Społeczeństwo

Wybraniec systemu

Rozmowa z Mirosławem Hermaszewskim

Mirosław Hermaszewski w ciągu 40-letniej służby spędził 2047 godzin w powietrzu. Mirosław Hermaszewski w ciągu 40-letniej służby spędził 2047 godzin w powietrzu. Bartosz Krupa / EAST NEWS
Miałem 37 lat, byłem dorosłym, ukształtowanym człowiekiem. I nagle stałem się niezwykle popularny. Strasznie mnie to peszyło. Ludzie rozpoznawali mnie wszędzie. Nie tylko tu, ale i za granicą - mówi Mirosław Hermaszewski.
Polska była czwartym krajem – po ZSRR, USA i Czechosłowacji – którego obywatel poleciał w kosmos.Marek Lapis/Forum Polska była czwartym krajem – po ZSRR, USA i Czechosłowacji – którego obywatel poleciał w kosmos.
Kopuła lądownika Sojuza 30.elektronhjarnan/Wikipedia Kopuła lądownika Sojuza 30.

Cezary Łazarewicz: – Z pana książki „Ciężar nieważkości” dowiedziałem się, że do dziś ludzie zasypują pana listami. O czym w nich piszą?
Mirosław Hermaszewski: – Wielu młodych ludzi pyta mnie: panie generale, co mam zrobić, żeby polecieć w kosmos? Czym powinienem się zająć, żeby mieć na to szansę?

Mówi im pan wprost, że nie ma szans, by Polak znów poleciał w kosmos?
Wręcz przeciwnie. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a tam prężnie rozwija się Europejska Agencja Kosmiczna ESA. Ma ona własny oddział kosmonautów, którym kieruje mój kolega. Zachęcam ich, by nawiązali kontakt z ESA. Jeśli młodzi ludzie mają marzenia, motywacje i predyspozycje, to drzwi kosmosu stoją przed nimi otworem.

Moje marzenia o lataniu dotyczyły początkowo szybowców i sięgały podstawy chmur. Potem fantazjowałem, by wznieść się ponad chmury. Następnie tęskniłem do odrzutowca i osiągnięcia prędkości ponaddźwiękowej. A gdy wzniosłem się do granic stratosfery i osiągnąłem wysokość 20 tys. m, myślałem, że osiągnąłem pułap moich marzeń. Kosmos wydawał się nierealny.

Naprawdę pan myśli, że teraz młodym jest łatwiej w tej dziedzinie?
Polecieć w kosmos nigdy nie będzie łatwo. Jeżeli młody człowiek zgłosi się dziś do ESA i zostanie zakwalifikowany, ma szansę znaleźć się w elitarnym towarzystwie kandydatów na kosmonautów. Ale czy poleci? Ma szansę. Trzeba mieć świadomość, że będzie ostra selekcja.

Pana sukces też nie zależał wyłącznie od pana.
Miałem szczęście, bo był realizowany Interkosmos [radziecki program kosmiczny utworzony na przełomie lat 60. i 70. XX w.]. Postanowiono, że z Rosjanami polecą Niemiec, Czech i Polak. W ostatniej fazie przygotowań z Polski było dwóch kandydatów, więc moje szanse wynosiły pół na pół. O tym, że to ja polecę, zdecydował splot okoliczności. Trzeba jednak pamiętać, że kiedy zaczęły się poszukiwania polskiego kosmonauty, takich jak ja było wielu.

Było was 72. I nikomu nie powiedziano wtedy, że chodzi o lot w kosmos.
Grupa, o której pan mówi, była już mocno wyselekcjonowana. Na początku było nas znacznie, znacznie więcej. I wszystko było utrzymane w największej tajemnicy.

Dlaczego?
Ten lot, tak jak wszędzie na świecie, miał być wykorzystany propagandowo. Nie można było zbyt wcześnie podać ani kto leci, ani kiedy. Gdyby lot przesunął się w czasie, trzeba by było publicznie ogłosić, że coś nie wyszło. Gdy nieznane były nazwiska pilotów, zawsze można było zastąpić ich dublerami. Sukces przecież musiał być.

Aleksiej Leonow, pierwszy człowiek, który wyszedł w przestrzeń kosmiczną, opowiedział panu, jak cudem uniknął śmierci, gdy powracając z kosmicznego spaceru, nie mógł się zmieścić do śluzy. Nastraszył pana tą opowieścią?
Nie. Ale chłonąłem jego zwierzenia. On mówił o rzeczach, o których w Gwiezdnym Miasteczku się w ogóle nie wspominało. Zaufał mi, więc opowiedział o tym rozdętym skafandrze, udarze cieplnym i o tym, jak się tam dusił. Potem miał jeszcze kłopoty z lądowaniem. Z Pawłem Bielajewem wylądowali w tajdze za Uralem. Paląc ogniska, odganiali wilki i przez trzy mroźne noce czekali, aż odnajdą ich ratownicy. Borys Wołynow też miał problemy z lądowaniem. Lądował z ogromnymi przeciążeniami sposobem awaryjnym. Kiedyś zapytałem go, na czym polegało to jego lądowanie balistyczne. A on, przestraszony, pyta: skąd ty o tym wiesz? Wszystko wtedy było tajemnicą.

Co zdecydowało, że to właśnie pan został 89 kosmonautą w historii podboju kosmosu?
Żeby zostać kosmonautą, należało rozumieć przestrzeń, a tę umiejętność posiadali piloci. Dlatego większość kandydatów na kosmonautów wywodziła się spośród pilotów bojowych i pilotów oblatywaczy. Chodziło nie tyle o odwagę, ile o umiejętność pracy w warunkach stresowych i w deficycie czasowym. Wymagano od nas, byśmy podejmowali decyzje szybko i trafnie. No i liczyło się idealne zdrowie. Jak patrzę na warunki zdrowotne dzisiejszych kosmonautów, to wiem, że to już nie są te same wymagania.

Co jest takiego urzekającego w kosmosie, że ludzie gotowi są płacić dziesiątki milionów dolarów, by się tam znaleźć?
Płacą za spełnienie marzeń. Kosmos to unikatowe przeżycie. Patrzy się stamtąd na tę naszą Ziemię z dystansu. Dotychczas wydawała nam się ona ogromna, a naprawdę jest taka niewielka, że można ją okrążyć w 90 minut. I wszystko jest tak fantastycznie kolorowe, że zapada w pamięć na całe życie. A ty, zawieszony gdzieś w przestrzeni, patrzysz z góry na te 6 mld ludzi, których nawet nie widać. Myślisz: co ty, człowieku, tutaj robisz? Kim jesteś w tym bezmiarze przestrzeni ze swoimi dokonaniami, problemami, marzeniami i dążeniami? A potem patrzysz dalej, w głąb kosmosu, który trochę rozumiesz, bo przeczytałeś kilka książek o astronomii. Błyszczą tam miliony gwiazd. Widzisz kolejne galaktyki i zastanawiasz się, czy te trudne do objęcia umysłem doskonałości powstały samoistnie, czy była jakaś siła sprawcza. Kto ten Wszechświat stworzył, kto wprawił go w ruch i kto nim kieruje?

Bóg?
Zawsze o nim myślałem. Podobnie myśleli też inni kosmonauci. Bardzo wielu niewierzących powróciło z kosmosu jako ludzie odmienieni duchowo.

Nawet ludzie radzieccy, wychowywani na ateistów?
Rosjanie też to czuli i przeżywali. Publicznie o tym nie mówili z wiadomych względów. Teraz jest inaczej. Wybudowali w Gwiezdnym Miasteczku przepiękną cerkiew z dziewięcioma błękitnymi kopułami i gdy lecą w kosmos, zabierają ze sobą drobne elementy kultu religijnego. W kosmos latali buddyści, żydzi, niewierzący i poganie. Każdy wracał troszeczkę odmieniony. Największe problemy miał mój kolega z Arabii Saudyjskiej, który przy modlitwie, tam na górze, miał problem z określeniem położenia względem Mekki.

Pan też wziął na orbitę pamiątki: zdjęcia żony, dzieci, znaczki pocztowe.
Miałem osiem odznak pilota, które podarowałem różnym osobom po wylądowaniu. Na każdej była grawerka. Dostali je m.in. Piotr Klimuk, z którym leciałem, mój brat [gen. Władysław Hermaszewski] i dowództwo wojsk obrony powietrznej kraju oraz kosmonauci stanowiący załogę naszej stacji Salut 6. Egzemplarz „Pana Tadeusza”, który był ze mną na orbicie, podarowałem papieżowi Janowi Pawłowi II. Pocztówkę dźwiękową z Mazurkiem Dąbrowskiego oddałem muzeum hymnu w Będominie. Zdjęcia dzieci, żony i jej pamiątkową broszkę, którą zabrałem ze sobą, trzymam w domu w specjalnej witrynie. Mam tam ziemię z miejsca lądowania i startu, zasuszoną kukurydzę, w którą wpadliśmy po wylądowaniu, i malutki bukiecik zasuszonych różyczek, którymi witała mnie po powrocie moja trzyletnia córcia. Takie sentymentalne pamiątki.

Dziennikarz Ryszard Badowski, który w 1978 r. był polskim sprawozdawcą lotu Sojuza 30, twierdzi, że do niewielkiego bagażu próbowano wcisnąć jeszcze „Manifest komunistyczny” oraz zdjęcia Breżniewa i Gierka.
Ja miałem dwa bagaże – oficjalny, o którego zawartości nie ja decydowałem, i prywatny, o którym sam decydowałem. To wszystko, o czym Badowski wspomina, było w bagażu oficjalnym. Czasy były zupełnie inne. Latały z nami portrety naszych przywódców. Z Niemcem poleciał Honecker, z Czechem Husak, a ze mną Gierek. A z nami wszystkimi jeszcze i Breżniew.

Badowski pisze również, że między Polakami, Niemcami i Czechami toczyła się cicha rywalizacja, kto pierwszy poleci w kosmos. Breżniew postawił na Czechów, bo chciał im w ten sposób zrekompensować skutki radzieckiej inwazji z 1968 r. Miał to być gest na otarcie łez.
Tego nie wiem. Ta rywalizacja toczyła się poza nami. I nie chcę się wypowiadać na te tematy. Wiem jednak, że jeśli chodzi o przygotowania do wyprawy, to z Piotrem Klimukiem byliśmy przekonani, że polecimy pierwsi, bo byliśmy najbardziej zaawansowani w programie. Nieoczekiwanie jesienią 1977 r. trafiłem do szpitala. Leżałem tam, gdy Czesi wyjechali na kosmodrom, szykując się do lotu. Start w kosmos Czecha Vladimíra Remka oglądałem w mojej szpitalnej sali. Następnego dnia powiedziano mi, że wychodzę ze szpitala i jestem zdrowy. To jak miałem to rozumieć?

Po powrocie na Ziemię był pan już kimś innym. Wszyscy pana znali. Bito monety z Hermaszewskim, umieszczano podobiznę na znaczkach pocztowych, a chłopcy z plastikowych misek robili sobie kosmiczne hełmy, by się troszeczkę do pana upodobnić. Stał się pan celebrytą.
Było to dla mnie trudne. Miałem 37 lat, byłem dorosłym, ukształtowanym człowiekiem. I nagle stałem się niezwykle popularny. Strasznie mnie to peszyło. Ludzie rozpoznawali mnie wszędzie. Nie tylko tu, ale i za granicą. Na początku zdawałem sobie sprawę, że mam dług wdzięczności do spłacenia. Mnie jednego wybrano z 35 mln Polaków. To mój obowiązek – myślałem – żeby teraz o moich wrażeniach ludziom opowiedzieć. Jeździłem po całym kraju, bywałem w zakładach pracy, jednostkach wojskowych, uczelniach i szkołach. Tu górnicy, tam hutnicy. Zastanawiałem się czasem, w jakim mieście teraz jestem.

Pojawili się też tacy, którzy próbowali kierować moim życiem. Mówili, gdzie mam pojechać, co powiedzieć. Odpowiadałem, że znam swoje obowiązki. Nie pomagało. Mówili: wiecie, taka jest potrzeba. Po dwóch miesiącach uznałem, że już wystarczy, i zacząłem się upominać o swoje. Byłem oficerem lotnictwa i miałem wielki głód latania. Zabroniono mi i powiedziano, że to zbyt niebezpieczne. Odpowiedziałem stanowczo, że nie przyjmę obowiązków komendanta Szkoły Orląt w Dęblinie, jeśli nie będę miał możliwości latania. Jakim byłbym wzorcem dla młodych pilotów?

Gdziekolwiek się wtedy pokazywałem, byłem w centrum uwagi.

 

Pamiętam. Gdy pojawił się pan na naszym osiedlu, długo z chłopakami czekaliśmy na autografy przy pana Polonezie.
Jeżeli wyjeżdżałem na wczasy, to pierwsze dwa, trzy dni były jeszcze spokojne, ale potem przychodził jakiś dzieciak i prosił o autograf. Potem drugi, trzeci i harcerze z prośbą o spotkanie. I to był koniec wypoczynku. Zacząłem więc jeździć z własną przyczepą kempingową. Pozwolono mi ją postawić w Darłówku na terenie jednostki lotniczej. Dzięki temu miałem spokój i intymność. Przez 16 lat tam wracałem, bo nigdzie indziej nie miałem takich warunków.

Gdy wozili pana po kraju, był 1978 r. Czy widać już było wtedy, że Polska trzeszczy w szwach?
Ja nic nie widziałem. Przez półtora roku przygotowywałem się do lotu w Gwiezdnym Miasteczku. Polskie gazety, nawet jeśli tam dochodziły, pisały to, co chciała władza. A Wolnej Europy w Gwiezdnym się nie słuchało.

Więc sierpień 1980 r. zaskoczył pana?
Wtedy studiowałem w Moskwie w Akademii Sztabu Generalnego. Informacje z kraju docierały do mnie w formie szczątkowej. Kiedyś dowiedziałem się, że w Lublinie kolejarze przyspawali do szyn pociąg jadący do Związku Radzieckiego. Ta informacja mną wstrząsnęła.

Nie próbowano pana wykorzystać politycznie? Był pan tak popularny, że mógł pełnić każdą funkcję.
Ale ja chciałem wrócić do swojej profesji – latania. Nie awansowałem ani dnia przed terminem. Na kolejny stopień musiałem ciężko zapracować. Po 10 latach od mojego lotu – w 1988 r., gdy byłem już komendantem Szkoły Orląt – otrzymałem dopiero nominację generalską. Nie czułem się wykorzystywany.

A 13 grudnia 1981 r.?
Zrobiono to bez mojej wiedzy.

Czy wiedział pan, w jakim celu wzywają pana z Moskwy do Warszawy?
A skąd! 12 grudnia o 8 wieczorem dostałem polecenie: lecieć do kraju. Nawet attaché polskiej ambasady nie wiedział, o co chodzi. Ja przypuszczałem, że chcą mnie po prostu wykopać z tych moskiewskich studiów. Na drugi dzień wsiadłem do radzieckiego kurierskiego samolotu, bo rejsowe nie kursowały, i wylądowałem w Legnicy. W drodze do Warszawy dowiedziałem się, że w nocy wprowadzono stan wojenny, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Było już ciemno, gdy mój helikopter wylądował 13 grudnia na lotnisku na warszawskim Bemowie. Nikt nie potrafił mi powiedzieć, po co tu przyleciałem i na czyje polecenie. Po wielu telefonach dowiedziałem się w końcu, że mam pójść do domu i czekać na dalsze instrukcje. Wieczorem usłyszałem w telewizji, że powstała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego i ja jestem w jej składzie. Następnego dnia było jej pierwsze posiedzenie.

Tam już pan był.
Na tym pierwszym posiedzeniu byli generałowie, 3 pułkowników i ja – podpułkownik. W ogóle się nie odezwałem. Wysłuchaliśmy tylko informacji o sytuacji w kraju, którą przedstawił gen. Wojciech Jaruzelski. Żadnej dyskusji nie było.

Ale emeryturę panu odebrano jak wszystkim członkom WRON?
Próbowano, ale nawet tego nie potrafili zrobić. Nie ma żadnego dokumentu powołującego WRON. IPN ma z tym poważny problem.

Upadek systemu w 1989 r. obserwował pan już z bliska.
Nie lubię dotykać tych ustrojowych tematów. Dzisiaj zupełnie inaczej na to patrzę. Ale wtedy, jak rozpoczynał się ruch Solidarności, władza sprawiała wrażenie bardzo silnej i nie do ruszenia. Sądziłem, że tego systemu nikt nie pokona. Rosjanie też powtarzali, że żadnych zmian u nich nie będzie. Patrząc na tych silnych radzieckich generałów, miałem wrażenie, że kontrolują cały kraj. Myślałem: ile pokoleń musi przeminąć, by to zmienić? Kto by pomyślał, że w kilka lat wszystko trafi szlag i będziemy wolni.

Po tej wielkiej zmianie kilka przykrości pana jednak spotkało.
Mnie kojarzono z propagandą sukcesu. Ludzie myśleli, że ja duszę zaprzedałem diabłu, żeby w ten kosmos polecieć. Wcale tak nie było. Stanisław Lem kiedyś trafnie zauważył, że gdyby Hermaszewski poleciał na francuskiej, a jeszcze lepiej na amerykańskiej rakiecie, toby się go nikt nie czepiał.

Miał pan szansę znów polecieć?
Poszeptywano tak w latach 80. Ale za mało było z polskiej strony inicjatywy. Pierwszy mój lot w ramach programu Interkosmos nic Polski nie kosztował. Podczas przygotowań płacono jedynie za moją pensję wypłacaną w rublach, samochód, którym jeździliśmy raz w miesiącu do ambasady w Moskwie, i wyżywienie w Gwiezdnym. Za drugim razem Rosjanie życzyli sobie ponoć pełnej opłaty.

Ma pan jeszcze nadzieję?
Pewnie, że chciałbym tam wrócić. Mógłbym powiedzieć, że John Glenn poleciał w kosmos, gdy miał już 77 lat, więc mam trochę czasu przed sobą. Zdaję sobie jednak sprawę, że trzeba posłać kogoś młodszego. Gdy odbywaliśmy z Klimukiem swój lot, stanowiliśmy zgraną załogę: on jako Kaukaz 1 – dowódca statku, ja – jako Kaukaz 2 – inżynier pokładowy. Wykonywaliśmy w czasie misji eksperymenty naukowe: medyczno-biologiczne, technologiczne i geofizyczne. Byłem dobrze do lotu przygotowany, nawet gdyby jemu coś się stało, ja sprowadziłbym statek na Ziemię. Dziś na promie kosmicznym jest tylko dwóch pilotów, reszta to naukowcy. W kosmos latają biolodzy i lekarze. Moja japońska koleżanka Chiaki Mukai jest lekarką specjalizującą się w mikrochirurgii mózgu i była już cztery razy w kosmosie.

Czym zajmuje się więc Kaukaz 2, gdy nie marzy już o powrocie w kosmos?
Odpoczywa na emeryturze. Czasem ma wykłady lub prelekcje. Na to jest niekończące się zapotrzebowanie. Dzwoni czasem do Kaukaza 1, z którym bardzo się lubią. Jak przylatuję do Moskwy, Pietia robi sobie dzień wolny w pracy, siadamy przy stole i wspominamy. Klimukowie też już kilka razy u nas byli. Mieszkam w lesie na przedmieściach Warszawy. Zimą dokarmiam sarny, trochę fotografuję. Ciągle mam głód latania. Odwiedzam lotniska różnych aeroklubów. Zawsze tam czeka na mnie przygotowany do lotu szybowiec lub samolot. Bezczelnie z tego korzystam. Jako członek Stowarzyszenia Kosmonautów i Astronautów Świata, tak jak cała organizacja, przygotowuję się teraz do 50 rocznicy lotu Jurija Gagarina, pierwszego człowieka w kosmosie.

W gwiazdy pan czasem patrzy.
Mam nawet teleskop w domu. Ale to nie to samo. Stamtąd znacznie lepiej widać.

 

Mirosław Hermaszewski (ur. w 1941 r., w tym roku kończy 70 lat) – w 1976 r. rozpoczął w Gwiezdnym Miasteczku przygotowania do lotu kosmicznego. 27 czerwca 1978 r. z Piotrem Klimukiem wystartował z kosmodromu Bajkonur na statku Sojuz 30. W czasie lotu, który trwał 8 dni, 126 razy okrążyli Ziemię. Polska była czwartym krajem – po ZSRR, USA i Czechosłowacji – którego obywatel poleciał w kosmos. Na przełomie lat 80. i 90. Hermaszewski był komendantem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Potem został zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej WP. W ciągu 40-letniej służby spędził 2047 godzin w powietrzu. Pożegnalny lot odbył w październiku 2005 r. na MIG-29.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną