł, by rozwiązać problem przez ożenek. I Maria pojechała do męża.

– W pokoju stworzyli namiastkę domu, widać było między nimi uczucie – wspominają pracownicy DPS. Jan przynosił ogrodniczą ziemię. Maria hodowała sadzonki. Zmarła w maju 2008 r. I jemu ciężko teraz patrzeć na te róże.

Gest króla goździków

Jan i Maria znaleźli się wśród 6 tys. repatriantów ze Wschodu, którzy wrócili do Polski po 1989 r. Kolejnym 2,5 tys. przyrzeczono wizy repatriacyjne. Część z nich czeka na powrót już 10 lat. Pochodzą z terenów, które po traktacie ryskim (1921 r.) znalazły się w granicach sowieckiej Ukrainy. Wielu mieszkających tam Polaków w latach 30. deportowano do Kazachstanu. Ich powrót do Polski zależał do tej pory od samorządów, które ostatnio, jak się wydaje, straciły zainteresowanie repatriacją: w 2008 r. wydano zaledwie 18 zaproszeń, w 2009 r. tylko 8.

Zaradzić ma temu nowy obywatelski projekt ustawy o repatriacji, który przenosi ciężar organizacyjny i finansowy na państwo (a konkretnie MSWiA). Pod projektem, pilotowanym przez Jakuba Płażyńskiego – wykonawcę testamentu ojca Macieja, byłego marszałka Sejmu, który zginął w katastrofie smoleńskiej – udało się już zebrać 215 tys. podpisów. Nowelizacja ma też skrócić okres oczekiwania na osiedlenie w kraju. A są osoby, którym czasu zostało niewiele. Gminy chętnie zapraszały ludzi młodych, a także dobrze wykształconych reprezentantów średniej generacji. Starzy, samotni, chorzy nie mieli wzięcia.

Ich los poruszył Władysława Godynia. To patron i fundator domu, w którym w 2003 r. zamieszkali Jan i Maria. Dorobił się na ogrodnictwie. W Krakowie mówiono o nim: król goździków. Kochał sztukę. Zgromadził kolekcję 250 dzieł: Matejko, Wyczółkowski, Malczewski, Chełmoński, Michałowski, Siemiradzki, Axentowicz, Gierymscy. Pod koniec życia obrazy sprzedał, a pieniądze przeznaczył na budowę sześciu domów dla potrzebujących, w tym tego przy ul. Sołtysowskiej w Krakowie dla repatriantów z Kazachstanu.

W domu przeważają pokoje trzyosobowe, w standardzie schludnego domu studenta – lodówka, łazienka. Rzadko widać pamiątki z przeszłości. U Sidorskiego nad łóżkiem wisi gablota wypełniona medalami. Zdobywał Reichstag, pokazuje zdjęcie z gazety – wypisali na murze swoje nazwiska, wśród nich Sidorski, cyrylicą. Ale centralne miejsce na ścianie zajmuje obraz – rolnik orze ziemię i Matka Boska mu się pokazała. Jak babcia żony szła do ślubu, to tym ją błogosławili, potem też mamę żony i żonę. Weronika Łoś, która po polsku prawie nie mówi, przywiozła maleńką częstochowską Madonnę z napisem „Królowo Korony Polskiej módl się za nami” – po dziadkach ze strony taty. A Władysława Zagajewska stary krzyż. Kupili go rodzice, a może dziadkowie. Przywiozła też sporą figurę Matki Boskiej i modlitewnik – tysiąc stron, pożółkłych i kruchych.

Mówią o sobie: kazachscy lub ukraińscy Polacy. Babcia lub dziadek, mama lub tata znali język polski. Ale dziś wielu z nich trudno się po polsku dogadać. Między sobą rozmawiają po ukraińsku, telewizję oglądają rosyjską. Po polsku modlą się z Radiem Maryja. Otrzymują emerytury, zwykle najniższe. Za pobyt i opiekę DPS pobiera 70 proc. ich dochodów.

W stepie szerokim

Mają wspólne doświadczenia: deportacja, mieszkanie w namiotach, ziemiankach, budowa domków z samana – suszonej na słońcu cegły z gliny i słomy. Zwano je stalinkami – powierzchnię 6 na 9 m dzieliły dwie rodziny. Bywały całe wsie zdominowane przez Polaków, a bywało też, że osiedlano po jednej polskiej rodzinie we wsi. Wsie budowano na toczkach – w oznaczonych numerami punktach, które wskazała specjalna komisja. Te wsie długo nie miały nazw tylko numery. Ich dawni mieszkańcy przywieźli do Polski wspomnienia ciężkiej pracy, terroru, surowego klimatu (45-stopniowe mrozy, podczas zamieci po wodę do studni chodziło się po sznurku, żeby nie zgubić drogi). Janowi Sidorskiemu w 1937 r. rozstrzelano czterech starszych braci i dwóch szwagrów, a dwie siostry siedziały w więzieniu. Stanisława Samkowska poszła wtedy z tatkiem do sielsowieta. A potem tatko powiedział: Stasiu, idź do domu, ja wrócę. Nie wrócił. Został rozstrzelany. Podobnie jak aresztowany w lipcu 1938 r., uznany za szpiega ojciec Anny Olejnik. Dzieci dowiedziały się o jego losie, dopiero gdy nastała głasnost’.

Anna Olejnik (rocznik 1932), emerytowana nauczycielka, przywiozła ze sobą notatki dotyczące wsi na 19 toczkie, gdzie przeżyła ponad 70 lat. Pokazuje kajecik pełen polskich nazwisk zapisanych cyrylicą – to pierwsi osiedleńcy, 1492 osoby. Ma też spis wrogów narodu, skazanych i straconych.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną