Wielkie skoki Stocha

Kamil doskoczył
Pierwszy medal dla Polski w Soczi zdobył Kamil Stoch. To pierwszy polski skoczek od 42 lat, który sięgnął po złoty medal na igrzyskach olimpijskich.
Kamil Stoch triumfuje po zwycięskim skoku na igrzyskach w Soczi.
Kai Pfaffenbach/Reuters

Kamil Stoch triumfuje po zwycięskim skoku na igrzyskach w Soczi.

Stoch już poznał, jak smakuje zwycięstwo.
Tomasz Markowski/Newspix.pl

Stoch już poznał, jak smakuje zwycięstwo.

Z żoną Ewą Bilan. W przypadku Kamila teoria, że żona zabiera 10 m z każdego skoku, nie potwierdziła się.
Adrian Gładecki/Reporter

Z żoną Ewą Bilan. W przypadku Kamila teoria, że żona zabiera 10 m z każdego skoku, nie potwierdziła się.

Kamil pierwsze narty dostał w wieku trzech lat.
Tomasz Markowski/Newspix.pl

Kamil pierwsze narty dostał w wieku trzech lat.

Tradycji sportowych u Stochów nie było. Kamil pierwsze narty dostał w wieku trzech lat, ale zamiast zjeżdżać, wolał na nich skakać po przydomowych pagórkach. Wysłany przez rodziców na zajęcia dla skoczków w klubie pod szyldem Ludowego Zespołu Sportowego, w rodzinnym Zębie, potraktował je nad wiek poważnie.

Miał niespełna 11 lat, gdy podczas dorosłego Pucharu Świata w kombinacji norweskiej na Wielkiej Krokwi w Zakopanem pofrunął 128 m, czyli na odległość, jakiej nie powstydziłby się na tym obiekcie żaden senior. Trener Stanisław Trebunia-Tutka, który wtedy Kamila szkolił, pamięta, że członkowie japońskiej delegacji na wyścigi odpalali kamery, a zachwytów nad drygiem młokosa nie było końca. Trener na wyczyn Kamila zareagował powściągliwie – w fachu spędził więcej niż pół życia i wiedział, że jeden skok mistrza nie czyni, a o zmarnowanych talentach mógłby długo opowiadać. – Wszystko zaczyna się od domu. Gdy skoki przestają być zabawą, od rodziców zależy, czy ogień uda się podtrzymać. Większość, niestety, na pasję dzieciaków nie ma głowy ani czasu – uważa Trebunia-Tutka.

Kamil miał to szczęście, że jego rodzicom się chciało. Po pracy ojciec pędził do domu i pakował syna wraz z kolegami skoczkami do malucha, pod sam dach, i wiózł na skocznię, a potem odstawiał każdego do domu. Klub groszem nie śmierdział, więc chłopcy wyrywali sobie narty z rąk, a najmilej widziany był własny sprzęt. Kupowało się od tych, którzy wyrośli z kombinezonu i nart, po znajomości, więc domowy budżet bardzo na tym nie cierpiał. Do tego jeszcze trafiali się trenerzy społecznicy
– w przypadku Kamila Adam Celej i Mieczysław Marduła. – To dzięki ich pasji i bezinteresowności chłopcy, w tym i mój Kamil, połykali haczyk – podkreśla ojciec Kamila Bronisław.

Trener Trebunia-Tutka przygarnął Kamila i kolegów do klubu w Poroninie, gdy klub z Zębu przestał obchodzić nawet mieszkańców wsi. Moment, gdy skocznia K-35 robi się za mała, przychodzi niezauważenie, a w Zakopanem następna w kolejności to K-72 i dla wielu pierwsza wizyta na górze jest zarazem ostatnią – strach wiąże nogi i o skakaniu nie ma mowy. Potem na chętnych czeka szkoła sportowa w Zakopanem i są tacy, którzy na trening już dotrzeć nie mogą, bo Krupówki wabią tysiącem pokus i nie sposób się im oprzeć. Najtrudniej jest jednak, gdy między 13 a 16 rokiem życia chłopcy strzelają w górę. Nagle okazuje się, że na skoczni już nic nie działa. Ułożenia ciała, kątów najazdu, pozycji, słowem całej techniki, trzeba się wtedy uczyć właściwie od zera. Nie wszystkim starcza cierpliwości.

Rogata dusza

Kamil strachliwy nie był. Nie paraliżowały go wysokość, prędkość, kaprysy wiatruani nawet to, że skocznia nie wybacza błędów. Krzysztof Sobański, trener Kamila z zakopiańskiej szkoły mistrzostwa sportowego, uważa, że jego pewność brała się z dobrej techniki – po prostu był przekonany, że umiejętności go obronią. Ojciec, pracujący jako psycholog w zakopiańskim sądzie, dowoził Kamila do szkoły i na treningi, dyskretnie trzymając w bezpiecznej odległości od życiowych pokus. Kryzys jednak przyszedł, gdy Kamil zaczął rosnąć i kompletnie się rozregulował na skoczni. – Wściekał się, rzucał kaskiem po kątach, krzyczał, że ma dość – wspomina Trebunia-Tutka. Wtedy po raz kolejny przydali się rodzice. Spokojnie tłumaczyli, że to naturalna kolej rzeczy, że wszyscy przez to przechodzą, że nie można się obrażać na rzeczywistość. Przekonali.

Odkąd Stoch na dobre zagrzał miejsce w reprezentacji skoczków, przed początkiem każdego sezonu mówiło się o nim z nadzieją, często rozpaloną dobrymi występami w letnim Pucharze Świata. W miarę, jak zima się rozkręcała, a konkurs gonił konkurs, trzeba było, niestety, schodzić na ziemię. Oczy kibiców znów zwracały się na Adama Małysza. Kamil od czasu do czasu błysnął w kwalifikacjach, z rzadka udało mu się wskoczyć na zawodach do najlepszej dziesiątki. Na poprzednich mistrzostwach świata w Libercu otarł się nawet o medal, ale stabilizacji brakowało. Krok w przód, krok w tył, dreptanie w miejscu – nie było się z czego cieszyć. Wciąż mówiło się o nim jako o nadziei, ale coraz częściej dodawano: zawiedzionej.

Ci, którzy dobrze go znają, mówią jednym głosem: Kamil za bardzo chciał. Rozsadzała go ambicja, nie mógł doczekać się zwycięstw. – Zawsze był zacięty, wyrywny, grał w nim bardzo ten góralski nerw – mówi Trebunia-Tutka. Jakieś dwa lata temu doszedł do wniosku, że sam głowy nie uspokoi, potrzebuje pomocy kogoś z zewnątrz. Z grupą skoczków współpracował już wtedy psycholog Kamil Wódka. Umówili się ze Stochem na pogadanki w cztery oczy. – Nie miałem pojęcia, jak bardzo było mi to potrzebne. Nie chodziło o hamowanie ambicji, ale o przykrojenie oczekiwań do dyspozycji. Nabrałem pewności, że przygotowanie do sezonu to świętość i że skoro na treningu skaczę daleko, to w konkursie też mnie na to stać – opowiada Stoch. Do tego doszło jeszcze psychologiczne abecadło: sztuka koncentracji i pozbywanie się stresu.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną