Los irakijskich tłumaczy: etap polski, niewesoły

Wspólny język
Kiedyś, narażając swoje życie, tłumaczyli dla naszych żołnierzy w Iraku. Dzisiaj trudno im wytłumaczyć, dlaczego nie mogą liczyć na godziwe życie w Polsce.
Stanisław Ciok/Polityka

Podziękowanie to miła pamiątka, ale pracy Hazimowi nie zastąpi
Stanisław Ciok/Polityka

Podziękowanie to miła pamiątka, ale pracy Hazimowi nie zastąpi

W Iraku obecność tłumacza była niezbędna.
Rafal Milach/Forum

W Iraku obecność tłumacza była niezbędna.

Fox (pseudonim jeszcze z Iraku) z rodziną trafił do małej miejscowości w woj. łódzkim. Adam (imię przybrane) do powiatowego miasta w Wielkopolsce. Kolejny tłumacz na Śląsk, a jego rodak na Pomorze. Hazima skierowano do Dęblina, a wraz z nim szóstego tłumacza, młodego chłopaka, bez rodziny. Ale ten szósty pomieszkał w miasteczku kilka miesięcy, pracy nie znalazł, kandydatki na żonę też nie, więc popadł w depresję. MON o nim zapomniało. Młody szarpał się, szukał pomocy, w końcu machnął ręką i wrócił do Iraku. – Nie odpowiada na listy, nie odbiera telefonu – mówi Hazim. – Może już nie żyje?

Hazim

Hazim, żona i 10-letni synek mają, podobnie jak inni tłumacze, karty czasowego pobytu i status uchodźców. Złożyli podania o polskie obywatelstwo, na razie bez odpowiedzi. Żyją w ładnym mieszkaniu, 52 m kw., trzy pokoje, na parterze. Tylko czynsz trochę za wysoki – 662 zł. Do tego opłaty za energię i gaz. Hazim pracuje jako referent w jednostce wojskowej (– Załatwił mi tę pracę pan pułkownik, bardzo dobry człowiek), zarabia na rękę 1 tys. zł. Dopóki żona pracowała, starczało.

Hazim już wie, że od nowego roku pójdzie na bruk. Kierowniczka wystawiła mu złą opinię: często choruje, słaba znajomość języka, mało wydajny. Ma 52 lata, w tym wieku trudno w Polsce znaleźć zajęcie. Dlatego pisze do MON prośby o zamianę mieszkania z Dęblina na stolicę, bo tam łatwiej o jakąś posadę.

Polaków dzieli na dobrych ludzi (ci, co pomagają) i nieprzyjaznych (ci, co go zbywają). Pierwszy raz przyjechał do Polski w 1982 r., w stanie wojennym. Studiował w Rzeszowie budownictwo, ale dyplomu nie zdobył. W wakacje 1986 r. pojechał do Iraku, tam trwała wojna z Iranem i Hazima powołano. Z armii odszedł dopiero po jej rozwiązaniu w 2003 r. Zgłosił się do polskiej jednostki, że może tłumaczyć z irackiego na polski i na odwrót. – Najpierw było bardzo przyjemnie, ale potem pojawili się terroryści i chcieli mnie zabić – opowiada. Terroryści wzięli go na cel, jak wielu innych tłumaczy irackich, bo uznali, że jest zdrajcą, kolaboruje z wrogiem. Najpierw dostawał ostrzeżenia, potem zrobili zasadzkę, kiedy wracał do domu. Czekali w aucie, zaczęli strzelać. Miał ze sobą pistolet, odpowiedział ogniem. Pomógł mu znajomy sklepikarz z sąsiedztwa. Wyciągnął swojego kałacha i wygarnął serię. Tamci uciekli.

Sześć razy zmieniał mieszkanie. O swoim domu (garaż, ogródek) w Bagdadzie musiał zapomnieć, bo dostał ostrzeżenie, że ktokolwiek w nim zamieszka, zginie. Jako tłumacz pracował w grupach bojowych, jeździł z żołnierzami na patrole. W wybuchu miny pułapki pod Hummerem, którym jechał, odniósł kontuzję nogi, do dzisiaj kuleje. – Kiedy jechaliśmy do Polski, mówiono nam, że jesteśmy wyjątkowi ludzie, zasłużeni, czeka na nas piękne i spokojne życie – mówi. Życie w Dęblinie nie jest piękne. Żona zachorowała, pojechała do rodziny w Iraku, wzięła synka. Hazim czeka na ich powrót z niepokojem. Siedzi w swoim mieszkaniu samotny jak palec. Telewizor włączony na iracką stację. Pokazują Bagdad, trupy w kościele w centrum miasta.

Fox

Fox nie znał polskiego – dzisiaj już trochę rozumie – tłumaczył na angielski. Pracował najpierw dla Amerykanów, płacili 1 tys. dol., trzy razy więcej niż Polacy, ale bez wahania zmienił pracodawcę, kiedy dostał propozycje od polskiego dowódcy. – Polaków wolę – tłumaczy. – Są podobni do nas, bezpośredni, łatwo się dogadać.

Ma 45 lat, pięcioro dzieci w wieku od 9 do 20 lat, żonę w kolejnej ciąży. Jest trochę zadowolony i trochę nieszczęśliwy. Zadowolony, bo MON zlitował się nad nim i zamieniono mu mieszkanie w miasteczku pod Łodzią – na mniejsze, ale w stolicy. Liczył, że w Warszawie ktoś pomoże znaleźć pracę jemu i najstarszemu synowi (on z zawodu jest mechanikiem samochodowym, a syn fryzjerem), ale pracy nie ma. Więc rodzina utrzymuje się przy życiu dzięki datkom z opieki społecznej i pomocy sąsiadki z mieszkania vis-ŕ-vis, starszej pani, wdowy po oficerze Wojska Polskiego. W podłódzkim miasteczku zaproponowano mu robotę, sprzątanie ulic. Oburzył się: to ja dla Polaków życiem ryzykowałem, a oni mi każą z miotłą biegać!

Terroryści zabili dwóch jego przyjaciół, także tłumaczy, z tej samej polskiej jednostki w Karbali. Jego też wzięli na cel, bo kiedyś patrol, w którym uczestniczył, dopadł trzech poszukiwanych bojowców Al-Kaidy. Byli uzbrojeni po zęby i poprosili Foxa, aby powiedział polskim żołnierzom, że służą w irackiej policji, a nie w Al-Kaidzie. W zamian obiecali mu 10 tys. dol. Nie dał się przekupić, może to był błąd, bo łapówkę wziął potem szef posterunku irackiego, do którego Polacy dostarczyli terrorystów. Wyszli na wolność i zaczęli ścigać Foxa. Uciekał po całym Iraku, ukrywał się u rodziny, raz w jednym miasteczku, raz w innym. Na ulicach terroryści rozwieszali plakaty z listą zdrajców do likwidacji. Był na jednym z czołowych miejsc. W 2007 r. przedarł się przez terytorium irańskie, cudem udało mu się tam przetrwać. Dotarł do Indii, zgłosił się do polskiej ambasady. Tam wyrobiono mu dokumenty podróży i wysłano do Polski. Prawie rok czekał na rodzinę.

W tym czasie jeden z jego synów (dzisiaj 18-latek, uczeń technikum informatycznego) padł ofiarą napadu. Bandyci uderzyli w jego rower samochodem. Złamali mu nogę. Kiedy próbowali wciągnąć go do auta, nadjechał jeden z kuzynów. Miał broń, zaczął strzelać. Tamci uciekli. Fox dowiedział się o tym w Warszawie. Poszedł do znajomego generała, błagał: pomóż, bo moich zabiją. Generał załatwił sprawę szybko, rodzinę Foxa umieszczono – aż do wyjazdu do Polski – w jednej z polskich baz.

Do Iraku nie mają już powrotu. Ich dom wysadzono w powietrze, znajomy przysłał zdjęcia ruin. Syn, któremu bandyci złamali nogę, bardziej niż domu żałuje swojego psa o imieniu Bobi. Musiał go zostawić koledze. Ten napisał mu w liście, że pies trzy dni leżał, nie jadł, nie pił. A potem cicho skonał.

Adam

Miasto powiatowe w Wielkopolsce. Adam z żoną i dwojgiem niepełnosprawnych, dorosłych już dzieci zajmują 3-pokojowe mieszkanie. Ale Adam ma jeszcze dwóch synów i córkę. Najstarszy szuka pracy w Poznaniu, zna się na komputerach, córka i drugi syn studiują, mieszkają w akademikach.

Adam ma 67 lat, wiek emerytalny. Kiedyś studiował w Polsce, na wydziale mechanicznym, bezbłędnie włada naszym językiem. Chlubi się, że jako student zagrał małą rolę w filmie „Jak rozpętałem II wojnę światową”. W scenie z targu w Damaszku występuje jako jeden z kupców. W Iraku jako młody chłopak przesiedział półtora roku w areszcie. – Za politykę – mówi. – Byłem w partii komunistycznej, kiedy była zakazana. Dzisiaj w komunizm już nie wierzę.

Dla polskiej armii pracował trochę jako tłumacz, ale głównie jako zaopatrzeniowiec. Dostawał listę sprawunków, jeździł po kraju i kupował. Miał dobry angaż, bo Amerykanie zatrudniali go oficjalnie i płacili według swoich stawek.

Adam nie wierzy muzułmanom. On i jego rodzina to wyznawcy mandeizmu, starej religii, w której uprawia się kult Jana Chrzciciela. To wyznanie wyjątkowo nie pasuje do mieszkańców kraju ogarniętego wojną, bo mandeiści sprzeciwiają się przelewowi krwi i wszelkim formom przemocy. Z puli premiera RP przydzielono Adamowi i jego żonie renty specjalne, dostali po 1,8 tys. zł brutto miesięcznie.

Ci nieprzyjaźni, ci roszczeniowi

Na kolejną prośbę Hazima z Bagdadu (dzisiaj z Dęblina) szef Biura Skarg i Wniosków MON odpisał, że mieszkania w Warszawie mu nie przydzielą, bo tam czeka na lokal ponad 3 tys. zawodowych żołnierzy, a pośrednictwem pracy resort też się nie trudni. Urzędnik z MON: – Są jak dzieci szantażujące rodziców: dajcie, bo nam się należy, to nie my prosiliśmy się na świat. Hazim o takich urzędnikach mówi, że nie są przyjaźni. Urzędnicy o takich jak Hazim mówią: roszczeniowi. Dostali mieszkania i rok życia za darmo, czego jeszcze chcą?

Dwa lata temu, kiedy kwalifikowano irackich tłumaczy na wyjazd do Polski (patrz ramka), perspektywy brzmiały zachęcająco. Mieli dostać mieszkania o wystarczającym metrażu, dobrą pracę, przyzwoite zarobki, naukę języka dla rodzin, wszechstronną pomoc w sprawach bytowych i losowych, opiekę psychologiczną i medyczną, szybką ścieżkę przydziału obywatelstwa.

Im dłużej mieszkają w Polsce, tym bardziej wtapiają się w tło. Mentalnie są już prawie Polakami. Rozrzuceni po Polsce, bacznie obserwują się nawzajem. Kto dostał więcej, kto ma lepiej. Oskarżają się o nieczystą grę. Dlaczego dla mnie nie ma mieszkania w Warszawie, a dla innego jest? Bo ma układy, załatwił sobie przydział, potem wykupi za 10 proc. wartości, sprzeda i jest ustawiony. Dlaczego temu dają pieniądze, a o mnie zapomnieli? Czemu tamten udaje muzułmanina, a po kryjomu pije wódkę i je wieprzowinę? I donos na kolegę: udaje chorego, a po cichu jeździ do Iraku, handluje na bazarze, dorabia się, potem wraca jakby nigdy nic i gra biednego. – Jesteśmy tacy jak wy, wiecznie niezadowoleni – puentuje jeden z przybyszy z Bagdadu.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną