Rowerem przez świat

Sześć bójek, osiem obiadów, jedna miłość
Sylwester Czerwiński, piekarz z polskiego miasteczka, objechał rowerem pół świata i dotarł na Nową Zelandię. Pokonał ponad 50 tys. km. Po drodze wpadł w oko szefowej salonu masażu (w Chinach), dostał po zębach (w Wietnamie) i poznał obecną żonę (w Indonezji).
Tybet. Guma złapana na wysokości 5 tys. m.
Sylwester Czerwiński/Materiały prywatne

Tybet. Guma złapana na wysokości 5 tys. m.

Wspólny posiłek z pielgrzymami idącymi do Lhasy.
Sylwester Czerwiński/Materiały prywatne

Wspólny posiłek z pielgrzymami idącymi do Lhasy.

Japonia. Biwak na dachu polskiej ambasady w Tokio.
Sylwester Czerwiński/Materiały prywatne

Japonia. Biwak na dachu polskiej ambasady w Tokio.

W latach 2007–10, Czerwiński pokonał dokładnie 50 197 km rowerem i co najmniej drugie tyle innymi środkami lokomocji.
Sylwester Czerwiński/Materiały prywatne

W latach 2007–10, Czerwiński pokonał dokładnie 50 197 km rowerem i co najmniej drugie tyle innymi środkami lokomocji.

Ludzie mówią o nim, że jest silny, ma poczucie humoru, bywa porywczy. – Sylwek był moim sąsiadem z bloku obok – wspomina Henryk Zawadzki, szef Klubu Turystyki Kolarskiej Passat z Goleniowa. – Nieraz widział mnie w klubowej koszulce i czytał o naszych wyjazdach. Kiedyś podszedł i zapytał, dokąd jedziemy w tym roku, bo wybrałby się z nami. Nie wiedziałem, czy wytrzyma trudy dwutygodniowej jazdy do Włoch i przeprawę przez Alpy. Obraził się wtedy na mnie i pojechał sam. Wielkich szans mu nie dawaliśmy.

Był 1999 r. i w tę podróż Sylwester Czerwiński, rocznik 1974, wybrał się na rowerze, który kupił zaledwie miesiąc wcześniej. Swoim pierwszym. – Nie umiałem ani słowa po angielsku, nie potrafiłem też obsługiwać komputera ani bankomatu – opowiada. – Kiedy potrzebowałem większej sumy, znajdowałem bankomat w ruchliwym miejscu i czekałem, aż podejdzie ktoś wzbudzający zaufanie. Pisałem na kartce kwotę, podawałem PIN i ludzie mi pomagali. Mimo zupełnego braku doświadczenia (wcześniej w ogóle rzadko opuszczał Goleniów), przejechał wtedy 7 tys. km po krajach Europy Zachodniej. Rok później dorzucił 11 tys. km i zahaczył o Afrykę Północną. Fajnie, ale to jeszcze nie było to.

Aby ruszyć w samotną rowerową podróż z Goleniowa do Pekinu i z powrotem, zaczął odkupywać urlopy od kolegów z piekarni. Starczyło na ponad trzy miesiące, czyli 22 tys. km, 1,5 tys. zdjęć i 300 stron notatek. Okrężną drogą, przez Niemcy, Danię, Szwecję, Norwegię, Estonię i Rosję, dotarł do stolicy Chin. Wracał przez Indochiny, potem samolotem do Turcji i końcówka znów na rowerze. Jeszcze fajniej, ale wciąż nie chodziło o to. Chociaż za swój wyczyn otrzymał w 2001 r. Kolosa, prestiżową polską nagrodę podróżniczą, na jego pracodawcy wrażenia to nie zrobiło. W każdym razie nie takie, jak można by oczekiwać. – Wróciłem z wyprawy i usłyszałem: Do widzenia panu – wspomina.

Henryk Zawadzki: – Ludzie go u nas lubią, ale trudno mu zazdrościć, oglądając filmy z jego wypraw i widząc warunki, w jakich jechał, spał i się żywił. Na przykład taki: wiatr, śnieg, mróz, okutany Czerwiński mozolnie podjeżdża pod górę. Zbliża się do kamery. Słychać wiatr, zza którego przebijają się słowa: Masakra! Masakra! Mam już dość, ta przełęcz jest na 5 tys. m. Następne ujęcie, sceneria ta sama. Krańcowo zmęczony człowiek wykrzykuje: Masakra! Jest cholernie ciężko, ale widzę już błękitne niebo! Ostatni kadr. Na przełęczy. Pustynia śniegu, hula wiatr, Sylwek unosi ręce do góry w geście zwycięstwa. Woła: Jest bosko! Warto się w życiu trochę pomęczyć!

Kropla świata

Czerwiński opowiada: – Wyjechałem do Anglii i zacząłem pracować jako kierowca. Na trzy etaty. Budziłem się w niedzielę i wiedziałem, że do piątku mam przed sobą najwyżej 18 godzin snu. Zapisałem się też do publicznej szkoły, żeby się nauczyć języka. Zaliczyłem dwa lata. Po co aż tak? – Miałem marzenie do zrealizowania. Bez tego nie mógłbym się zmobilizować do życia w kieracie. Doświadczenie z pierwszych wypraw ciągła presja czasu, myślenie o powrocie, o niepozamykanych sprawach – nauczyło mnie, że z takim balastem nie można się w pełni skoncentrować na świecie, zwolnić. Nie bawiło mnie już pędzić codziennie strzałą po 150 km i mieć wrażenie, że wszystko przepływa mi przez palce. Chciałem mieć czystą głowę i nie martwić się, czy mi starczy na chleb. Chciałem wreszcie być prawdziwym szefem własnej wyprawy.

Spędził na Wyspach pięć lat. Odłożył tyle, by móc zależeć tylko od siebie. 12 sierpnia 2007 r. rozpoczęła się jego podróż życia. Nazwał ją: kropla świata. Tylko kropla, bo przecież całego świata zobaczyć się nie da.

Co jest dobre dla Taja

Zarówno w relacjach z podróży, które na bieżąco publikował na swoim blogu, jak i teraz, gdy o niej opowiada, Sylwester nie owija w bawełnę i nie przesładza. Korea Południowa. Pisał: „Nigdzie nie widziałem tylu pijanych kobiet na ulicy. Udało mi się zrobić kilka zdjęć. Mało brakowało, dostałbym w twarz butelką – chyba nie lubią, kiedy się robi zdjęcia dziewczynom, które popuściły w spodnie”.

O Australii mówi: – Najbardziej nieprzyjazny kraj, w jakim byłem. Pijane ciężarówki, pijane samochody terenowe, przy drogach cmentarz kangurów i ludzi. Pamiętam jeden taki dzień: przejechałem 160 km w słońcu o czterech spleśniałych kromkach chleba i 1,5 litra wody. Dotarłem do miasta, w którym najpierw zaatakowały mnie cztery rottweilery, a potem w barze usłyszałem, że nie dostanę kawy ani jedzenia. Po prostu nie chciało im się nic dla mnie zrobić.

Tajlandia. „Gdy wyjeżdżałem z Bangkoku, znalazłem 100 batów (dobrze), cztery godziny później zmiotła mnie z drogi naczepa tira (niedobrze), ale na szczęście nic poważnego się nie stało (dobrze). Jakieś dwie godziny później tłukłem się z Tajem na autostradzie (niedobrze), ale rozdzielili nas pracownicy wodociągów (dobrze dla Taja)”.

Wietnam. – Taka akcja: jadę, 90 km przed Hanoi, robi się wieczór. Z knajpki, gdzie palą te wielkie bambusowe faje, wyskakuje gościu i normalnie, centralnie wali mnie w łeb. No to ja rozpoczynam działania obronne – rzucam rower i biorę się ostro do pracy.

Sylwester to bardzo silny gość – opowiada Daisuke Nakanishi, który spotkał Czerwińskiego na trasie w 2009 r. Japończyk to dla podróżujących rowerzystów żywa legenda: przez 11 lat nieprzerwanie przemierzał świat na siodełku. – Nasze szlaki przecięły się w małym hostelu w Kuala Lumpur. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, wymieniliśmy się doświadczeniami. Wiem, że w czasie swojej wyprawy nieraz musiał się bić, bo nie odpuszczał, gdy spotykał się z czyjąś agresją.

Henryk Zawadzki: – On jest odporny na stresy, a warunki, w jakich jeździł, nauczyły go dużej samodzielności. Jest także bardzo bitny i nie da sobie w kaszę dmuchać.

– Fakt, w samym Wietnamie miałem sześć bójek – przyznaje Czerwiński. – Oczywiście, rozumiem, że np. w Wietnamie ludzie mają powody, by reagować wrogością na każdego białego, którego biorą za Amerykanina. Ale mimo wszystko – jeśli ktoś mnie wulgarnie wyzywa, to chwytam szmaciarza za bety i staram się mu bliżej wyjaśnić to i owo. Nie pozwolę się zgnoić.

Tajlandia. „Przez pierwsze dwa i pół dnia zjadłem 23 obiady. No i postawiły mnie trochę na nogi”.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną