Społeczeństwo

A kto cię dzisiaj przygarnie

REPORTAŻ: Wilków po potopie

Marzena Całka (z prawej) z teściową Krystyną. W dzień doglądają remontu domu, nocują u sołtysa. Marzena Całka (z prawej) z teściową Krystyną. W dzień doglądają remontu domu, nocują u sołtysa. Anna Musiałówna / Polityka
Wilków w Lubelskiem, najbardziej zatopiona ze wszystkich polskich gmin podczas wiosennej powodzi. W grudniu – zaśnieżone przestrzenie przetykane domkami. Małe okna, liche światełka. Jak na starych bożonarodzeniowych pocztówkach.
Stajenka Piłatów w Zastowie Polanowskim.Anna Musiałówna/Polityka Stajenka Piłatów w Zastowie Polanowskim.
Córka Stanisława Kazana, sołtysa Zastowa Polanowskiego, z dziećmi. Ona też przeprowadziła się do ojca na poddasze.Anna Musiałówna/Polityka Córka Stanisława Kazana, sołtysa Zastowa Polanowskiego, z dziećmi. Ona też przeprowadziła się do ojca na poddasze.
Sołtys Stanisław Kazan. Jak dzielić dary, by nie podzielić ludzi?Anna Musiałówna/Polityka Sołtys Stanisław Kazan. Jak dzielić dary, by nie podzielić ludzi?

Zastów Karczmiski. Do kontenera prowadzą wydeptane w śniegu ślady po kaloszach Genowefy Szast, lat 76. Wczorajsze ślady pań z opieki już przysypało. Panie przyszły na podwórko, gdzie stał drewniany dom Genowefy i syna, z obwieszczeniem, że ci – z powodu mrozów – muszą opuścić kontener. Szukały miejsca na przezimowanie Genowefy i syna w pobliskich gospodarstwach, oferując 1 tys. zł miesięcznie od gminy za wynajem pokoju, ale żaden gospodarz nie chciał ich przyjąć pod swój dach. Już, mówią, przygarnęli kuzynów. Więc trudno było znaleźć kwaterę dla Genowefy w 19 wsiach gminy Wilków, gdzie zalało 1300 spośród 2500 gospodarstw. Machnęła ona tylko ręką, mówiąc do pań z opieki: A kto cię, panie, dzisiaj weźmie?

Stajenka Genowefy (kontener dwuosobowy)

Fundatorem kontenera Genowefy jest wójt, który płaci za jego wynajem 600 zł miesięcznie. Caritas rozdawał ładniejsze, czteroizbowe z łazienką, ale dla rozwojowych z małoletnimi. Żeby małoletni nie przeziębiali pęcherzy przy sikaniu za stodołą.

Panie z opieki sugerowały Genowefie dom opieki w Lublinie. Ale ona przecież wszystko ma: grzejnik na prąd, telewizor, łóżko dla siebie i syna, u sąsiada w stodole ma w depozycie stół plus mientkie krzesła od sponsorów. Genowefa nie chce iść na czyjąś łaskę: tego nie rób, tamtego nie ruszaj, bo ubrudzisz, zrobisz zamienszanie. Wie, jak się siedzi u obcych. Po powodzi przesiedlono ją 3 km od domu, do szkoły w Dobrem, na trzy i pół miesiąca, zmarnowała zdrowie. Jeszcze póki w szkole kwaterowało dużo ludzi, póty karmili ich gotowanym, a zakonnicy codziennie świętą komunią. Potem ludzie zaczęli wykruszać się do swoich domów, a ponieważ nikt Genowefy nie chciał, przez półtora miesiąca siedziała w szkole samiuteńka. Czasami przychodził ktoś z paczką herbatników.

Wracając do kontenera. Na blaszanej ścianie Genowefa powiesiła monidło rodziców. No, jak to, gdzie gotuje? Rozpala ognisko na podwórku, przecież w kontenerze jest zabronione. Jak to, gdzie załatwia potrzeby? Syn odzyskał drewniany wychodek, który woda zabrała na drugi koniec wsi. Własnościowy. Poznał, bo sam budował. Syn – jak większość mężczyzn we wsi – poszedł po powodzi w alkohol, ona – jak większość kobiet – w proszki od dygotu.

A co ona dziecko jest, żeby ją policją straszyć?! Ostrzega panie z opieki, że powie policji: Spie... ać! Musi pilnować domu, bo stracił w powodzi jedną ścianę. Dopiero wiosną idzie do rozbiórki. Poza tym, niech panie się nie martwią o Genowefę, widziała w telewizji, że kardynał Dziwisz w intencji powodzian wystawił na wieży Srebrnych Dzwonów w katedrze wawelskiej relikwie św. Stanisława.

Stajenka Kusiów (dosłowna)

Kusiowie już znaleźli sobie stajenkę. Dosłownie. Za 20 tys. zł przerobili obórkę, w której przed powodzią trzymali dwie świnki (utopiły się). Szybko zmienić adres to można w mieście, gdzie ludzie są nastawieni na ewentualność, że nie wiadomo, na jakim spoczną cmentarzu.

Lucyna Kuś w wąskich oknach obórki pozaszczepiała doniczkowe kwiaty. Chodzi po izbie, segreguje, gdzie ziemniaki położyć, gdzie worek z cementem, paszę dla nowych świnek, ciuchy do poprania u rodziny i tak dzień zleci.

Dom mieli piękności. Na uratowanych zdjęciach z gościn boazeria w tle. Rozsuwany prysznic, kibelek osobno. Na święta zjeżdżały z Lublina dzieci.

To Rafał, syn, absolwent ochrony środowiska. Sześć lat temu na pielgrzymce do Częstochowy zapoznał dziewczynę z Peru. On był u niej raz, a ona u Kusiów trzy razy. Zachwycona tutejszą szachownicą sadów i chmielu. Gotowa z Kusiami zamieszkać, ale u nas nie ma ważności jej rosyjski dyplom medycyny. Syn miał plany, wrócił z Lublina z dyplomem, żeby pomóc karczować spróchniałe jabłonie i wiśnie. Mówił matce: Nie płacz, doczekasz, aż nowe urosną. Lucyna Kuś po powodzi, przytuliwszy się u rodziny, skupiała myśli na gotowaniu dla ekip porządkujących podwórka. Po dwóch miesiącach przyjechała do siebie i zaczęło się rozpamiętywanie tego, jak człowiek nie doceniał, że było mu dobrze. Jak planował, że jeśli jabłka w tym roku obrodzą, zrobi sobie oszkloną werandę, na starość postawi na niej wiklinowy fotel, będzie się bujać i patrzeć przed siebie.

Syn zamieszkał w kontenerze obok obórki i domu. Młody, potrzebuje intymności, Kusiowie czują, że zaraz im smyknie do Peru i rodzina rozejdzie się, jak stary sweter w szwach.

A to córka, Iwonka, absolwentka stosunków międzynarodowych, jest księgową i mieszka na stancji w Lublinie. Przed powodzią zjeżdżała co piątek. Teraz rzadko się widują, bo w obórce nie ma miejsca na drugie łóżko.

Stajenka Kazanów (na górce u sołtysa)

Zastów Polanowski. U Stanisława Kazana, sołtysa, siedzi na poddaszu 13 osób. Dwie córki z dziećmi plus teściowa, a od początku mrozów przychodzi na spanie Całkowa z dwiema córkami, bo u niej wylewają betonem podłogi. Jeśli dojedzie sponsor z Żywca, który widział Całkową w telewizji (czy w „Chwili dla ciebie”?), może wejdą do domu na święta?

Powódź zastała ją tydzień przed komunią młodszej córki. Co prawda, nie zapełniła jeszcze lodówki udkami kurczaka, jak niektórzy, ale sukienkę po rok starszej córce już przywiozła z pralni. Utopiła się plus buty na obcasiku, o dwóch aparatach na zęby nie wspomni. Do komunii córka poszła we wrześniu. W sukience z darów.

Wieczorami przy stole sołtys z sołtysową zaciągają się papierosem (ona wróciła do nałogu po czterech latach). Idą święta, spływa drugi strumień darów. Jeśli okres poklęskowy podzielić na fazy, to ta teraz jest drugim miesiącem miodowym.

Pierwsza faza była bezpośrednio po powodzi, kiedy zwożono masowo dary do stodoły Andrzeja Rybickiego, w której nie wyrwało wrót; poza tym Rybicki miał wybetonowaną posadzkę i nie zaszła ziemistym mułem. Do dziś ludzie, widząc jadące przez wieś auto z logo telewizji, zdzwaniają się i instynktownie przychodzą z pustymi torbami pod stodołę. Wczoraj odbyły się w stodole mikołajki dla dzieci, ufundowane przez strażaków z Kołobrzegu.

Drugi miesiąc miodowy objawia się tym, że na podwórku u sołtysa parkują obce rejestracje. To darczyńcy. Mówią: Mam tu korzenie rodzinne, funduję 30 lodówek, pan wskaże najuboższą stajenkę. Więc przy papierosie sołtysowa biegnie palcem po zeszycie z nazwiskami, kogo wskazać, kto jeszcze nie dostał lodówki? Wójt informuje, że Animals obiecał przed świętami dowieźć 50 bud dla psów. Jak to podzielić, żeby nie wyszedł podział na psy lepsze i gorsze?

Mieszkańcy Zastowa Polanowskiego stale odśnieżają dla tych sponsorów drogę przed swoimi domami.

 

 

Stajenka Piłatów (przerobiona z obórki)

Po jednej stronie drogi córka Zofii Piłat postawiła piętrówkę na kredyt w stanie surowym, po drugiej stronie syn zrobił podmurówkę, a na czas budowy wszyscy gnieździli się u niej. Popłynęło z wodą – dom, deski i cztery tysiące pustaków.

Więc Zofia Piłat za 40 tys. zł przerobiła obórkę na mieszkalne i znów siedzą w kupie. Tym razem nieodwracalnie, bo za domy w stanie surowym odszkodowań nie przewidziano. Do kupy dołączyła właśnie matka Zofii, Wojtalik Stefania, przesiedlona po powodzi do domu opieki w Lublinie. Napisała w liście do Zofii, żeby ją zabrać, bo tęskni, zapadła na kaszel, że z czterech wysiedlonych sąsiadek została sama, tamte już zabrały dzieci.

Zofia zrobiła matce legowisko najbliżej pieca. Matka opowiada Zofii, jak raz powodzian w domu opieki odwiedził wojewoda. Złapała go za rękę: Siądź pan koło mnie, widzi pan, ja Wojtalik Stefania proszę o pomoc, za co życzę panu szczęścia do końca życia. Powiedziała wojewodzie, że w Zastowie ma córkę Zofię, cielaki się tej córce potopiły, nie może wyciągnąć ze ścian wilgoci, jeszcze młoda, a już nie myśli i nie marzy.

Stajenka Szasta (dom po remoncie za 50 tys. zł plus kredyt)

Henryk Szast wiesza na ścianie święte obrazy. Pytał księdza, czy nie ma do oddania zbędnych chrystusowych wizerunków, bo dom bez obrazu to jak chleb bez masła. Ksiądz nie miał, ale przywiózł mu z hurtowni cztery na wszystkie pokoje. Po cenach ulgowych, gdyż miał dużo zamówień na obrazy przed świętami.

Henryk Szast miał w domu 100 proc. zniszczeń i jeden cud – gipsowa Matka Boska w niebieskiej sukience jako jedyna kiwała się, ocalona, na pływającym regale. Ale nie zgodził się na rozebranie domu. Bo jak tu rozebrać swój dom, kiedy trzeci wnuk jest w drodze? Stracił, bo gdyby rozebrał, dostałby 100 tys. zł, a tak dostał połowę, ale i zyskał, bo zdążył przed zimą (dom jest drewniany, szybciej schnie) przyjąć pod dach nowo narodzonego wnuka.

Na podwórkach w Zastowie jeszcze stoją kontenery. Sąsiedzi Henryka Szasta proszą wójta o prolongatę dzierżawy, żeby ekipy remontowe miały gdzie zjeść. Prawda jest taka, że trzymają je na okoliczności przedświątecznych wizyt telewizji, żeby wskoczyć i wzruszyć. Henryk Szast ma swoją godność. Nie wskakuje, nawet zapraszał telewizje do wyszykowanego domu, ale kamerzyści nie chcieli wejść. Woleli sfilmować sąsiada, że niby mieszka ze świniami w oborze. Pokazała to czeska telewizja i znalazł się w Czechach sponsor. Ale ten sąsiad wpadł w pułapkę: musi teraz mieszkać ze świniami, gdyż boi się, że ktoś przyjedzie z kontrolą znienacka, a gdyby nie mieszkał, mogliby wstrzymać budowę.

Henryk Szast rozmawia z żoną przed snem, kim trzeba być, żeby coś mieć? On twierdzi, że trzeba być chamem, a ona, że mieć szczęście. Rozmowę kończą sentencją, że najważniejsze jest zdrowie.

Co niedziela są z żoną w kościele i patrzą, jak ci, co chodzili do komunii, teraz siadają w ostatniej ławce. Musi coś ich boleć. Sumienie czy co? To wypisywanie w Internecie o sobie nawzajem tzw. całej prawdy? Na przykład, że rodzina C. przed powodzią było dziadostwo; W. ma za co pić, bo mieszka z chorą psychicznie ciotką Maryśką, która ma rentę; Kryśce wszystkiego mało, w dodatku, w nocy jej maciora powiła 9 prosiąt, zaszła z własnym bratem (ewakuowani po powodzi byli trzymani razem).

Dziś Henryk wstał o 5 rano i nie mogąc spać, zadzwonił do Radia Zet, żeby porozmawiać o tym, co w życiu ważne, ale go rozłączyli. To temat na rozmowy nocne.

Stajenka dyrektora Łyjaka (w szkole)

Choć to sobota, Lech Łyjak, dyrektor Zespołu Szkół w Wilkowie, wraz z gronem siedzą w szkole, szykując komputerową prezentację. W poniedziałek przyjeżdżają z wigilijnym opłatkiem przedstawiciele Portów Lotniczych – zrezygnowali z corocznego integracyjnego pikniku i podarowali 285 tys. zł, za co dyrektor zakupił siłownię, stoły do tenisa, krzesełka plus stoliczki.

Trwa rewanżowanie się. Dopiero co dzieci wróciły z Warszawy. W hotelu Hilton dziękowały firmie farmaceutycznej za ufundowanie 11 tablic dotykowych, sterowanych palcem, prezentując trzy tańce w stylu towarzyskim. Przeciepło przyjęci. W tym czasie inna grupa tańczyła na miejscu dla zakonnic, które przyjechały z prezentami spod Poznania. Delegacja uczniowska jedzie odtańczyć do Lublina – urząd marszałkowski robi imprezę dobroczynną, prosi, żeby reprezentowali, funduje autobus.

Dzieci są już zmęczone dziękowaniem. Poza tym dyrektor w obawie, żeby nie zaczęły gwiazdorzyć, robi im lekcje wychowawcze na temat, że nic do człowieka nie powinno przychodzić za darmo. Ani wakacje nad Balatonem, ani sponsorowane codziennie drożdżówki – ktoś przecież za to zapłacił.

Dziś 7-letni wnuczek Szastów wrócił z Lublina zapłakany. Najpierw w szkole kazali pisać dzieciom listy do św. Mikołaja (na kwotę do 150 zł). O 7.30 pojechały klasy 0–III z plecakami po prezenty. Wnuczek dostał tylko plastikowy telefon i przemarzniętego banana.

Dom Teresińskiego (szczęśliwie niezatopiony)

Grzegorz Teresiński, wybrany na wójta Wilkowa na czwartą kadencję, zdążył przejść na ty zarówno z samarytanami, jak i faryzeuszami. Do pierwszych zaliczyłby Aśkę (Joannę Muchę, PO – przyp. red.), bo jeździła z nim podczas akcji ratunkowej. On w dresach, ona w dresach. Dalej – Kopalnię Bogdanka, Azoty Puławskie, Porty Lotnicze, Elektrownię Kozienice. I księdza. Był przedobry, ale po powodzi wpuścił na plebanię pana Józka, podającego się za wolontariusza z Caritasu. Ten pan Józek poczuł się u siebie, wygonił gospodynię i organistę, zbluzgał kościelnego, skłócił ludzi i zniknął, a z nim pieniądze. Na konto weszła policja, a ksiądz nie wytrzymał presji i podał się do dymisji. Teraz jest nowy, a ludzie żałują, bo to jest typowy ksiądz polski – roszczeniowy i politykujący.

Do faryzeuszy wójt zaliczyłby: Grześka (Napieralskiego, SLD – przyp. red.) Był kilka razy. Trochę go wójt przeczołgał; jest sobota, narada, wójt siedzi z wojskowymi, trwa akcja odkażająca, przylatuje posłaniec, że jest Grzesiek, pan zejdzie, poklepali się z wójtem, nagrała to telewizja i nic za tym nie poszło. Dalej – Jarosława Kaczyńskiego, wystąpił w wyremontowanym domu weselnym, ale był miałki, Smoleńsk, trauma, spisek. Janusz (Palikot) wpadł w tweedowej marynarce i kazał kamerzystom poczekać, aż przebierze się w gumowce (wypasione). Abp Życiński przyjechał z pierwszą falą – w Wilkowie Meksyk, żołnierze, zadyma, 4,5 tys. ha oceanu, a emisariusz przychodzi zawiadomić, że wielmożny chce odprawić mszę i pyta, gdzie jest sucho? Znalazł sobie boisko szkolne w Rogowie. Wójt ostentacyjnie zakłócał mszę, wysyłając w rejony boiska wozy strażackie na sygnale.

W tym roku nie będzie w domach w Wilkowie talerzy dla niespodziewanych gości. Ludzie nie chcą pokazywać sobie nawzajem, kto co ma we wnętrzach, kto pralkę Ardo, a kto Electroluksa. Ale chyba ludzi ruszyło po rekolekcjach. Ci, co płakali, że nie mają nic, kładą nocą na wiejskich przystankach nadwyżkowe koce i buty (bez metek).

Polityka 52.2010 (2788) z dnia 25.12.2010; Na własne oczy; s. 148
Oryginalny tytuł tekstu: "A kto cię dzisiaj przygarnie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną